NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Kryzysowy przegląd prasy, odc. 01 Drukuj
Michał Penkala   
04.03.2009
Projekt „kryzysowego” budżetu przedstawionego przez Obamę komentuje na łamach „Guardiana” Dean Baker, ekonomista z Center for Economic and Policy Research. Dwa teksty Bakera publikujemy w książce Kryzys. Przewodnik KP. Baker prowadzi bloga „Beat the Press”, na którym komentuje artykuły prasowe na tematy gospodarcze (szczególnie te tendencyjne). Jest również autorem dostępnej nieodpłatnie w internecie książki The Conservative Nanny State: How The Wealthy Use The Government To Stay Rich And Get Richer.

Na łamach „Financial Times” Joseph Stiglitz oraz Nicholas Stern opisują, jak wykorzystać walkę z kryzysem do walki ze zmianami klimatycznymi i nawołują Obamę, by Stany Zjednoczone stały się liderem walki ze zmianami klimatu. Stiglitza przedstawiać nie trzeba. Natomiast Nicholas Stern jest brytyjskim ekonomistą i doradcą rządu brytyjskiego. Był jednym z autorów Raportu Sterna. Stiglitz i Stern są panelistami organizowanego w tym tygodniu w Waszyngtonie sympozjum US Climate Action: a Global Economic Perspective.

Brad DeLong wyjaśnia krótko, dlaczego „wszyscy powinniśmy stać się keynesistami” (jeśli jeszcze nie jesteśmy). DeLong jest makroekonomistą z UC Berkeley. W administracji Clintona był zastępcą Sekretarza Skarbu. Prowadzi bloga, jest gorącym zwolennikiem Obamy.
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |07.03.2009 00:55:08
Połowa ludności(50%) globu partycypuje w zaledwie jednym (1%) procencie
światowego bogactwa. Wokół którego rozlało się morze nędzy. Świat opływający w
dobrobyt i ten drugi pozbawiony podstawowych środków do egzystowania.
Do
połowy XVIII w tego nie było- nowa sytuacja nie znana ludzkości. Dokonanie
kapitalizmu -klęska kapitalizmu. Połowa ludzkości będzie bić brawo, druga
połowa- krzyknie niech go diabli wezmą. No i mamy kryzys, którego źródła trzeba
będzie usunąć.
Sopor   |12.03.2009 12:26:37
Pytanie tylko czy ta biedna połowa globu żyła w lepszych warunkach przed epoką
kapitalizmu? W przeciwnym wypadku wychodzi na to, że bieda jest pojęciem
względnym i dzisiejsi mieszkańcy trzeciego świata są biedni w porównaniu z
częściami globu, które rozwinęły się od XVIII wieku, ale nie w porównaniu do
swoich przodków sprzed kilkuset lat.

Co więcej, gdyby nie rozwój gospodarczy
cywilizacji białego człowieka to trzeci świat nie miałby komu sprzedawać swoich
bogactw naturalnych. No bo po co byłaby potrzebna arabowi ropa naftowa gdyby
jakiś biały nie wymyślił silnika spalinowego? Nie daje się nią przecież palić
nawet w lampkach, bo za bardzo śmierdzi. A tak pasterze przesiedli się z
wielbłądów do BMW, a indiańscy przyjaciele ludu maja pieniądze na
socjał.

Niestety chęć do dzielenia się ze światem bogactwem występuje tylko w
pustej frazeologii lewicy, bo gdy tylko biedna część ludzkości zaczyna się
bogacić i stawać dla nas konkurencją na globalnym rynku pracy i w wyścigu po
światowe bogactwa, pojawiają się głosy (także na tym portalu) nawołujące do
izolacjonizmu. A pewien filozof pisał, że to kapitalizm jest wewnętrznie
sprzeczny ;]

