NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Templewicz: Elektryczne samochody… Drukuj
Karol Templewicz   
18.10.2009
Od jakiegoś czasu coraz głośniej w Polsce o elektrycznych samochodach. Pojazdy na prąd miałyby stanowić alternatywę dla aut napędzanych coraz droższym paliwem. Po popularnych w Polsce modyfikacjach umożliwiających jazdę na gazie ziemnym przyszedł czas na elektryczność. Warto spytać, czy kraj rzeczywiście zaczyna zielony zwrot?

Zainteresowanie mediów tematem bierze swój początek z doniesień o ekologicznych autach z Pruszkowa. Fabryka Impact Automotive zaczęła tam produkcję pojazdu SAM. Jest to dwuosobowe elektryczne auto, które ma rozwijać maksymalną prędkość 80 km/h i przejeżdżać na jednym ładowaniu100 km. Uwaga poświęcana przez media SAM-owi ma z pewnością związek z tym, iż tego rodzaju produkcji w Polsce jeszcze nie było, zaś „elektrochody” – nowe określenie, które pojawia się w mediach od jakiegoś czasu – przywodzą na myśl Kalifornię, Berlin, Skandynawię, czy też, ogólniej, Zachód. Kojarzą się z nowoczesnością, troską o środowisko, walką z globalnym ociepleniem. SAM symbolizuje doganianie „cywilizowanych krajów”. Jest świadectwem, że „tu”, będzie tak jak „tam”, czyli „normalnie”.

Po sensacyjnych doniesieniach o dwudrzwiowym trójkołowcu z Pruszkowa rozpalających wyobraźnię komentatorów przyszedł czas na poszerzenie tematu, który okazał się interesujący także dla odbiorców. Na motoryzacyjnych forach internetowych rozgorzały żywe dyskusje. Jeszcze w czerwcu rozpoczęły się poszukiwania zapaleńców, którzy już posiadają, przeważnie przerobione przez siebie, samochody o napędzie elektrycznym. Udało się namierzyć kilka takich osób, których entuzjastyczne opinie wzbogaciły artykuły o pruszkowskich autkach.

W tym samym czasie władze Warszawy wystąpiły z pomysłem budowy 90 punktów ładowania. Wicedyrektor stołecznego Biura Infrastruktury obiecywał podpisanie umowy z Green Stream. Konsorcjum inwestujące w odnawialne źródła energii miałoby sfinansować  większość kosztów budowy we wskazanych przez miasto lokalizacjach. Wedle komunikatów, napełnienie akumulatorów na takiej stacji miałoby trwać około 10 minut. Niedługo potem media obiegły doniesienia, że podobne przedsięwzięcia mają być realizowane także w innych wielkich miastach. Nikt nie chciał zostać w tyle za „ekologiczną czołówką”.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z rzeczywistą zmianą sposobu myślenia. Ekologiczna wrażliwość staje się modna, to raczej pewne. Warto się jednak zastanowić, czy skutki tej mody są tak korzystne, jak się to usiłuje przedstawić?

Spójrzmy najpierw na plusy, jakie, według doniesień medialnych, mają posiadać auta na prąd. Po pierwsze, nie emitują zanieczyszczeń. Po drugie, koszt eksploatacji jest bardzo niski. Prąd potrzebny do przejechania stu kilometrów kosztuje kilka złotych, jeden litr benzyny 4, 50. Ponadto elektryczne auta są bardzo ciche. Dlaczego więc, chciałoby się zapytać, wszyscy nie jeździmy na prąd już teraz?

Na przeszkodzie stoi chyba przede wszystkim cena. Przykładowo, SAM ma kosztować kilkanaście tysięcy euro. Ile dokładnie, nie wiadomo. Przeróbka jest tańsza, ale warsztatów, które oferowałyby takie usługi na razie brak. Pozostaje żmudne szukanie fachowców na własną rękę.

