Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Dzień Ziemi |
|
|
Jakub Bożek
|
|
28.04.2010 |
22 czerwca 1969 w Colorado wydarzyło się coś niesamowitego, rzeka Cuyahoga stanęła w płomieniach. To raczej nie powinno się zdarzyć, rzeki nie płoną, chyba że są wypełnione przemysłowymi ściekami i toksynami. Wkrótce pożar stał się symbolem końca ery wszechogarniającego optymizmu: technologię, naukę, przemysł przestano kojarzyć wyłącznie z dobrodziejstwem, stopniowo pojawiała się świadomość ryzyka. Pierwsza uchwyciła to – na 7 lat przed wydarzeniami w Colorado – Rachel Carson, amerykańska biolożka i autorka przełomowego „The Silent Spring” o niszczącym wpływie pestycydów na środowisko. Do czasu, gdy Carson zabrała głos, nikt nie zdawał sobie sprawy ze szkodliwych skutków stosowania DDT, popularnego środka owadobójczego. Amerykanie korzystali z niego bez ogródek i w każdej sytuacji. W dokumencie „Earth Days” nakręconego przez Roberta Stone’a pojawia się taki symptomatyczny obrazek: pan z obsługi basenuobficie spryskuje DDT kąpiące się tam dzieci. Cud, że nie słodzili nim kawy. Książka Carson zburzyła tą sielankę. Zmieńmy się – krzyczała (metaforycznie, bo była raczej kiepskim materiałem na aktywistkę; wolała przechadzki po lesie niż wiece, tłumy ją peszyły) do czytelników – w przeciwnym razie czeka nas cicha wiosna. A ta nie była wyłącznie metaforą ponieważ zaobserwowano, że od nadmiaru DDT skorupki jaj ptaków robią się cieńsze i przez to bardziej podatne na zewnętrzne zagrożenia.
W latach 60. uciążliwe stały się też inne problemy, wśród nich smog. Ta mieszanina dymu, spalin i mgły dawała się we znaki mieszkańcom światowych metropolii: Londynu, Los Angeles, Nowego Jorku i innych. W październiku 1954 r. w LA powietrze było tak zanieczyszczone, że pozamykano szkoły i fabryki, w Nowym Jorku przez smog ginęli ludzie.
Jakby tego było mało, w 1968 w Stanach wybuchła bomba; no może nie taka prawdziwa, ale równie skuteczna. „Bomba populacyjna” skonstruowana przez Paula Ehrlicha śmiertelnie wystraszyła hipisujących studentów. Trudno się dziwić, w latach 50. na świecie żyło 2,5 miliarda ludzi, w połowie 60. liczebność populacji wzrosła o miliard. Ehrlich wróżył, że jeśli to tempo zostanie utrzymane ludzkość czeka katastrofa. Pierwsze wydanie książki zaczynało się od słów:
Walka o wykarmienie całej ludzkości skończyła się. W latach 70. i 80. setki milionów ludzi umrze z głodu, nie pomogą żadne programy kryzysowe …
Przyszłość wydawała się być okrutnym żartem. Jeżeli nie dla wszystkich, to na pewno dla Stephanie Mills, która sądziła że jeśli tak dalej pójdzie to wszyscy zostaną kanibalami. Postanowiła powstrzymać nadchodzącą katastrofę, a że najłatwiej zacząć od siebie zdecydowała się nie zakładać rodziny. I może przeszłoby to bez echa, gdyby nie płomienna przemowa wygłoszona podczas oficjalnej ceremonii na zakończenie uczelni. Nagle młoda kobieta publicznie zadeklarowała, że nie będzie mieć dzieci z troski o środowisko. O sprawie zrobiło się głośno, a Stephanie Mills umiejętnie wykorzystała skandal obyczajowy i została popularną aktywistką. Szczęśliwie nauka dała jej do ręki potężne narzędzie: pigułkę antykoncepcyjną rewolucjonizującą sferę ludzkiej seksualności.
Prowodyrem innej rewolucji był kolejny uczeń Ehrlicha, Stewart Brand autor legendarnego „Whole Earth Catalogue”, przewodnika dla zielonych hipisów. Brand uczył jak wykorzystując alternatywną technologię („appropriate technology”, czyli na przykład małe panele słoneczne, geotermię ale też organiczne rolnictwo) powrócić do korzeni i zbratać się z Matką Ziemią. Średnio mu to wychodziło, bo studenci przyzwyczajeni do miejskiego życia nie mieli zielonego pojęcia o ogrodnictwie i rolnictwie. Rzucali ziarnami w ziemię i przez parę miesięcy czekali aż coś wyrośnie; w przerwie pewnie grali na gitarach.
Po latach Brand śmieje się, że jedyną naprawdę akceptowaną przez czytelników jego książki technologią były wieże stereo i narkotyki. A że sam był dość liberalny, nie stronił od nich. W filmie Stone’a opowiada jak to raz po zażyciu LSD siedział na dachu wieżowca i podziwiał panoramę Los Angeles (ciekawe, że większość Amerykańskich ekologów z tamtych lat pochodzi z Kalifornii). Nagle zaczął lewitować, a prosta linia horyzontu wygięła się w łuk. Po chwili unoszenia się, przed oczami stanęła mu błękitna kula; „Dlaczego nie widzieliśmy zdjęcia całej kuli ziemskiej?” pomyślał. Parę miesięcy później, wszyscy hipsterzy Ameryki przypinali sobie do kurtek znaczki z tym hasłem. A w grudniu 1968 jego marzenie się spełniło. Astronauci kierujący Apollo 8, wskutek błędu podczas skomplikowanego manewru, zamiast księżyca w oknach statku zobaczyli maleńką niebiesko-zieloną kulę ziemską. Jeden z członków załogi, Bill Anders, chwycił za aparat fotograficzny i pstryknął fotkę. To pospiesznie zrobione zdjęcie stało się ikoną, symbolem lat 60. i najczęściej reprodukowanym zdjęciem wszechczasów. Oglądanie Earthrise było nawet lepsze niż wizje po kwasie; to była rzeczywistość. Kapitan misji Frank Borman powiedział później, że:
To był najpiękniejszy, najbardziej chwytający za serce widok w moim życiu; nagle ogarnęła mnie nostalgia, niesamowita tęsknota za domem. Wszystko inne w kosmosie było czarno-białe, tylko Ziemia miała kolor.