Jak w takim razie zareagować na utratę przez robotników miejsc
pracy w fabrykach ograniczających produkcję z powodu walki z globalnym
ociepleniem, którą popiera Joseph Stiglitz oraz Nicholas Stern? Czy można
poświęcić pokolenie żyjące dziś, by zachować klimat w niezmienionym stanie dla
naszych potomków? I czy w takim razie, możemy dziś zwiększać nasze wydatki
poprzez deficyt kosztem pokoleń niżu demograficznego, które i tak będą musiały
płacić za socjale zobowiązania dzisiejszych rządów? Cóż nam czynić?
blaise   |15.03.2009 21:15:09
"Wyobraźmy sobie że mamy 900. Jak wykazaliśmy w rozdziale drugim,
muzułmański bliski wschód i afryka północna stanowiły w tym okresie
centrum cywilizacji. Tereny te były nie tylko najbardziej rozwiniętym
obszarem ówczesnego świata i głównym ośrodkiem światowej gospodarki, ale
przeżywały nieustanny rozwój gospodarczy. (..) Przede wzystkim w
regionie panował pokój, rozkwitały miasta, a miejscowi kapitaliści
prowadzili wymianę handlową na szeroką skalę. Poza tym
muzułmańscy kupcy byli nie tylko handlowcami, lecz również rzutkimi
inwestorami, którzy oprócz prowadzenia obrotu towarami, dokonywali
inwestycji i spekulacji, czerpiąc z nich maksymalne zyski. Ponadto
pojawił się wówczas zinstytucjonalizowany system ekonomiczny obejmujący
system rozliczeniowy, banki dokonujące wymiany pieniężnej, przyjmujące
depozyty i udzielające pożyczek na procent, system ksiąg
rozliczeniowych, spółki i kontrakty, a wszystko to opierało się
na dużej dozie zaufania.. Co więcej od roku 800 następował szybki
rozwój myśli naukowej. Islam natomiast odgrywał szczególną rolę jako
czynnik stymulujący rozwój kapitalizmu na skalę światową. (..) Zamist Etyki protestanckiej i ducha kapitalizmu moglibyśmy raczej napisać pracę Etyka muzułmańska i duch kapitalizmu, która wyjaśniłaby bezspornie, dlaczego jedynie islam był w
stanieumożliwić tak znaczący rozwój gospodarczy oraz dlaczego europa tkwiła
w miejscu, pogrążona w wojennej stagnacji. Moglibyśmy nawet podpisać
się pod słowami zyjącego ówcześnie Saida al- Andalusiego, powtórzonymi
potem przez Ibn Chalduna: fakt, że Europa leży w regionie umiarkowanie
zimnym oznacza, że jej mieszkańcy są ignorantami, brak im ciekawości
naukowej i pozostaną zacofani."
John M. Hobson
The eastern Origins of Western Civilization, s. 297.
blaise   |15.03.2009 21:17:48
Wyobraźmy sobie że mamy rok 900." Tak powinno brzmieć pierwsze zdanie,
przepraszam za pomyłkę. To a propos wyższości "cywilizacji białego
człowieka"
kot   |17.03.2009 07:59:06
Nadchodzi Lepper w wersji 2.0
Rozmowa z Erykiem Mistewiczem, konsultantem
politycznym
Młodzi profesjonaliści uwierzyli, że im w życiu może być tylko
lepiej. Kryzys powoduje, że ich świat nagle zaczyna się walić. W
cyberprzestrzeni już tli się bunt przeciwko polskiej klasie politycznej. Gdy
wybuchnie, czeka nas demolka.
Twierdzi pan, że kryzys będzie dla polskiej
polityki nieuchronnym katalizatorem i w jego wyniku na scenę wejdzie siła
trzymająca się do tej pory z dala od polityki: wielkomiejski, młody, świetnie
wykształcony elektorat. Polityczna samoorganizacja pokolenia profesjonalistów
ma, według pana, dokonać się dzięki internetowi. Czy to znaczy, że nowy Andrzej
Lepper, czyli człowiek uosabiający bunt przeciwko klasie politycznej, narodzi
się w sieci?

