W piątek 15 sierpnia Henryka miała kurs „piętnastką”. Znała na pamięć całą trasę, każdy mijany dom, sklep, drzewo. Wiedziała, że w sierpniowy poranek tramwaj będzie wypełniony robotnikami. Dzieci nadal mają wakacje. Turyści rankiem jeszcze śpią. Usiadła na swoim obrotowym krzesełku, zamknęła drzwi i ruszyła z zajezdni.
- Stocznia strajkuje.
Henryka zamarła, gdy to usłyszała. Chciała odwrócić głowę i zobaczyć, kto to powiedział. Nie mogła w tłumie rozpoznać osoby, której głos dobiegł przed chwilą jej uszu.
Ile razy słyszała o strajkach, ile razy uczestniczyła w zajezdni w dyskusjach na temat tego, czy przerwać pracę, czy nie! Ile razy zastanawiała się, co ona by zrobiła! Pracowała jak szalona, żeby pomóc matce i siostrze, nigdy nie znajdowała czasu na spotkania z koleżankami, na wycieczki, urlopy, wakacje. Jechała teraz „piętnastką” i myślała: „Już nic nie muszę”. Siostra sobie poradzi. Tysiące wspomnień kołatało jej się w głowie, setki głosów, rozmów zasłyszanych w tramwaju. I wtedy pojawiła się jedna myśl: „Teraz muszę”.
Zrobić coś, pomóc, sprzeciwić się, zamanifestować, poprzeć. Stanąć. Zatrzymać tramwaj. Po prostu. Nie takie znowu po prostu, przecież pasażerowie ją zlinczują. Nie stawać. Ludzie do pracy jadą, spieszą się. Stanąć. Gdzie? Pod Operą Bałtycką. Jak tam stanie, to inne tramwaje też staną. Nie będzie przelotu na miasto. Tylko „dziesiątka” do portu dojedzie. Do opery jeszcze sześć przystanków. Strach. Jak nie teraz, to kiedy? Pięć przystanków. Nie stawać. Po co ryzykować? Stanąć. Cztery przystanki. Robotnicy zrozumieją. Nerwy. Stanąć. Trzy przystanki. O matko, jak ta pannana wydaniu - będzie wzięcie, nie będzie wzięcia. Dwa przystanki. Nie stawać. Pobiją mnie. Jak ja się boję bicia. Opera.
- Ten tramwaj dalej nie pojedzie.
Głos Henryki, niski, zdecydowany, zawisł nad głowami ludzi. Dwaj panowie spojrzeli na siebie wymownie i westchnęli, jakby chcieli powiedzieć: „No tak, znowu awaria”. Setki razy pasażerowie słyszeli, że tramwaj dalej nie pojedzie. Henryka kilka razy sama wypowiadała te słowa. Tym razem nie chodziło o zepsute drzwi.
- Stajemy, bo Stocznia stoi. Trzeba poprzeć strajk stoczniowców.
Gdy skończyła mówić, nastała cisza. W takich chwilach człowiekowi wydaje się, że słyszy kołatanie własnego serca. Cisza. Kołatanie. Brawa. Ludzie zaczęli klaskać. W środku Henryki nie było słychać bicia serca, tylko płacz. Młoda, dwudziestoparoletnia motornicza stała przed bijącym jej brawo tłumem pasażerów. Uśmiechali się, poklepywali po ramionach, patrzyli z podziwem na krótkowłosą dziewczynę w sukience w kwiatki.
- Jestem z PKS-u - usłyszała Henryka. Nagle wyrósł przed nią młody mężczyzna i uśmiechając się serdecznie, mówił: - Nazywam się Zdzisław Kobyliński. My w PKS-ie też staniemy.
[…] „Piętnastka” stanęła pod Operą Gdańską dzień po rozpoczęciu strajku w Stoczni. Kiedy w sali BHP trwały pertraktacje z dyrekcją, Henryka rozmawiała ze Zdziśkiem Kobylińskim z PKS-u. Pasażerowie wyszli na ulicę. Za „piętnastką” stawały kolejne tramwaje. Słońce świeciło, tłum gęstniał, wszyscy zrozumieli, że spóźnią się dziś do pracy.
