Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Przeprowadzka |
|
|
Jakub Bożek
|
|
07.05.2010 |
Gdy w 20. latach ubiegłego wieku Władimir Iwanowicz Wiernadski – rosyjski mineralog i geochemik – dostrzegł, że większość tlenu, azotu i dwutlenku węgla w atmosferze znalazła się tam dzięki kominom fabryk, a nie naturalnym cyklom obiegu pierwiastków w przyrodzie nikt się specjalnie nie przejął. A szkoda, bo odkrycie rosyjskiego naukowca mówiło o nowoczesnej cywilizacji więcej niż niejedna, uczona praca socjologiczna. Wiernadski był jednym z proroków nadejścia nowej epoki geologicznej; holenderski chemik atmosfery Paul Crutzen po latach nazwał ją antropocenem. Urbanizacja i gwałtowna industrializacja, w jego oczach, zyskały status sił geologicznych zdolnych do całkowitego przeobrażenia środowiska naturalnego. Ludzie dostali możliwość kontrolowania ilości opadów, wysokości temperatury, żyzności gleby; prawie jak w Populousie. Staliśmy się jak bogowie, ale jakoś nigdy nie starczyło czasu żeby nad tym popracować. Zamiast zrobić użytek z nowych możliwości potraktowaliśmy Ziemię jak niestrzeżony nocą hipermarket. Teraz badacze zajmujący się mierzeniem śladu ekologicznego biją na alarm. Porównanie zdolności ekosystemów do wytwarzania niezbędnych dla przetrwania ludzkości usług i zasobów z naszymi aktualnymi potrzebami wypada raczej niekorzystnie. Z Global Footprint Accounts z 2009 roku wynika, że regeneracja usług i zasobów naturalnych zużywanych przez ludzi w ciągu roku trwa 18 miesięcy. Wyrośliśmy z planety. Możemy albo ewakuować się na inną, albo nauczyć się żyć na nowo na obecnej. Ponieważ pierwsza opcja wydaje się mało realistyczna, warto rozważyć drugą.
Tyle, że nie będzie to proste, ponieważ ostatnie 200 lat zmieniło Ziemię nie do poznania. Bill McKibben, amerykański dziennikarz i aktywista, przekonuje nawet, że powinniśmy zaakceptować fakt, że żyjemy na innej planecie niż nasi przodkowie. Jego nowa książka Eaarth: Making a Life on a Tough New Planet to przewodnik po naszym nowym domu. Jak wygląda Zieemia?
Miejscami jest podobna do starej Ziemi, jednak powierzchowne podobieństwo nie powinno nas zmylić, różnice przeważają. Oto kilka z nich. Globalne ocieplenie wywołuje większe opady; statystyki pokazują, że rosną one o 1,5% co dekadę. Być może nie wydaje się to wiele, ale wraz ze wzrostem całkowitej ilości opadów zmienia się też ich dystrybucja i natężenie. Coraz częściej mamy do czynienia z potężnymi burzami i nawałnicami; naukowcy z NASA wykazali, że nad oceanami gromadzi się o 45 proc. więcej chmur burzowych niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Wzrost temperatury skutkuje też topnieniem lodowców, już dziś Grenlandia traci 300 gigaton lodu na rok, Zachodnia Antarktyka około 200 gigaton rocznie. W lecie 2007 na Alasce stopiła się duża część pokrywy lodowej, na zdjęciach ze szpiegowskiej satelity Stanów Zjednoczonych można to zobaczyć na własne oczy. Mamy też problem z rosnącym poziomem wód w oceanach, ze wzrostem temperatur i falami upałów, wreszcie z zakłóconym obiegiem węgla w przyrodzie. 50 lat temu oceany i roślinność były w stanie zaabsorbować 600 kilogramów z każdej tony CO2 wyemitowanej do atmosfery, dziś ta liczba zmalała do 559 kilogramów. Zresztą nie chodzi wyłącznie o zmianę klimatu. Na Zieemi nie znajdziemy już bogatych złóż paliw kopalnych, na których wyrosła zachodnia cywilizacja. Bez ropy naftowej oświecenie nie miałoby szans, energia z każdej baryłki bowiem równa jest 25 tysiącom godzin pracy ludzkich rąk (!). Ale czasy taniej energii się kończą. Dla dobrze poinformowanych czytelników te zmiany nie powinny być czymś nowym, media (a przynajmniej niektóre z nich) trąbią o nich od lat. Nie oznacza to, że książka McKibbena miejscami nie zaskakuje. Ze zdziwieniem czyta się o olbrzymich meduzach Nomurai pływających w wodach Morza Japońskiego; każda z nich ma po metr albo dwa średnicy, a szacuje się że jest ich nawet pół miliarda. Gdzie indziej na Morzu Beringa meduz jest tak dużo, że rybacy na jego duże połacie mówią „zbiornik ze szlamem”. Skąd się biorą? Naukowcy tłumaczą, że meduzy bardzo dobrze czują się w cieplejszych wodach, nie tylko rosną jak na drożdżach, ale i rozmnażają się bardziej dynamicznie. Problem w tym, że więcej meduz oznacza mniejszą bioróżnorodność, bo pożerają one jajeczka ryb albo po prostu utrudniają im zdobywanie pokarmu. A to jeszcze nie koniec horroru. Oceanografowie od kilku lat obserwują bezkształtne były śluzu formujące się w cieplejszych morzach i oceanach. Niektóre z nich mogą mieć nawet do 200 kilometrów długości i zawierać potężne dawki pałeczek okrężnicy. Brrrrrrrrrrrrr.