Andrzej Lepper zdradził ludzi. Zdradził, gdy przesiadł się do
BMW i zasmakował w luksusach, kobietach, drogich garniturach. To nie on wywoła
rewolucję. Radykalnej zmiany w polskiej polityce mogą dziś najszybciej dokonać
ci, których kryzys dotknie najbardziej: młodzi ludzie, których świat nagle
zaczyna się walić. To przede wszystkim inwestujący w swój rozwój profesjonaliści
zajmujący niższe i średnie szczeble w korporacyjnej hierarchii. Kryzys 
relatywnie  dotknie ich najsilniej. Nie mają dokąd uciec, bo kryzys dotyka
wszystkie kontynenty. Internet jest ich naturalnym środowiskiem i z dużą dozą
prawdopodobieństwa można stwierdzić, że to tam wybuchnie bunt przeciwko klasie
politycznej jako takiej. Ten bunt nie będzie miał jednego lidera, bo siłą modelu
samoorganizującej się społeczności jest struktura sieciowa. Każdy jest prezesem
i każdy jest wykonawcą. Każdy jest ideologiem i każdy aktywistą. Więc jeśli ten
bunt będzie miał swojego Leppera, to nie zdziwię się, jeśli będzie to Lepper w
wersji 2.0. Zmultiplikowany, trudno namierzalny, trudny do okiełznania,
"ucywilizowania przez establishment. Trudny do opanowania, bo może odrodzić
się w każdym miejscu.




Dopiero zaczęliśmy rozmowę, a już zaczęliśmy
kreślić scenariusz książki science-fiction. Wróćmy na ziemię i do Polski.
Przecież nic nie wskazuje na to, że jakikolwiek bunt ma wybuchnąć.

Prawdziwy
kryzys dopiero do nas dociera. Na razie trochę oszczędzamy, dłużej zastanawiamy
się nad niektórymi zakupami, choćby zmianą komórki na nowszy model. Pracy nie
tracą jeszcze masowo ci, którzy uwierzyli, że im w życiu może być już tylko
lepiej. Wzięli kredyty, planowali lepszą przyszłość. Mają największe aspiracje i
dlatego zetknięcie z rzeczywistością kryzysu będzie dla nich najbardziej
bolesne. Nauczyciel zarabiający 2 tys. zł, który w wyniku kryzysu nie będzie
mógł dawać tylu korepetycji co do tej pory, straci kilkaset złotych. A jeżeli
młody profesjonalista zarabia kilka czy kilkanaście tysięcy, ale połowę jego
pensji pochłaniają kredyty, to ograniczenie pensji lub utrata pracy postawi go w
sytuacji, z którą sobie nie poradzi. Prowadzone w całej Europie badania
FreeThinking pokazują, że w kryzysie pomaga się bankom, stara się pomagać
najbiedniejszym, ale zapomina się o klasie średniej. I to zapomina
niebezpiecznie. W Polsce dzięki tej właśnie grupie Platforma Obywatelska wygrała
w 2007 r. wybory. Miała prawo wierzyć, że będzie hołubiona.

Na światowy
kryzys gospodarczy Platforma nie ma wielkiego wpływu.

Ludzie, o których
mówimy, w 2007 r. głosowali za PO, ale był to głos przede wszystkim przeciwko
PiS. To była głównie kwestia "obciachowości" PiS-u. I teraz mówią
politykom: poprosiliście nas, żebyśmy poszli w niedzielę na wybory i pomogli wam
wygrać. Zawarliśmy wtedy kontrakt, powierzając wam zarządzanie krajem. My
zrobiliśmy swoje. A teraz to wy macie się wywiązać z umowy. Nie podoba nam się,
że płacimy kilkaset złotych więcej kredytu hipotecznego. Zróbcie coś z tym. Nie
obchodzi nas jak. W końcu to wy jesteście od zarządzania tą sytuacją, za coś tam
w tym Sejmie, w rządzie, w Kancelarii Prezydenta bierzecie pieniądze. Nasze
pieniądze. Wielkomiejscy specjaliści po prostu przychodzą do klasy politycznej z
reklamacją.