Wiadomość o zatrzymujących się w centrum miasta tramwajach szybko dotarła do zajezdni. Pod operą pojawili się koledzy Henryki, kierowcy autobusów.
- Robimy to tak. Sprowadzamy wszystkie tramwaje na zajezdnię, a bazę robimy na Karola Marksa.
Z ust jednego z kierowców padły pierwsze ustalenia.
- Podjedziemy autobusami - dodał ktoś inny.
W bazie zaczęły się dyskusje o szczegółach strajku.
- Słuchajcie, trzeba pilnować swoich miejsc pracy.
- Ustalmy dyżury.
- Musimy zachować jakiś porządek.
- Na każdej zajezdni zostają ludzie, którzy będą doglądać zakładu.
Henryka nie była w partii, nie była w związkach, nie wiedziała, co i jak organizować, ale organizowała. Rozmowy o pilnowaniu porządku przebiegały w ogromnym chaosie. Ktoś krzyczał, gestykulował. Udało się jednak w miarę sprawnie zapanować nad sytuacją. Wielu zdecydowało się zostać w zajezdni. Zaczęli krzątać się po halach w poszukiwaniu miejsca do spania. Wiadomo było, że strajk potrwa dłużej niż do wieczora. Dni są w sierpniu słoneczne, ale noce bywają już chłodne. Trzeba się do tego przygotować.
Nie wszyscy chcą spędzić noc w zajezdni.
- Słuchajcie, ja idę do domu. Nie strajkuję, nie interesuje mnie to - powiedział młody chłopak i wyszedł z hali.
- Trudno - zareagowała szczupła blondynka.
- Może ci, którzy mają trudną sytuację rodzinną, niech wrócą do domów - rzuciła przytomnie inna kobieta i zaczęła namawiać kilka osób, żeby jednak nie zostawały w bazie.
W czasie, kiedy w halach trwa krzątanina, wybierany jest komitet strajkowy. Pojawiają się propozycje pierwszych postulatów.
- Zadzwonię i sprawdzę, czy Stocznia nadal stoi - rzuca ktoś i wychodzi z hali do biura na piętrze.
- Trzeba wszystkie nasze postulaty spisać i zawieźć do Stoczni - mówi jedna z motorniczych.
- Może ty pojedziesz? -zwracają się z pytaniem do kolegi.
- Pojadę.
Naraz do hali wpada dziewczyna, która przed chwila wyszła, żeby zadzwonić.
- Zerwali połączenia zamiejscowe. Telefony są głuche. Do Stoczni zresztą też nie mogę się dodzwonić.
- Trzeba tam pojechać.
W południe Gdańsk zostaje pozbawiony połączenia telefonicznego i dalekopisowego z resztą kraju. Trzeba jechać do Stoczni nie tylko po to, żeby poinformować robotników o przyłączeniu się tramwajów i autobusów do strajku, ale przede wszystkim, żeby zobaczyć, czy Stocznia nadal nie pracuje. Na mieście pojawiają się sprzeczne informacje. Nie ma co liczyć na wiadomości z radia czy telewizji. Ktoś musi jechać i zobaczyć na własne oczy ten strajk.
Wydelegowany do zadania mężczyzna ma zawieźć stoczniowcom postulaty kierowców i motorniczych. Ma też przywieźć wieści ze Stoczni. Gdy opuszcza teren zajezdni, wszyscy odprowadzają go wzrokiem do bramy.
Stocznia im. Lenina
[…] Prócz pracowników Stoczni Gdańskiej przebywało w niej już wielu delegatów z innych zakładów. Nie tylko komunikacja wysłała do strajkujących swoich przedstawicieli. Ludzie z Elmoru, którzy podobnie jak tramwajarze i kierowcy autobusów przyłączyli się do stoczniowców, są rozczarowani. Nikt z nimi nie rozmawiał, nie zapytał o ich postulaty. Poparli Stocznię, a teraz zostali sami.
Wałęsa wpadł w panikę. Nakrzyczała na niego młoda tramwajarka - „kobieta o męskiej posturze, która przewodziła kierowcom tramwajów i autobusów”. Tak zapamiętał ją brytyjski historyk Timothy Garton Ash. Jakiś robotnik do Krzywonosowych „pluskiew” dorzucił: „Chuja żeś Lechu zwyciężył” i radosny nastrój prysł.
