Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Bożek: Kogo jest za dużo |
|
|
Jakub Bożek
|
|
22.10.2009 |
Gdy w 1798 angielski ekonomista Tomasz Malthus ogłosił swoje Prawo ludności, nikt za bardzo nie przejmował się demografią. Już wkrótce miało się to zmienić. Malthus pokazał świat trawiony przez nadmierny wzrost populacji, której potrzeb nijak nie da się zaspokoić. Wszystko to przez nierównomierny wzrost zasobów żywności i liczby urodzeń. Te pierwsze miały wzrastać jak w ciągu arytmetycznym (czyli dokładnie o tę samą ilość jednostek żywności na jednostkę czasu), te drugie jak w ciągu geometrycznym (gdzie każdy kolejny składnik jest wynikiem mnożenia przez stałą liczbę. Ciągiem geometrycznym jest np. taki szereg: 2,4,8,16 itd.). Dla ekonomisty oznaczało to, że aby uniknąć masowych klęsk głodu należy szybko wprowadzić w życie rozwiązania służące ograniczeniu wzrostu populacji. Malthus sugerował przede wszystkim wstrzemięźliwość moralną i późniejsze zawieranie małżeństw.
Dziś wiemy, że Malthus się pomylił. Produkcja żywności nie wzrasta w tempie arytmetycznym. Rewolucja technologiczna pozwoliła ominąć tą barierę. Oczywiście nie oznacza to, że udało się pokonać głód. Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) prognozuje, że w 2009 ponad miliard ludzi będzie chodziło głodnych. Wiemy jednak, że równie ważną jak produkcja żywności kwestią jest jej dystrybucja (ale to już inny temat).
Mimo pomyłki, Anglik jest uważany za jednego z ważniejszych myślicieli swojego wieku. I słusznie. Jego myśl jest inspiracją dla wielu ekonomistów, socjologów i polityków. Co jakiś czas jego teoria powraca do publicznej świadomości i na ogół wywołuje potężną zawieruchę. Malthuzjańskim impulsem kierował się choćby Paul Ehrlich, gdy pisał Population Bomb – głośną książkę rysująca katastroficzną wizję klęski głodowej lat 70 i 80. Ostatnio zaś ten impuls napędzał debatę o wpływie rosnącej populacji świata na zmianę klimatyczną.
Węglowe dziedzictwo
Wróćmy teraz do wspomnianego już Paul Ehrlicha. Wraz z Barrym Commonerem i Johnem Holdrenem, wymyślił on formułę I PAT, która służy określeniu wpływu ludzkich działań na stan środowiska. Wpływ (I) jest równy iloczynowi populacji (P), dostatku (czyli konsumpcji na głowę, A) oraz technologii (a raczej stopnia, w jakim przyczynia się ona do niszczenia środowiska, T). To bardzo prosty wskaźnik, pozwala jednak przedstawić cenę jaką przychodzi nam zapłacić za rozwój. Wypływa z niego kilka ważnych wniosków, wśród nich absolutnie podstawowy jest ten o niebezpieczeństwach płynących z nadmiernego rozrostu populacji. Recepta jest równie prosta. Wystarczy ograniczyć przyrost naturalny.
Amerykańskie Population Research Bureau (PRB) podaje, że aktualnie jest nas około 6,7 miliarda. 7 miliardów mieszkańców, Ziemia może osiągnąć już za 4 lata. Jeśli aktualne trendy się utrzymają do 2050 populacja świata może sięgać już 9,3 miliardów ludzi.
Każdy z nowonarodzonych obciąży środowisko naturalne, każda decyzja o posiadaniu dziecka jest więc w pewnym stopniu decyzją o przyszłym stanie środowiska naturalnego. Do takiego wniosku doszli Paul Murtaugh i Michael Schlax z Uniwersytetu Oregońskiego. W „Global Environmental Change” – cenionym czasopiśmie naukowym – opublikowali oni artykuł „Reproduction and the carbon legacies of individuals”. Opiera się on na prostym założeniu, że decyzje podejmowane dziś skutkują także w przyszłości. Gdy zdecydujemy się na dziecko, stajemy się częściowo odpowiedzialni za to jaki wpływ będzie ono miało na środowisko, gdy nas już nie będzie. Z tego wyrosła koncepcja „węglowego dziedzictwa”.
Opierając się na prognozowanych wskaźnikach demograficznych oraz możliwych scenariuszach emisji przygotowanych przez Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmiany Klimatu (IPCC) autorzy obliczyli ile ton CO2 więcej znajdzie się w atmosferze w wyniku podjęcia decyzji o urodzeniu jednego dziecka. I tak jeden przeciętny Amerykanin w ciągu całego życia wyemituje 1644 tony CO2. Ale, gdy zdecyduje się na dziecko ta ilość zwiększy się o (!) 9441 ton. To gigantyczna liczba, trzeba więc zrozumieć skąd się wzięła. Nie oznacza ona wcale, że przyszła generacja Amerykanów będzie emitowała pięciokrotnie więcej. Po prostu, każde dziecko prawdopodobnie samo kiedyś w przyszłości stanie się rodzicem, przez co dodatkowo obciąży „węglowym dziedzictwem” swoich przodków. I tak dalej.
