NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Tydzień klimatyczny |
|
|
Jakub Bożek
|
|
02.10.2009 |
Świat jest zagrożony. W zeszłym tygodniu w Ameryce zebrała się grupa ludzi
decydujących o naszym przyszłym losie. Brzmi jak thriller
katastroficzny? Trochę. Ale spokojnie. To tylko kolejna runda
negocjacji klimatycznych.
Tym razem jednak dyplomatom klimatycznym towarzyszy coś, co było im dotychczas obce. Pośpiech. Już w grudniu w Kopenhadze odbędzie się kolejna Konferencja Klimatyczna (COP), a od jej przebiegu zależy kształt przyszłego międzynarodowego porozumienia w sprawie walki z globalnym ociepleniem. Obecna runda spotkań – ochrzczona też mianem tygodnia klimatycznego – jest pewnie ostatnim tej rangi wydarzeniem przed kolejnym COP-em. W ramach tygodnia klimatycznego odbyło się wiele – mniej lub bardziej ważnych - spotkań, w tym szczyt zwołany przez Sekretarza Generalnego ONZ-u Ban Ki-moon. Wśród zaproszonych głów państw znaleźli się między innymi Barack Obama i Hu Jintao. To był wtorek, 22 września. W środę, 23-go światowi przywódcy debatowali nad deforestacją. Następnego dnia, w Pittsburgu zebrało się zaś G20 – grupa 19 państw i Unii Europejskiej. Przedłużeniem tygodnia klimatycznego będą zaś dwutygodniowe negocjacje w Bangkoku.
Naiwnością byłoby spodziewać się, że politycy zaproponują konkretne rozwiązania. Co prawda, tydzień klimatyczny poprzedziła fala apeli o przyspieszenie tempa rozmów (wśród nawołujących znalazł się wysłannik Obamy Todd Stern, Ed Miliband – brytyjski minister energii i klimatu, czy Achim Steiner przewodniczący Programu Środowiskowego Organizacji Narodów Zjednoczonych), to jednak każda dyplomacja (klimatyczna też) ma swoje własne zasady. Pierwsza brzmi „nie daj się wystrychnąć na dudka”. Wszyscy czekają na to, co zaoferują pozostali. Efekt jest taki, że wszyscy gracze nawzajem trzymają się w szachu.
Nawet największy szczyt klimatyczny nie rozwiązałby problemów, które nagromadziły się w polityce klimatycznej przez ostatnie 2 lata. Bo to ostatnie 2 lata decydują o dzisiejszym impasie. Właśnie w 2007 na Bali odbyła się 13 z rzędu Konferencja Klimatyczna ONZ. Zakończyło ją uchwalenie Bali Action Plan, czyli mapy drogowej mającej poprowadzić wszystkich sygnatariuszy Ramowej Konwencji Organizacji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Zmian Klimatu (UNFCC) do stworzenia następcy Protokołu z Kioto. Jest to niezbędne, ponieważ UNFCC jest tylko fundamentem międzynarodowej walki z ocieplaniem klimatu. Konwencja nie wymaga żadnych działań, a jedynie do nich zachęca. Prawdziwe i wymierne cele są przedmiotem Protokołu z Kioto. To w nim 37 krajów rozwiniętych (czyli kraje Aneksu I) zobowiązało się do zredukowania emisji CO2 o 5 proc. poniżej poziomów z roku 1990. Na spełnienie swoich obietnic mają 4 lata – od 2008 do 2012.
Postanowienia protokołu nie obciążają gospodarek krajów rozwijających się. To dlatego, że historyczna odpowiedzialność za niebezpieczną zmianę klimatu jest po stronie krajów już rozwiniętych. Te kraje odpowiadają za każde 7 z 10 ton CO2, które dotychczas znalazły się w atmosferze. Ulgowe traktowanie nie spodobało się Georgowi Bushowi (Billowi Clintonowi zresztą też). Stany nie ratyfikowały Protokołu z Kioto, tym samym znacznie go osłabiając.
Po to, by ciągłość walki z globalnym ociepleniem została zachowana, o następcę porozumienia z Kioto należy zadbać natychmiast. Ten proces rozpoczął się podczas 13 COP-u na Bali. Końcowa deklaracja obejmowała m. in. plan włączenia krajów rozwijających się do walki ze zmianą klimatyczną. Nie chodzi jednak o to, by redukowały swoje emisje w tej samej skali, co kraje bogate. Byłoby to po prostu niesprawiedliwe. Biedni mają prawo do rozwoju i poprawy jakości życia. Problem w tym, by dążąc ku lepszemu nie niszczyli planety, tak jak to zrobili mieszkańcy bogatej Europy i Ameryki. Tymczasem International Energy Agency (IEA) przewiduje, że aż 80 nowych emisji CO2 będzie pochodziło z krajów rozwijających się. Niemiecki instytut Renewable Energy Industry Institute (IWR) podał, że między 1990 a 2008 chińskie emisje wzrosły o 178, a hinduskie o 125 proc. Zrównoważony rozwój krajów „na dorobku” będzie więc kluczowy dla przyszłości naszej planety.
