|
A biskupi szaleją. Niedługo czekaliśmy na skutki konkordatu, owego niepoczytalnego konkordatu, dającego biskupom przywileje, jakich nie mieli w Polsce nawet w średniowieczu, konkordatu, który czyni z nich wyłącznie przedstawicieli Rzymu, luźnie związanych z naszym społeczeństwem, czujących się ponad naszym prawem.
I kiedy się czyta te orędzia, które spadają teraz jedno po drugim, uderzyć musi ich obcość, twardość. Nikt by nie pomyślał, że to chodzi przecież o dobro ludzi, ich owieczek. Oto na przykład orędzie w sprawie nowego projektu kodeksu karnego. Zupełnie słusznie mógłby ten projekt zainteresować naszych biskupów. Mogłoby ich na przykład poruszyć wprowadzenie kary śmierci, tak sprzecznej z przykazaniem „nie zabijaj”; mogłaby ich uderzyć bezsilność pewnych dążeń kodeksu wobec braku odpowiednich instytucji humanitarnych. Cóż za pole dla działania chrześcijańskiego! Otóż nic z tego wszystkiego nawet nie zwróciło uwagi naszych prałatów; w całym kodeksie zainteresował ich tylko jeden punkt: mianowicie to, że w pewnych wypadkach nieszczęśliwa kobieta może być – o zgrozo! – zwolniona od kilkuletniego więzienia. Przeciw tej kobiecie wyruszyło aż dziewięciu biskupów z pastorałami. Poza tym – zdają się mówić – męczcie się, wieszajcie, więźcie, katujcie, co nas to obchodzi!
Druga rzecz – ustawa małżeńska. Kto zna nastrój i skład Komisji Kodyfikacyjnej, jej oględność i umiarkowanie, ten zrozumie, że Komisja ta aż nadto była skłonna iść na rękę rzecznikom Kościoła w sprawie tej ustawy. Nawet jej projekt w tym właśnie wypadł niezręcznie, że chciał być zanadto bezkompromisowy; że zamiast jasno i stanowczo oddzielić stronę cywilną od kościelnej, starał się te dwie rzeczy, o ile można, skojarzyć. I jeżeli nasi kodyfikatorzy zdecydowali się w końcu wypuścić swój projekt bez aprobaty kleru, to widać dlatego, że wszystkie próby porozumienia okazały się daremne. A to, co ksiądz prymas Hlond i dwudziestu pięciu biskupów przedstawiają jako „bolszewickie bezeceństwa” to jest po prostu zbliżenie się do tego, co istnieje we wszystkich krajach, co Królestwo Polskie miało przed stu laty, co były zabór pruski – własna diecezja prymasa Hlonda – ma jeszcze dziś… Gdyby wierzyć ksiądz prymasowi, w całej Europie ludzie żyją jak zwierzęta! I tam jakoś Kościół godzi się z istniejącym stanem rzeczy. Ale bo też w innych krajach nie ma mowy o tej o k u p a c j i, znanej tylko w Polsce
i – do niedawna – w… Hiszpanii.
[…]
I znów uderzyć musi ten twardy, nieludzki ton. Nic ich nie obchodzą cierpienia ludzi, demoralizacja, krzywda, zamęt prawny. Nigdy w tych orędziach nie zabrzmi nuta współczucia. Cierpieć, męczyć się i… p ł a c i ć, to jedyna rola człowieka na tym ziemskim padole. Zwłaszcza płacić. I to jest charakterystyczne: o wszystkim mówią te orędzia, tylko nie o kwestiach materialnych. Utarła się taka kurtuazja, bardzo wygodna; wobec kleru, który – zbiorowo czy pojedynczo – jest najbardziej nieubłagany, gdy idzie o sprawy pieniężne, stale przystoi udawać, że te rzeczy nie istnieją, że wszystko rozgrywa się w wymiarach zaziemskich.