W tej chwili robi pan z korporacyjnych specjalistów ludzi
kompletnie nie rozumiejących mechanizmów władzy.

Bo zdecydowanej większości
młodych, wykształconych osób polityka kompletnie nie interesuje. To dla nich
groteskowy świat, którego nawet nie chcą zrozumieć. Kolejne kłótnie o kompletnie
nieistotne sprawy traktują najwyżej jako rozrywkę. Ot, jakiś śmieszny facet
rzuci mocnym słowem albo świńskim ryjem i jest "zajefajnie". Albo raczej
było. Bo teraz, w trudnych dla nich czasach, od decyzji tych śmiesznych facetów
zależy ich byt. Od polityków oczekują profesjonalizmu, a widzą serię nieudolnych
działań. Ot , choćby państwo polskie "zapomina" przyjąć dyrektywę unijną
w sprawie opcji. Ot, choćby Kazimierz Marcinkiewicz, były premier chwali się
pracą dla instytucji finansowej, banku Goldman Sachs, który zachwiał złotówką, i
nic absolutnie nic go za to nie spotyka. Dociera więc do nich, że państwo i jego
instytucje są słabe i nieudolne, nie zabezpieczają podstawowych interesów
obywateli. W polskich politykach widzą zagrożenie dla swojego osobistego rozwoju
i pomyślności. Oczekują dobrej jakości w zarządzaniu sferą publiczną i nie
otrzymują jej. Co ważne: często są świetnie wyszkoleni w technikach manipulacji,
znają metody zarządzania kryzysem. Im nikt nie wciśnie kitu. Nadejść więc może
czas, że  jeśli nie nastąpi zmiana w sposobie uprawiania polityki  podziękują
całej klasie politycznej.

Pan wieszczy rewolucję w kraju, który jako jeden z
nielicznych w Europie odnotuje w tym roku wzrost gospodarczy.

I oby ten
wzrost był jak największy. Znaczące spowolnienie jest jednak nieuniknione.
Zwracam tylko uwagę, że uderzy ono najmocniej w tych, którzy potrafią dziś
skutecznie artykułować swoje interesy. Ktoś zauważył ostatnio, że rewolucja
francuska nabrała takiej mocy i dynamiki właśnie dzięki specjalistom: adwokatom,
urzędnikom, rzemieślnikom, ludziom wolnych zawodów. Klasie średniej
właśnie.

Pan zdecydowanie przecenia rewolucyjny potencjał wielkomiejskich
profesjonalistów. Oni nigdy nie byli w stanie zorganizować nawet banalnego
strajku płacowego w korporacji. W Niemczech czy Francji to się zdarzało.

W
pewnym momencie kończy się akceptacja dla zastanego porządku. A pamiętajmy, że
Polska w ostatnich latach doświadczyła rewolucji komunikacyjnej. Dzięki uporowi,
odwadze, pracowitości szefowej Urzędu Komunikacji Elektronicznej wyszliśmy z
internetowej jaskini. Koniec z monopolistą dyktującym najdroższe ceny Internetu
w Europie, blokowania konkurencji, blokowania nowoczesnych sieci taniego,
mobilnego dostępu. Komisja Europejska dodała swoje, wzmacniając te decyzje.
Internet niepostrzeżenie wszedł do naszych komórek, do stylu życia. Twittery,
Gadu-Gadu, MMS, blogi, społeczności internetowe& Ludzie wyszli ze swoich
pieczar, używają komunikatorów, gromadzą się w sieci wokół ważnych dla siebie
spraw. Internet umożliwia błyskawiczną wymianę informacji. Dzięki temu historia
może nagle przyspieszyć, potoczyć się w sposób, którego dziś nikt nie jest sobie
w stanie wyobrazić.