Tak samo jak większe zaangażowanie krajów już rozwiniętych, przede wszystkim Stanów. Te bowiem wciąż zachowują niechlubną pozycję lidera emisji CO2 w przeliczeniu na jednego mieszkańca. A IWR podaje, że od 1990 ilość amerykańskich emisji zwiększyła się o kolejne 17 proc.
Czarnowidztwo
Jak duże są szanse, że COP-15 przyniesie kluczowe i niezbędne rozstrzygnięcie problemu zmiany klimatycznej? Coraz częściej pojawiają się opinie, że niewielkie. I tak w zeszłym tygodniu Nature opublikował artykuł profesora Uniwersytetu Kalifornijskiego Davida Victora, który nawołuje, by zawczasu opracować rozsądny plan B. W jego przekonaniu Kopenhaga skazana jest na porażkę. Czemu?
Nowa runda negocjacji rozpoczęła się zbyt późno, a na tapecie jest zbyt wiele spraw. Rok 2008 nie przyniósł żadnych kluczowych rozstrzygnięć, częściowo dlatego że świat pogrążył się w kryzysie ekonomicznym. Dopiero na wiosnę tego roku powstały trzy szkice, zarysowujące szczegółowe tematy rozmów. Dzięki temu rozmowy mogły ruszyć z kopyta. Ruszyły i … znowu stanęły. Negocjatorzy zgłosili aż 1 142 (!) zastrzeżenia do poszczególnych punktów porozumienia. Przez to lato żadnej z większych kontrowersji nie udało się rozwikłać.
Jedna z nich dotyczyła pomocy zagranicznej. Podczas konferencji na Bali kraje OECD zobowiązały się współfinansować zrównoważony rozwój ubogich. Szacuje się, że te ostatnie na ograniczenie emisji oraz adaptację do zmienionych warunków klimatycznych będą potrzebowały blisko 110 miliardów euro rocznie. Do 2009 przedstawiciele krajów rozwiniętych nie podali jednak żadnej konkretnej liczby. Dopiero we wrześniu Unia Europejska zapowiedziała, że jest w stanie przeznaczyć na ten cel od 2 do 15 miliardów euro. Za tą propozycją nie poszły kolejne, a sprawa funduszy klimatycznych po raz kolejny utkwiła w martwym punkcie. Inną sprawą jest, że kwota proponowana przez Unię była zbyt mała, by zadowolić przedstawicieli krajów rozwijających się.
Kolejna linia podziału rysuje się między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. UE dąży do zachowania podstawowej architektury Protokołu z Kioto. Ten bowiem pozwalał ustanowić międzynarodowy system kontroli emisji wraz z jednolitą dla wszystkich metodą obliczania ilości ton CO2 wyemitowanego do atmosfery. Stany optują za systemem, w którym każdy kraj będzie samodzielnie decydował w jaki sposób realizować i mierzyć redukcję emisji. Ta propozycja to niewątpliwy krok w tył w stosunku do porozumień z Kioto. Nietrudno sobie wyobrazić, że taki system może otworzyć wiele furtek, które pozwolą krajom wypełnić zobowiązanie i równocześnie nie zmniejszyć emisji CO2 nawet o kilogram.
Tych wszystkich problemów nie da się rozwiązać w jeden dzień. Nic dziwnego, że i podczas tygodnia klimatycznego te spory nie znalazły swojego końca. Politycy nie wyszli poza sferę niejasnych deklaracji. Barack Obama po raz kolejny obiecywał zmianę, ale jego przemowa podczas spotkania u Ban Ki-Moona była uboga w konkrety. Również Hu Jintao zawiódł pokładane w Chinach nadzieje. Wszyscy liczyli, że usłyszą o ile zostaną ograniczone chińskie emisje. Niestety, nic z tego. Na osłodę dostaliśmy tylko wiadomość, że Chińczycy „znacznie ograniczą” intensywność węglową swojej gospodarki, co oznacza że na każdego dolara PKB będzie przypadała mniejsza ilość emitowanego CO2. Dobre i to.