Borman mówił o nostalgii, ale bardziej odpowiednim terminem do opisania tego, co czuł byłaby solastalgia – tęsknota za miejscem, którego już nie ma. Bo Ziemia zmieniała się i przestawała być tym przyjaznym dla ludzi i zwierząt środowiskiem, którym była przez ostatnie 10 tysięcy lat. Wkrótce solastalgię poczuły miliony ludzi. Pożary rzek, smog, DDT, trująca woda i trujące powietrze, przeludnienie, zagrożenie atomowe i ogólne poczucie, że świat idzie do diabła sprawiły, że ekologia stała się uniwersalnym językiem nowej generacji rozumianym zarówno przez polityczną prawicę i lewicę. W organizację największego, krajowego dnia samokształcenia w sprawach środowiska (bo chyba tak najlepiej przetłumaczyć amerykańskie teach-in) zaangażowali się i republikanie i demokraci i największy związek zawodowy Stanów, czyli United Auto Workers. W pierwszym Dniu Ziemi, 22 kwietnia 1970 roku, wzięło udział nieprawdopodobne 20 milionów Amerykanów.
Reszta to historia. W 1972 zabroniono korzystania z DDT (prawdopodobnie pierwszy raz skorzystano tu z zasady ostrożności), powstała Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska i dwa ważne akty prawne Clean Water i Clean Air Act. W przemówieniu o stanie unii w początkach lat 70. Nixon (!) przekonywał, że następna dekada będzie czasem troski o środowisko i przyszłe generacje. Gdy w 1973 kryzys naftowy zatrząsł światem, wydawało się że nie ma innej drogi. Prezydent Carter montował panele słoneczne na Białym Domu; do 2000 roku Ameryka miała się przestawić na energię ze źródeł odnawialnych.
Nic z tego nie wyszło, ale miło powspominać, prawda? Tym bardziej, że dużo nam zostało z tamtych lat. Z jednej strony, mamy dobre prawo, które nas chroni przed najgorszymi zanieczyszczeniami; mamy ruch, prawdopodobnie największy na świecie (tak sądzi Paul Hawken autor fajnej, niewielkiej książki o jego historii „Blessed Unrest”); mamy świadomość i wiemy, że ekologia jest ważna. Ale jest też druga strona. Zmienia się klimat, kończą się zasoby naturalne (tak, peak oil to nie bajka!), ubywa bioróżnorodności: co roku znika ponad 100 gatunków na milion, dla porównania w “stanie naturalnym” ta liczba oscyluje wokół poziomu 0,3 gatunków na milion. Wydaje się to niesamowite, ale dzisiejszy zanik bioróżnorodności można porównać tylko z pięcioma masowymi wyginięciami gatunków mającymi miejsce w przeciągu ostatnich 500 milionów lat. Jedno z nich położyło kres istnieniu dinozaurów. Tyle, że wtedy w Ziemię uderzył meteoryt.
Ciekawy jestem czy strategia społecznego ruchu ekologicznego (trochę to uproszczę, ale na myśli mam pokojowe protesty, akcje bezpośrednie i bez użycia przemocy, lobbing, edukacja i stawianie na zmianę świadomości), której początki sięgają opisanych przeze mnie wydarzeń jest wystarczająca do tego, by wywołać kolejny wielki przewrót w myśleniu o środowisku i bardziej przyziemnej sferze codziennej praktyki. Czy nie wydaje się wam, że ekolodzy stali się zakładnikami własnego sukcesu? A jeśli tak to czy potrzeba nam ruchu post-ekologicznego, o którym tajemniczo pisze Bruno Latour, a mniej tajemniczo dwóch amerykańskich działaczy Ted Nordhaus i Michael Shellenberger w manifeście ekologii dla nowej ery „Break Through”? Ten ruch miałby przestać bronić integralności ekosystemów i w zamian zająć się zapewnieniem trwałości (albo raczej resilience, czyli zdolności do funkcjonowania systemu w nowych warunkach) systemów społeczno-ekologicznych. Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale chyba warto je zadać. A nawet jeżeli sądzicie, że nie warto to i tak fajnie, że doczytaliście do samego końca.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 29.04.2010 )
|
|
Prosto z Kopenhagi
-
Kopenhaga, dzień 12.
-
Kopenhaga, dzień 11.
-
Kopenhaga, dzień 10.
-
Kopenhaga, dzień 9.
-
Kopenhaga, dzień 8., cd
-
Kopenhaga, dzień 8
-
Kopenhaga, dzień 6
-
Kopenhaga, dzień 5., cd.
-
Kopenhaga - dzień 5.
-
Kopenhaga, dzień 4.
-
Kopenhaga, dzień 3
-
Kopenhaga, dzień 2.
-
Kopenhaga, dzień 1.
|
|
Pani Kingo studiowałam na warszawskie...
...to się viking chyba wreszcie poczu...