Podjęcie próby radykalnej zmiany istniejącego porządku
politycznego wymaga posługiwania się kategoriami ogólnymi, formułowania
wspólnych celów, organizowania się. Skupieni na własnej karierze indywidualiści
są do tego zdolni?

Proszę zobaczyć, jak pączkują struktury społecznościowe w
Internecie, skupiające najbardziej aktywnych ludzi. W cyberprzestrzeni, na
profesjonalnych forach, specjaliści tworzą niesamowitą bazę doświadczeń i
informacji, która z czasem może zacząć artykułować wyraziste postulaty. Nie
zdziwię się więc, że już teraz sieć staje się obszarem uważnie monitorowanym
przez instytucje państwa. Gdy zajdzie taka potrzeba, będzie to zapewne także
monitoring czynny, polegający na wpływaniu na dyskusję i gaszenia w zarodku
potencjalnie groźnych inicjatyw, sprowadzania ich na manowce. Ale tylko na
chwilę. Państwo, nawet tak potężne jak Chiny, nie jest w stanie w pełni
zapanować nad siecią. Reporterzy bez Granic i Amnesty International w swoich
raportach poświęcają temu tematowi coraz więcej miejsca. W Egipcie zatrzymywania
i przesłuchiwania Internautów są dziś na porządku dziennym, i niewiele wnoszą,
jak pokazał świetny artykuł kilka dni temu w "Le Monde". Wideo z
pałowanym bloggerem Imadem El-Kebirem na komisariacie tylko zwiększyło poziom
napięcia, skomentowane: "Jesteśmy ruchem frustracji, bez szefa i bez
struktury, stąd nasza siła.
Internet jest świetnym kanałem komunikacji, ale
komunikujący się ludzie nie tworzą jeszcze wspólnoty. Nic ich nie
łączy.

Łączy ich otwartość na świat i duży poziom świadomości. Niezależnie
czy mówimy o Salonie24, portalu Krytyki Politycznej, Niepoprawnych.pl, ale i
portali profesjonalnych, tam gdzie jeszcze niedawno wchodzili tylko po to, aby
zostawić dla headhunterów swoje dopieszczone CV jak GoldenLine, czy portali
społecznościowych LinkedIn, Profeo, Xing, Viadeo… Bunt internetowy będzie miał
o wiele wyższy wymiar jakościowy niż protesty innych grup. Bunt
"Samoobrony" kończył się na wylaniu gnojówki przed Kancelarią Premiera,
a potem wylaniu perfum na siebie i wejściu w zwalczany poprzednio świat
establishmentu. Bunt internetowy kończy się demolką, ale to środowisko, w
odróżnieniu od "Samoobrony", jest w stanie po tej demolce zaproponować
nowy porządek.

Demolką?

Popatrzmy na Islandię czy Łotwę. Ostatnio
analizowaliśmy to w grupie konsultantów politycznych z kilku krajów. Schemat
wydarzeń był ten sam: najpierw omijająca elity komunikacja w cyberprzestrzeni,
artykulacja postulatów i przejście do realu  wylanie się protestu na ulicę i
zmiana. Hasło "zmiana" nie należy już, jak jeszcze kilka miesięcy temu,
wyłącznie do mainstreamu, do polityków. Jeśli politycy prześpią ten moment, gdy
tracą prawo do posługiwania się słowem "zmiana", tracą panowanie nad
sytuacją.

W tych państwach doszło do załamania gospodarek. W Polsce nie ma
takiego ryzyka.

