|
Tekst Michała Olszewskiego w „Tygodniku Powszechnym” wywołał
zamieszanie na różnych forach ekologicznych. To dobrze, bo dyskusji
nigdy za wiele. Szkoda tylko, że przy okazji musiały jak zwykle ujawnić
się przykre i krzywdzące dla zielonej polityki stereotypy. To
klasyczny problem polskiego ruchu społecznego po transformacji, który
pokazuje, dlaczego we Francji możliwa jest lista Europe Ecologie, a w
Polsce nie. Tam różne partie i środowiska (nie tylko ekologiczne)
wyszły z założenia, że warto się spotkać, zobaczyć, co je łączy i
spróbować zbudować wspólny program polityczny. Wyszło. W Polsce
„niezależna scena ekologiczna” chciałaby (a przynajmniej takie mam
wrażenie), by jej reprezentacja polityczna była wypruta z jakichkolwiek
tematów pozaekologicznych. Obawiam się, że taka strategia od lat już
prowadzi nas w ślepą uliczkę.
Nie potrafię wykrzesać z siebie dużo zrozumienia dla takiej postawy -
jeśli przez 20 lat bije się (szczęśliwie coraz mniej fizycznie, dużo
bardziej w politycznym dyskursie) grupę x i y, to naturalny jest sojusz
x i y przeciwko z, promujący bliski im model świata i panujących w nim
stosunków. Jeśli po takim czasie część osób ze środowiska
ekologicznego, nie może dalej wyciągnąć ręki do feministek, związków
zawodowych, mniejszości etc., to mam poważne obawy, że żadnej zielonej
rewolucji tu nie będzie. Za mało widzę postaw otwierających pt. „tak,
ekologia jest dla nas ważna, ale rozumiemy, że dla innych ważne są
także inne kwestie - usiądźmy i podyskutujmy na ten temat”, a za dużo -
postaw rodem z roszczeń branżowych. Jeśli potrzeba dowodów na to, że
taka polityka ponosi fiasko, to wypadałoby odwołać do doświadczeń
partii ekologicznych z początku lat 90. XX wieku z dawnego „bloku
wschodniego”, skupiających się tylko na ekologii. Co z nich zostało?
Nic, poza Łotwą skończyły na zupełnym marginesie, a te partie „drugiej
fali”, które zapomniały, że zielona polityka to nie tylko ekologia,
mają z tego powodu spore problemy (Czechy i baza radarowa USA, w
mniejszym zakresie Estonia).
Nie dajmy się zwieść sondażom, mówiącym, że ekologia będzie ważnym
tematem politycznym. Może i będzie (oby, zdecydowanie jest mi ona
bliższa niż prezydenckie prawybory w PO), ale między byciem ważnym
tematem a tematem, który zmobilizuje ludzi do głosowania na taką partię
jeszcze daleka droga. Widać to od lat w hierarchii tematów, która nie
przekłada się na zmianę sceny politycznej i jej podziału na PO i PiS.
Miraż, że gdyby zrzucić rzekomo „kontrowersyjne tematy” ludzie
pokochają ekologów nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Grupa
stygmatyzowana, choćby nie wiadomo, jak bardzo ugodowo by się
prezentowała, zostanie w miarę potrzeb zepchnięta na margines. Ekolodzy
skojarzeni zostaną z łapówkarzami, postulaty feministek sprowadzone
zostaną do „mordowania dzieci nienarodzonych”, a geje i lesbijki staną
się kopulującymi na paradach sodomitami dybiącymi na moralną kondycję
młodego pokolenia. Takie klisze bolą tym bardziej, kiedy wobec jednej z
grup stygmatyzowanych używa je inna. Czy, będąc ekologiem, nie da się w
wyborach samorządowych poprzeć tak „radykalnie lewackiego” pomysłu, jak
inwestowanie w żłobki i przedszkola? Czy zaniepokojenie nierównościami
płacowymi między kobietami i mężczyznami należy zamieść pod dywan, bo
to kogoś urazi?
Tak naprawdę, w kwestii „długiego marszu” czeka nas nie tyle zachęcanie
mitycznego społeczeństwa obywatelskiego do działania przy naszym boku
(na ten temat dostatecznie dużo napisała już Agnieszka Graff), ale
pokazywanie realnego zakorzenienia zielonej polityki i jej podstaw w
polskim życiu społecznym i politycznym przez wieki. To zadanie trudne,
nie dla każdego, ale konieczne - młodzi ludzie, którzy nie będą mieli
narracji alternatywnej do Trylogii Sienkiewicza i lekcji religii w
szkołach nigdy nie wyjdą poza podział na PiS i PO. Bez przywrócenia
pamięci o ruchach społecznych XIX wieku, bez przypomnienia walk
ekonomicznych czy budowy rodzimej przedsiębiorczości, bez „przejęcia”
dla progresywnej polityki wielu czołowych pisarzy i pisarek (Prus,
Orzeszkowa) nic się nie zmieni - kultura ma znacznie większą rolę w
legitymizacji status quo niż chcemy jej dawać.
Rozpoznały to feministki, które a) poszły w sojusz z kobiecymi
środowiskami pracowniczymi, b) odkryły bogatą historię ruchu na ziemiach
polskich, zdobywając własną, historyczną narrację (książka Sławomiry
Walczewskiej Damy, rycerze i feministki, Wirtualne Muzeum Historii
Kobiet) - dzięki czemu z roku na rok na Manifach jest coraz więcej
ludzi. „Niezależni ekolodzy” od lat mogą tylko pomarzyć od takiej frekwencji.
Co do braku sukcesów u Zielonych 2004 to opiera się on na złym prawie i
na słabym zrozumieniu oraz znajomości przez ludzi zasad zielonej
polityki, nie zaś na genetycznej niechęci do łączenia tematów
społecznych, ekologicznych i ekonomicznych. Nawet w obliczu tak trudnej
dla nas sytuacji możemy pochwalić się zmianami na lepsze, chociażby
uratowaniem Pola Mokotowskiego. Zachęcam zatem do odrobinę cieplejszego
spoglądania w naszą stronę, im nas wszystkich bowiem więcej i im
bardziej jesteśmy otwarte i otwarci na siebie nawzajem, tym lepiej dla
spraw, które leżą nam na sercu.
Na podobny temat
|
Gdy Chrystus umierał na krzyżu raze...
Zupełnie jakbym słyszał pana Gadomski...