Jasne strony
Minorowe nastroje nieco złagodziła ważna deklaracja Baracka Obamy. Prezydent USA będzie namawiał pozostałych przedstawicieli G20 do likwidacji subsydiów dla energii wytwarzanej z paliw kopalnych. Nie od dziś wiadomo przecież, że do niszczenia środowiska dopłacamy z własnych kieszeni. I to sporo. Brazylijski ekonomista Ladislau Dowbor przypomina, że coroczne dotacje dla kontrowersyjnych ekologicznie przedsięwzięć zamykają się w kwocie 2 bilionów dolarów. Same kraje spoza Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) w 2007 do wytwarzania i dystrybuowania energii dopłacały 310 miliardów dolarów. W Ameryce na subsydiowanie „brudnej” energii (72 miliardy dolarów) wydaje się ponad dwa razy więcej niż na źródła energii odnawialnej (27 miliardów).
OECD i IEA szacują, że zlikwidowanie subsydiów zmniejszyłoby emisje gazów cieplarnianych o 10 proc. (do roku 2050). W dodatku zwolniłoby olbrzymią ilość funduszy, które można by zainwestować lepiej. Na przykład w pomoc dla ubogich. Eksperci do spraw polityki energetycznej, wiedzą że wszelkie subsydia energetyczne są w istocie regresywne, co oznacza, że bardziej korzystają na nich bogaci. Poza tym ograniczenie dopłat przyniesie oszczędności w państwowych budżetach, a te można przekazać ludziom poprzez obcinanie podatków, czy inwestycje publiczne.
Zlikwidowanie subsydiów byłoby świetnym początkiem dla sprawiedliwej polityki klimatycznej. Niestety, powszechnie wiadomo że dopłaty łatwiej się przyznaje niż zabiera. Obama i pozostali przywódcy G20 mogą natrafić na srogą opozycję – przede wszystkim ze strony przemysłu energetycznego, który bardzo korzysta na subsydiach. IEA przebadała popyt na ropę naftową w zależności od dopłat do energii. Oczywiście, tam gdzie się ją dotuje, zapotrzebowanie wzrasta, tam gdzie dotacji nie ma, spada.
Likwidacja subsydiów nie będzie łatwa. Zresztą już dziś Obama zapowiada, że możemy się jej spodziewać w „middle term”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „będziemy to odwlekać jak najdłużej się da”. Bardzo ważne będzie też zachowanie innych krajów G20, a wśród nich Chin, które olbrzymią część swojego zapotrzebowania energetycznego zaspokajają węglem.
No i co?
Negocjacje i negocjatorzy rozczarowali. Źle to wróży porozumieniu w Kopenhadze. Raczej nie przyniesie ono tak potrzebnego rozwiązania problemu związanego ze zmianami klimatu. Wygląda na to, że David Victor ma racje i zamiast marzyć o cudzie na COP-ie, powinniśmy przejść do opracowywania planu B.
Ale może moje czarnowidztwo nie jest do końca uzasadnione? W końcu przemówienie Hu Jintao można odczytać jako deklarację nowego rozdania w Chinach. Tom Friedmann w „The New York Timesie” pisze, że Chiny zmieniają kolor – z czerwonego na zielony. Jest w tym trochę prawdy i trochę przesady, ale nie można zaprzeczyć, że Chińczycy wysuwają się na czoło klimatycznego peletonu. Również Indie – dotychczas niezwykle powściągliwe – zapowiedziały wyznaczenie celów redukcji emisji. To bardzo ważna deklaracja. Ostatnio stawkę podbiła też Japonia, która ogłosiła bardzo ambitne cele ograniczenia emisji CO2 (25 proc. poniżej poziomu z 1990 do roku 2020). Wreszcie, Unia Europejska jest od dawna znana z zielonych ambicji. Dla niej więc porażka w Kopenhadze będzie ciężka do przełknięcia.
Warto śledzić dwutygodniowe spotkanie UNFCC w Bangkoku. Będzie ciekawie.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 04.10.2009 )
|
|
Prosto z Kopenhagi
-
Kopenhaga, dzień 12.
-
Kopenhaga, dzień 11.
-
Kopenhaga, dzień 10.
-
Kopenhaga, dzień 9.
-
Kopenhaga, dzień 8., cd
-
Kopenhaga, dzień 8
-
Kopenhaga, dzień 6
-
Kopenhaga, dzień 5., cd.
-
Kopenhaga - dzień 5.
-
Kopenhaga, dzień 4.
-
Kopenhaga, dzień 3
-
Kopenhaga, dzień 2.
-
Kopenhaga, dzień 1.
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...