Tak więc, o cokolwiek chodzi, o szkolnictwo czy o kodeks karny, czy wreszcie o nową ustawę małżeńską, wszędzie ci nowi wielmoże przeciwstawiają się jakiejkolwiek zbawczej i koniecznej reformie, wszędzie nieubłaganie ścigają własne „mocarstwowe” cele, obce społeczeństwu, w którym żyją. Wiemy, czym straszą i co robią; ale co dają? Czym zamanifestowali swój udział, swoje istnienie w ciężkim okresie, jaki przechodzimy? Msza na intencję bezrobotnych; zeszpecenie jednego z placów projektem brzydkiego pomnika i – przede wszystkim – wyciskanie ostatniego grosza z biedoty na wszystkie sposoby. A grosz, który dostanie się do tego mieszka, już stracony jest dla obiegu!
(…)
Ale zdaje się, że tym razem biskupi przesolili. Skoro czterdziestu kilku członków Komisji Kodyfikacyjnej, wybieranych spomiędzy najbardziej zrównoważonych żywiołów, zdecydowało się przeciwstawić klerowi, narażając się świadomie na obelgi i klątwy, to znak, że przebrała się miara buty i wichrzycielstwa prałatów i że, wobec ich destrukcyjnej działalności, nasi aż nazbyt cierpliwi kodyfikatorzy też musieli powiedzieć swoje: Non possumus
Po ich też stronie, mimo niecofającej się przed niczym agitacji, stoi całe oświecone społeczeństwo. Powinno to dać pobudkę do zorganizowania się, do stworzenia jakiejś Ligi Ludzi Wolnych czy czegoś podobnego (może Liga im. Bolesława Śmiałego?…), aby się bodaj policzyć, aby sobie dodać otuchy przez poczucie wspólności. Nie chodzi tu wcale o stawanie przeciw religii, której nikt i nic tutaj nie zagraża; chodzi o to, aby strząsnąć jarzmo nowej okupacji, które grozi wolnej Polsce. Liczne głosy, które otrzymuję z całego kraju dowodziłyby, że myśl ta jest dojrzała; może by kto zajął się jej urzeczywistnieniem. Niechże nasza Komisja Kodyfikacyjna, która, mimo omyłek, jakie mogą się jej zdarzyć, pracuje szczerze nad stworzeniem nowoczesnych podstaw prawnych naszego życia, czuje, że ma silne oparcie. A jeżeli nasi okupanci każą swoim Zytkom śpiewać , nie pozostanie nam nic innego niż zaśpiewać…odpowiednio zmodyfikowaną Rotę.
[1932]
Tadeusz Żeleński, ps. Boy (1874 — 1941) — z wykształcenia lekarz pediatra, absolwent medycyny na Uniwersytecie Jagiellońskim, wybitny znawca i tłumacz literatury francuskiej (twórca przekładów m. in. kilkudziesięciu powieści Balzaca, cyklu W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, Pustelni parmeńskiej oraz Czerwonego i czarnego Stendhala, Pani Bovary Flauberta, dzieł Rousseau, Chateubrianda, Moliere’a, Constanta, Wielkiego testamentu Villona i setek innych utworów), współtwórca krakowskiego kabaretu Zielony Balonik. W okresie międzywojennym intensywnie publikował jako krytyk literacki i teatralny, był również działaczem społecznym, zaangażowanym na rzecz równouprawnienia kobiet, legalizacji zabiegów przerywania ciąży, upowszechnienia antykoncepcji i edukacji seksualnej. W swej publicystyce polityczno-społecznej, głównie na łamach „Wiadomości Literackich”, zwalczał wpływy Kościoła katolickiego, panujący w kraju klerykalizm, tradycjonalizm, antysemityzm i obyczajową hipokryzję, postulował reformy prawa w kierunku liberalnym. Wraz z Ireną Krzywicką założył w Warszawie Poradnię Świadomego Macierzyństwa. W czasie wojny przebywał we Lwowie, pod okupacją sowiecką kierował katedrą literatury francuskiej na lwowskim uniwersytecie, publikował na łamach komunistycznego „Czerwonego sztandaru”. Zamordowany przez oddziały hitlerowskie, zginął 3 lipca 1941.
Fragment książki Nasi Okupanci Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Książka ze wstępem Artura Żmijewskiego i ilustracjami Kazimiery Szczuki.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...