W pewnym momencie poziom wrzenia i frustracji jest tak duży,
że społeczność internetowa przestaje zadowalać się samym tylko dyskutowaniem.
Osiąga taki stopień samoorganizacji, że zdolna jest do oddziaływania na świat
realny. To obserwujemy już teraz. Ludzie, którzy czują się oszukani przez banki,
organizują akcję protestu, przebijają się ze swoim komunikatem do mediów. I
zobaczmy: są w stanie wywalczyć swoje. Dynamicznie rozwija się akcja
internautów, którzy stworzyli silną grupę o dużym potencjale nabywczym franka
szwajcarskiego i z tej pozycji negocjują z bankami. Efekt? Niższa rata kredytu.
W necie zaczynają organizować się rodzice, którzy nie chcą posyłać swoje
sześciolatki do szkół&

Zgoda, ale w przykładach cele są jasne i konkretne.
Natomiast ciągle nie mogę wyobrazić sobie, w jaki sposób amorficzna grupa
internautów kreuje nowych liderów i zmiata ze sceny politycznej dotychczasowe
partie.

Pan stara się dopasować pojęcia z klasycznego świata polityki do
opisu zupełnie nowej rzeczywistości, która rodzi się na naszych oczach. To błąd
w percepcji. Pan oczekuje, że ludzie wymieniający informacje i poglądy na
tysiącach forów połączą się, powołają jakąś "partię Internetu", wybiorą
prezesa, skarbnika i szefów regionów. To nie będą kolejni "Młodzi
Demokraci" aplikujący o miejsce w kolejce do władzy. Nie. To nie ta droga.
Spokojnie mogę natomiast wyobrazić sobie, że na forach pojawia się lista z
numerami telefonów komórkowych do wszystkich posłów, wszystkich partii, i
programik, który co godzinę będzie dzwonił do nich i mówił: Was czas się
skończył.

Są tysiące metod dywersyjnego oddziaływania na świat polityki. Mogą
zarzucać urzędy wezwaniami, petycjami, żądaniami, wskazywać absurdalność
działania instytucji państwa, blokować ich działania. O wiele ważniejszy jest
etap budowania bazy społecznej protestu, który dzięki Internetowi postępuje
bardzo szybko i w pewnym momencie może nabrać wręcz niesamowitej dynamiki. Potem
wystarczy iskra. Chyba, że polscy politycy pójdą za tym, co usłyszałem ostatnio
od Erica Giuily, szefa Publicis Consultants: w kryzysie ludzie czekają na
działanie, potwierdzanie słów, realne zaangażowanie i politycy, którzy tego w
porę nie zrozumieją, przegrają.

Pana zdaniem polscy politycy dostrzegają
rewolucyjny potencjał internetu?

Większość - nie. Dla zdecydowanej większości
polskich polityków Internet to tylko ruchoma tablica ogłoszeniowa, gdzie
umieszcza się ogłoszenia, wypowiedzi i partyjne okólniki. Interaktywność
praktycznie nie istnieje. Ledwie niektórzy rozumieją, że w sieci trzeba być
aktywnym, uczą się, jak wykorzystać najskuteczniej specyfikę Internetu, jak
korzystając z technik marketingu narracyjnego zainteresować swoim przekazem. Ale
do innych wciąż nie dociera, że w sieci pani Henia może przekonać do swoich
poglądów kilkaset osób, a jak jest dobra, to może stać się autorytetem nawet dla
kilkuset tysięcy internautów. Potwierdzają to przykłady blogerki Kataryny czy
blogera Azraela. O ich pozycji i szacunku innych może dziś pomarzyć niejeden
polityk.

***

Eryk Mistewicz - konsultant polityczny, autor strategii
marketingu narracyjnego. Zarządzanie kryzysowe i marketing polityczny studiował
w Ecole Superieure des Sciences Commerciales d’Angers (Francja). Pracował w
agendach rządu francuskiego. Uczestniczył w kampaniach prawicy francuskiej. W
2001 r. został doradcą Marszałka Sejmu RP, później Przewodniczącego Klubu
Parlamentarnego PO. Strateg kampanii prof. Zbigniewa Religi w wyborach
prezydenckich 2005 r. Pracuje z politykami i osobami publicznymi w Polsce i
Francji.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 06.03.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.83787 Seconds