Na szczęście nie wszyscy jesteśmy Amerykanami. Nie oznacza to jednak, że decyzjie mieszkańców innych krajów nie będą miały ekologicznego znaczenia. I tak przeciętny Chińczyk w ciągu swojego życia wyemituje około 311 ton CO2, ale gdy zdecyduje się na dziecko ta liczba powiększy się o 1384 tony. Dla Pakistańczyków te liczby to odpowiednio 50 i 205, a dla jeszcze biedniejszych Nigeryjczyków 41 i 110.
Z tego wszystkiego płynie prosty wniosek. Mniej dzieci, to mniej emisji. Ograniczenie ich liczby będzie więc najskuteczniejszą metodą w walce ze zmianą klimatu. Dla porównania, gdy nasza przeciętna Amerykanka spróbuje zazielenić swój styl życia będzie w stanie ograniczyć emisje o około 486 ton CO2. To pestka w porównaniu z decyzją o nieposiadaniu dziecka.
Kto tak naprawdę produkuje CO2?
Tylko, że tu zaczynają się schody. Tylko 1,2 miliarda ludzi żyje w krajach, które ONZ uznaje za rozwinięte. Pozostałe 5,7 żyje w krajach średnio- lub nisko-rozwiniętych. A to właśnie te kraje cieszą się większym przyrostem naturalnym. Właściwie im niższe wskaźniki rozwoju, tym więcej noworodków. W grupie krajów bardziej rozwiniętych (w terminologii ONZ: MDC), na kobietę przypada przeciętnie 1,6 dziecka. W grupie krajów rozwiniętych słabiej (LDC) ten wskaźnik zwiększa się do 3,2. W 49 najsłabiej rozwiniętych krajach jest to aż 4,7 dziecka na jedną kobietę. Już z tego możemy wnioskować, że wśród 139 milionów noworodków urodzonych w 2008 przeważająca większość to mieszkańcy krajów słabiej i najsłabiej rozwiniętych.
Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy (ale nie jedyną) jest opłakany dostęp kobiet do antykoncepcji, opieki zdrowotnej i innych środków planowania rodziny. A przecież uniwersalny dostęp do środków zapewniających zdrowie reprodukcyjne jest jednym Milenijnych Celów Rozwoju (MDG). Wśród nich znajdują się zapewnienie powszechnego dostępu do antykoncepcji, ograniczenie ilości ciąż wśród nastolatków i zapewnienie dostępu do opieki przed- i poporodowej. Tymczasem, Światowa Organizacja Zdrowia informuje, że aż 137 milionów par chcących zapobiec ciąży nie ma dostępu do antykoncepcji. Jeszcze większą liczbę, bo aż 201 milionów, podaje Fundusz Ludnościowy Narodów Zjednoczonych (UNFPA). Skąd różnica? UNFPA za brak dostępu do antykoncepcji, uznaje też sytuację w której pary posiłkują się tradycyjnymi i najczęściej mało skutecznymi metodami zapobiegania ciąży.
Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podaje, że w Afryce tylko 24,4 proc. kobiet aktywnych seksualnie używało choćby jednego środka antykoncepcji. Ten sam procent kobiet nie ma dostępu do antykoncepcji, mimo że chce albo odłożyć w czasie albo w ogóle zapobiec ciąży.
Czemu zdrowie reprodukcyjne jest takie ważne? Co roku setki milionów kobiet umiera w wyniku powikłań związanych z ciążą, a więcej niż pół miliona umiera podczas porodu albo w wyniku źle wykonanej aborcji. Ponadto choroby przenoszone drogą płciową (i to z wykluczeniem HIV/AIDS) są drugą przyczyną utraty zdrowia wśród kobiet. Wreszcie jak podpowiada znany ekonomista Amartya Sen w swojej książce „Rozwój i wolność”, zdrowie reprodukcyjne i ograniczony przyrost naturalny są kluczowymi czynnikami rozwoju.
Przyszedł moment, by powrócić do głównego wątku. Całkiem niedawno brytyjska fundacja Optimum Population Trust opublikowała głośny raport „Fewer Emitters, Lower Emissions, Less Cost”. Raport zestawia koszty zapewnienia kobietom dostępu do środków antykoncepcyjnych oraz prognozy wzrostu ludności oraz emisji CO2. Wniosek? Najtańszym środkiem redukcji emisji jest dostęp do antykoncepcji. 7 dolarów wydanych na planowanie rodziny zapobiegnie takiej samej ilości emisji, co 32 dolary wydane na wdrażanie źródeł energii odnawialnej. OPT przewiduje, że gdyby wszystkim 201 milionom kobiet zapewnić wystarczającą ilość środków antykoncepcyjnych, między 2010 a 2050 emisje CO2 zmalałyby o 34 miliardy ton. Dla porównania w roku 2008 ludzie wyemitowali około 31,5 miliarda ton CO2.