Na razie elektryczne auta są więc drogie i trudno dostępne, mimo że jeszcze na początku zeszłego stulecia pojazdy tego typu stanowiły około jednej czwartej samochodów jeżdżących po drogach USA. Wyparł je produkowany masowo, tani i prosty w obsłudze Ford T. Sukces konstrukcji spowodował zmierzch samochodów na prąd, zwłaszcza, że o tanią ropę nie było trudno. Europa poszła za amerykańskim przykładem.

Ogromnym problemem samochodów elektrycznych jest, prócz ceny, zasięg. Trzeba jednak przyznać, że nad wyeliminowaniem tego mankamentu trwają owocne prace. W polskich warunkach obawy budzi jeszcze co innego. Produkcja energii oparta jest na węglu. Sprawia to, że auto na prąd, choć nie wypuszcza gazów z rury wydechowej, produkuje tyle samo, a nawet więcej zanieczyszczeń niż „benzyniaki”. Elektrochody wpisują się więc w ogólniejszy problem polskiej energetyki, przestarzałej i brudnej.

Spójrzmy na obraz, jaki wyłania się z dotychczas przedstawionych faktów. Z jednej stronymamy więc drogie elektryczne samochody o nadal niewielkim zasięgu, władze wielkich miast, które chcą promować ich zakup i wspomagać kierowców nimi jeżdżących. Z drugiej elektrownie węglowe, które mieszczą się raczej poza tymi miastami, rosnące niedobory energii i trakcje, które powodują utratę nawet 20% prądu w czasie przesyłu. Wynika stąd, że Warszawa, Kraków czy Trójmiasto zwyczajnie eksportowałyby swoje spaliny na obrzeża i do mniejszych miejscowości. Ich mieszkańcy z kolei, którym odbiera się kolejne połączenia kolejowe, a którzy często muszą daleko dojeżdżać do pracy wybierają samochód. Nie stać ich jednak na cacko za grube tysiące. A patrz czy ich samochody zanieczyszczają mniej?

Wierzę, że przyszłość należy do samochodów na prąd. Czy jednak opłacają się one tu i teraz? A może warto poszukać innych rozwiązań? Na myśl przychodzi kilka.

Po pierwsze, samochód nadal stanowi w Polsce wyznacznik statusu. W korkach tkwią samotni kierowcy w pięcioosobowych kombi. Czy nie należałoby zrobić wszystkiego, aby przesiedli się oni do pociągów, autobusów, tramwajów i trolejbusów? Słowem – transport publiczny.

Z tym jest jednak problem. PKP to jeden wielki galimatias, a i powstałe samorządowe spółki kolejowe także obciąża przeszłość molocha. Wielkim wydarzeniem jest nadal rozkład jazdy dostosowany do potrzeb podróżnych i często kursujące pociągi. Polskie metropolie nadal są stosunkowo słabo skomunikowane ze swoimi peryferiami. Ich władze nie wspierają ponadto takich inicjatyw, jak wspólne dojazdy do pracy. A przecież zamiast ośmiu, z podwarszawskiego osiedla mogłyby co rano wyjeżdżać dwa, trzy samochody. Indywidualizm jest cenny, ale jego nadmiar miewa opłakane konsekwencje.  Nadal brakuje buspasów i wspólnych dróg dla tramwajów i autobusów, które pozwoliłyby omijać stojące w korku auta.

Wspieranie transportu zbiorowego jest także bardziej perspektywiczne. Załóżmy, że wszyscy przesiądziemy się do elektrycznych samochodów. Co się zmieni? Zamiast utknąć na zatkanej ulicy w oparach benzyny, staniemy w sznurze cicho szemrzących aut, które nie emitują spalin. Tymczasem, choć obecnie autobusy mają silniki spalinowe, a tramwaje korzystają z energii z węgla, transport publiczny także się modernizuje. Zresztą elektrycznych aut nie przybędzie tak szybko, a zmniejszenie liczby samochodów na drogach da natychmiastowe wymierne korzyści.