Najgłośniejszej ze wszystkich Henryce Krzywonos wtórowały Anna Walentynowicz, Alina Pienkowska i Ewa Ossowska.
- Co teraz zrobić? - zapytał Wałęsa.
- Zatrzymać ludzi i zacząć prawdziwy strajk w obronie tych wszystkich, którzy stanęli za Stocznią - słyszy w odpowiedzi.
Dziewczyny rzuciły się do bram. Była godzina piętnasta. Po ogłoszeniu przez megafony, że strajk właśnie się zakończył, robotnicy zaczęli się szybko zbierać do domów. Chcieli pewnie jak najszybciej uczcić zwycięstwo i opić sukces strajku. Zatrzymanie ich nie było łatwe. Radiowęzeł wyłączono. Trzeba było wybiec do bram i krzyczeć do ludzi co sił w płucach. Stocznia jest ogromna.
Ten moment strajku przejdzie do solidarnościowej legendy. „Kobiety wykazały czujność rewolucyjną” - powie po latach działacz KOR-u i Solidarności Henryk Wujec. „To kobiety trzeciego dnia uratowały strajk, kiedy zamknęły bramy Stoczni - napisze we wspomnieniach Alina Pienkowska. - Mówię: «Aniu,wychodzą». Ania: «Ty leć na pierwszą, ja na trzecią bramę, a potem przyjdź na trzecią, bo ta trzecia jednak jest duża». I tak żeśmy zrobiły. Przez teren stoczni to był kawał drogi, chciałam więc znaleźć takiego dziennikarza, chyba z «Życia Warszawy», który miał samochód. Pytam Bogdana [Borusewicza], czy wsiąść, bo myślę: jak wsiądę, a on jest z UB, to koniec. Nie wiem, czy Bogdan go znał, ale powiedział: «Wsiadaj». Przez miasto dojechaliśmy do tej bramy. Tam jest taki most nad ulicą. Na tym moście nigdy nie widziałam tylu wychodzących, wszyscy naraz wyszli. I tam coś mówiłam. Każda z nas ma udział w utrzymaniu strajku: Ewa, Henryka, Ania, ja”.
„Solidarność była wielkim męskim rytuałem przejścia - napisze w 1999 roku Agnieszka Graff, feministka, publicystka związana z Krytyką Polityczną. - Fakt, że historia Solidarności zaczęła się od sprawy Anny Walentynowicz, został z mitu tego ruchu właściwie wymazany, pozostał gdzieś w tyle, jako anegdota, swego rodzaju apokryf. Właściwym początkiem tej historii stał się moment, w którym wąsaty Lech Wałęsa po męsku przeskoczył płot Stoczni Gdańskiej”.
Związana również z KP Kinga Dunin przypomni o tym w felietonie w „Wysokich Obcasach”, opublikowanym podczas odbywającego się w Warszawie w czerwcu 2009 roku I Kongresu Kobiet. Napisze, że „poza kłopotliwym Wałęsą jest ktoś taki jak Henryka Krzywonos, która zawróciła go do stoczni, kiedy zabrakło mu determinacji”. Anna Walentynowicz we wspomnieniach powie o Wałęsie i tamtym dniu: „Myślę, że nigdy mi tego nie zapomniał… i nie wybaczył. Baby, dla których - jego zdaniem - nie ma miejsca w polityce, zmusiły go do zmiany planów”.
Fragmenty książki Duża Solidarność, mała solidarność. Biografia Henryki Krzywonos autorstwa Agnieszki Wiśniewskiej
Uwaga: Od 31 sierpnia książka w sprzedaży przedpremierowej w Centrum Kultury Nowy Wspaniały Świat (ul. Nowy Świat 63, Warszawa) oraz w sklepie internetowym KP, a od 17 września do kupienia w sieci Empik oraz dobrych księgarniach na terenie całej Polski.
Czytaj też:
prof. Antoni Dudek odpowiada Jarosławowi Kaczyńskiemu w sprawie Krzywonos: To sami tramwajarze wybrali Krzywonos
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...