Życie na Zieemi nie będzie więc przyjemne, szczególnie że na nowe problemy związane ze zmianą klimatu i końcem taniej energii nakładają się wszystkie, dobrze znane trudności życia: skrajna bieda, głód, problemy z infrastrukturą, wojny. Jedną z największych bolączek będzie zapewnienie bezpieczeństwa żywnościowego. Już dziś fale upałów dziesiątkują plony, a w niedalekiej przyszłości niektóre regiony Afryki mogą okazać się całkowicie nieprzystosowane do uprawy rolnej. Gdzie szukać lekarstwa na kryzys? Z pewnością nie w nowoczesnym, uprzemysłowionym rolnictwie, które samo jest poważną przyczyną problemu klimatycznego. Nie możemy liczyć na kolejną Zieloną Rewolucję, nie zbawi nas GMO, ani przełomowe odkrycia w chemii.
Co w zamian? McKibben proponuje, by zindustrializowane rolnictwo zastąpić rolnictwem organicznym. I chociaż brzmi to mało realistycznie, to najnowsze badania i doświadczenia pokazują, że coś w tym jest. Rolniczy odpowiednik IPCC, panel IAASTD (The International Assessment of Agricultural Knowledge, Science and Technology for Development) w gigantycznym raporcie końcowym ocenił, że małe gospodarstwa rolne, korzystające z dostosowanych do skali technologii lepiej odpowiadają potrzebom krajów rozwijających się niż wielkie farmy wzorowane na zachodnich odpowiednikach. Dla rozwiniętych zresztą też. Pobodnie jest z innymi systemami i instytucjami. O ile Ziemia akceptowała dużą skalę i duże przedsięwzięcia, Zieemia premiuje niewielki rozmiar i lokalność. Koniec z wielkimi elektrowniami i dużym państwem; witaj energetyko sieciowa, chwała lokalnym instytucjom!
Mam problem z tym argumentem, nie dlatego że decentralizacja jest zła, tylko dlatego, że nie jest uniwersalnym rozwiązaniem. Nie zawsze jest też rozwiązaniem ekologicznym. W Stanach Zjednoczonych, na przykład, wysiłki na rzecz decentralizacji produkcji energii elektrycznej skończyły się na upowszechnieniu mało przyjaznych środowisku silników diesla o spalaniu wewnętrznym. To dlatego potrzebujemy państwa, to ono jest narzędziem ułatwiającym koordynację lokalnych wysiłków na rzecz dobra wspólnego; a w każdym razie powinno nim być. Naturalnie potrzebuje ono reformy, po to by zacząć brać pod uwagę nie tylko racjonalność ekonomiczną, ale i ekonomiczną. To trudne zadanie, jednak jak pokazują państwa skandynawskie jest jak najbardziej możliwe do wykonania. To dlatego nie zgadzam się z McKibbenem, gdy pisze że państwo wykonało już swoje zadanie i od tej pory czeka je już wyłącznie kontrolowany demontaż. Będziemy go potrzebować nadal i to bardziej niż w przeszłości.
Mimo to warto przeczytać tą krótką książeczkę. McKibben to dobry pisarz i reporter, a w dodatku ceniony na świecie publiczny intelektualista (w tym roku zajął 78 miejsce na prestiżowej liście Foreign Policy). To on katapultował kwestię globalnego ocieplenia na szczyt agendy medialnej, teraz stara się to zrobić po raz kolejny.
Bill McKibben, Eaarth: Making a Life on a Tough New Planet, Times Books 2010.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 20.05.2010 )
|
|
Prosto z Kopenhagi
-
Kopenhaga, dzień 12.
-
Kopenhaga, dzień 11.
-
Kopenhaga, dzień 10.
-
Kopenhaga, dzień 9.
-
Kopenhaga, dzień 8., cd
-
Kopenhaga, dzień 8
-
Kopenhaga, dzień 6
-
Kopenhaga, dzień 5., cd.
-
Kopenhaga - dzień 5.
-
Kopenhaga, dzień 4.
-
Kopenhaga, dzień 3
-
Kopenhaga, dzień 2.
-
Kopenhaga, dzień 1.
|
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...