Oczywiście, miejscy włodarze nie są odpowiedzialni za politykę energetyczną kraju. Mogliby jednak wspierać inwestycje, które choć drogie, opłacą się w przyszłości. Na przykład zasilanie sygnalizacji świetlnej energią słoneczną. Spółki handlujące energią, choćby warszawski STOEN, już teraz zachęcają do jej oszczędzania i to bynajmniej nie dlatego, że ekologia tak im leży na sercu. Zdają sobie po prostu sprawę, ile posiadają „towaru”. Rząd mógłby skłonić dystrybutorów energii na przykład do tego, by zakupili większą ilość kolektorów słonecznych i wydzierżawili je właścicielom domków jednorodzinnych, czy spółdzielniom mieszkaniowym. Być może to i większa mrzonka, niż elektryczne auta, ale chodzi mi tu wyłącznie o kierunek myślenia. Problem w tym, że są to przedsięwzięcia trudne.

Pragnienie, aby było „jak na Zachodzie”, jest podstawowym motywem, który kieruje propagatorami elektrycznych samochodów i stacji ładowania. Jest to poniekąd zdrowe. Przecież Niemcy, Francja, Stany – to kraje widocznie bogatsze. Jednak pragnienie to często każe ignorować realia. Prosty fakt jest taki, że żyjemy w Polsce. A dobrych i złych konsekwencji tegoż faktu często się nie akceptuje. Nad Wisłą energetyka wygląda tak, a nie inaczej. Społeczeństwo zaś nie jest tak zamożne jak w Norwegii i w jeszcze wielu krajach.  

To „jak na Zachodzie” jest trudne do zrobienia, więc po raz kolejny wybiera się drogę na skróty. Wystarczy, żeby wyglądało, jak „tam”, żeby po ulicach wielkich miast jeździły cichutkie elektryczne autka o nowoczesnym dizajnie. Bolesna i długa droga jest trudna do zaakceptowania. Zresztą, jest chyba także przejawem kompleksów, które każą myśleć, że tamtym wszystko przychodzi bez wysiłku.

Przesiadka do elektrochodów w obecnym momencie przyniesie niewielkie korzyści, albo zgoła żadnych. Świadczące przeciw temu rozwiązaniu fakty są zbyt oczywiste, by ich nie zauważyć. Niska dostępność, koszt, zero korzyści dla środowiska – to wszystko trudno przegapić, jeśli widoku nie przesłania „jak na Zachodzie”.

Polska jako kraj, jej poszczególne miasta i gminy powinny jak najbardziej włączyć się w Zielony Zwrot. To się opłaci. Tyle, że musi to być skutek przemyślanych decyzji, a nie prowizorka i bieg na skróty.
Komentarze
Dodaj nowy
Hubert I   |20.10.2009 12:23:46
Myślę, że mimo przestarzałych sieci przesyłowych i energetyki opartej na węglu
sprawność spalania w dużych elektrowniach jest większa niż w silnikach
samochodów. Trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że większość samochodów
osobowych poruszających się po naszym kraju jest starszych niż 10 lat i ich
silniki emitują większe ilości tlenków azotu, sadzy, cząstek stałych i innych
produktów spalania niż nawet wysokie limity określone w normie Euro 1.
Ich
właściciele z pewnością nie kupią elektrycznych samochodów, bo ich zwyczajnie na
to nie stać.
Rację ma autor pisząc, że należy sięgać do "źródeł" i
zamiast skupiać się na propagacji samochodów elektrycznych skupić się na zmianie
zachowań komunikacyjnych, aby stały się bardziej racjonalne i przyjaźniejsze dla
środowiska naturalnego. Ale nie wystarczy stawiać na transport zbiorowy,
konieczne jest także lepsze planowanie przestrzenne i rewitalizacja centrów
miast, po to by ludzie nie wyprowadzali się tak masowo na przedmieścia, a coraz
częściej jeszcze dalej poza pierścień przylegających do głównego miasta
miejscowości. A zatem szukajmy dużych oszczędności energii (bo wszystko można
sprowadzić do rachunku energetycznego) u źródeł, a nie szukajmy pozornych na
finalnym etapie.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.88456 Seconds