A jednak jakoś ciężko się przekonać do tych wyników. Zapewnienie dostępu do antykoncepcji jest istotne, ale z zupełnie innych powodów. W tym świetle przecież, skądinąd słuszny cel, staje się mało etycznym środkiem. Narzędziem do rozwiązania problemów, których przyczyną nie jest gwałtowny wzrost populacji krajów najmniej rozwiniętych, ale nie dająca się utrzymać skala konsumpcji bogatszej części populacji.
Konsumpcja, głupcze!
Szukanie recepty na globalne ocieplenie w zmniejszaniu populacji to przykład myślenia magicznego. Te 2 czynniki wprawdzie są ze sobą powiązane, ale nie bezpośrednio. Łączą je pozostałe dwa komponenty formuły I PAT. Jednak i technologię i dostatek możemy rozumieć jako czynniki wyznaczające stopę konsumpcji. To ona, a nie liczba ludności decyduje o wpływie jaki wywieramy na środowisko.
Stany Zjednoczone, na przykład, już dziś emitują około 7 razy więcej CO2 niż Afryka, a w ciągu kolejnych 25 lat jeżeli nic się nie zmieni, różnica będzie trzydziestopięciokrotna. Nie pomoże nawet kurczenie się populacji. W Stanach zmniejsza się rozmiar przeciętnego gospodarstwa domowego (czyli osób żyjących pod jednym dachem i mających wspólne źródło utrzymania), ale co z tego skoro ludzie żyją w większych domach i zużywają więcej energii?
W najnowszym numerze naukowego czasopisma „Environment and Urbanization” David Satterthwaite z International Institute for Environment and Development (IIED) rozprawia się z mitem ekologicznego wpływu populacji.
Największym przyrostem naturalnym między 1980 a 2005 cieszyła się (?) Afryka Subsaharyjska. Przy 18,5 procentowym wzroście populacji, emisje CO2 wzrosły tam tylko o 2,4 proc. Tymczasem w Stanach w analogicznym okresie, wzrost populacji wyniósł 3,4 proc., a emisji aż 12,5 proc. Chinom przybyło 15,3 proc. obywateli, a emisje wzrosły o 44,5 proc. Jest korelacja? Nie ma. Bo stopa przyrostu naturalnego znacznie tam zmalała, w wyniku „polityki jednego dziecka”.
To nie wszystko. Wśród krajów o wysokim przyroście naturalnym i niskich emisjach, wiele jest takich, w których zwiększaniu się populacji towarzyszy spadek emisji. Satterthwaite za przykład podaje Zambię, Kongo, Liberię i Czad. Warto też zauważyć, że niektórzy wśród biedaków nie są odpowiedzialni za żadne emisje, albo nawet mają dodatnie „saldo węglowe”. Wśród nich są choćby poszukujący skarbów wśród śmieci biedacy, albo rolnicy uprawiający małe poletka na własny użytek.
Autor ocenia, że nawet 1/6 populacji świata jest zbyt biedna by wywrzeć jakikolwiek szkodliwy wpływ na środowisko. Traf chciał, że są to najczęściej biedacy z krajów niskorozwiniętych. Często nie mają oni nawet dostępu do energii elektrycznej. W południowej części Sahary takiego dostępu nie ma 0,5 miliarda Afrykanów, również w Indiach 0,5 miliarda ludzi żyje bez dostępu do nowoczesnej sieci energetycznej. Powiedzmy to wyraźnie. Ci ludzie mają prawo do rozwoju, ale przez ten rozwój należy rozumieć i dostęp do środków planowania rodziny (co nie oznacza przymusu!), energii elektrycznej jak i prawo do wzrostu emisji (naturalnie w odpowiednich granicach) CO2 na głowę (oczywiście nie wyczerpuje to liczby życzeń).
Nie można zrzucać całego ciężaru problemu zmiany klimatycznej, na barki tych którzy nie są za niego odpowiedzialni. Jeśli od krajów rozwijających będziemy wymagali, by dla wspólnego dobra ograniczały przyrost naturalny, to i my – ludzie z krajów rozwiniętych – musimy zaoferować coś w zamian.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.02.2010 )
|
|
Prosto z Kopenhagi
-
Kopenhaga, dzień 12.
-
Kopenhaga, dzień 11.
-
Kopenhaga, dzień 10.
-
Kopenhaga, dzień 9.
-
Kopenhaga, dzień 8., cd
-
Kopenhaga, dzień 8
-
Kopenhaga, dzień 6
-
Kopenhaga, dzień 5., cd.
-
Kopenhaga - dzień 5.
-
Kopenhaga, dzień 4.
-
Kopenhaga, dzień 3
-
Kopenhaga, dzień 2.
-
Kopenhaga, dzień 1.
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...