|
Dani Rodrik należy do wąskiej, lecz ostatnio mnożącej się grupy krytyków „hiperglobalizacji” oraz konsensusu waszyngtońskiego. Jest bez wątpienia ekonomistą liberalnym, ale to całkiem inny liberalizm niż ten dominujący w mediach, waszyngtoński i – niestety – warszawski. Zwróciłem na niego uwagę jeszcze przed kryzysem drugiej połowy lat 90. Już wtedy przeciwstawiał się liberalizacji rynku kapitałowego. Widzi korzyści wolnego handlu międzynarodowego, choć i tu czyni wiele wyjątków, zwłaszcza w odniesieniu do tzw. Trzeciego Świata. Ale uważa jednocześnie, że rynek towarów i konwencjonalnych usług rządzi się innymi prawami niż rynek kapitału. Zakres wolności tego rynku powinien być regulowany i ograniczony. Jego próba sformułowania nowych zasad działania w globalizujacym się świecie jest kontynuacją systemu z Bretton Woods, jego rozszerzeniem w duchu J. M. Keynesa.
Swą rosnącą popularność zawdzięcza jednak w największym stopniu własnej krytyce globalizacji jako procesu uniwersalizacji, ujednolicenia systemu światowego. Od dawna, a zwłaszcza od początku bieżącego stulecia Rodrik kładzie nacisk na pluralizm, różnorodność. Pomaga mu w tym fakt, iż jest ekonomistą amerykańskim, ale i tureckim. Już w 2002 roku pisał w artykule o znamiennym tytule: Niech zakwita tysiąc modeli wzrostu („Rzeczpospolita”, 1 czerwca 2002): „Światu potrzebny jest nie tyle jeden wzorzec rozwoju, ile właśnie więcej różnorodności i eksperymentów wspierających przedsiębiorczość i zmiany instytucjonalne”. Globalny kapitalizm bez granic i państw narodowych to groźna utopia. W dającej się przewidzieć perspektywie, demokratyczne rządzenie (governance) pozostanie w ramach politycznych wspólnot narodowych. Państwo narodowe żyje, choć nie wszędzie w najlepszym zdrowiu, i praktycznie pozostaje – jak pisze metaforycznie Rodrik - jedynym „graczem w mieście”.
Rodrik podkreśla, że z globalizacji skorzystały najbardziej gospodarki tych krajów, których państwo było aktywne, interwencjonistyczne. Można by tu dodać, że i w UE największe osiągnięcia mają (Finlandia) lub miały (Irlandia) państwa interwencjonistyczne. Jest sceptyczny wobec planów harmonizacji polityki fiskalnej nawet w Unii Europejskiej. Społeczeństwa nie zrezygnują ze swej suwerenności, narodowe rządy nie zrezygnują tak łatwo ze swych uprawnień. Czy UE będzie wyjątkiem, stanie się jednym systemem społeczno-ekonomicznym, to się dopiero okaże. Rodrik jest więc sojusznikiem tych, którzy akcentują systemowe zróżnicowanie, istnienie wielu typów kapitalizmu.
Najbardziej kuszący, ale trudny jest postulat eksperymentowania w polityce gospodarczej. Druga część tytułu książki Rodrika może być myląca: „wiele recept” nie oznacza, że te recepty są w książce dane. Cały nacisk autora położony jest na eksperymentowanie w konkretnych warunkach miejsca i czasu, innowacyjność polityk gospodarczych. Na brak gotowych recept, na to, że ta sama recepta może się sprawdzać w jednym kraju, a być bezużyteczna w innym. Rodrik nawet dzieli ekonomistów na dwa obozy: na z góry „wiedzących”, co należy czynić (używa dla nich określenia the presumptive camp) oraz „eksperymentalistów”, do których się zalicza.
A to problem arcyaktualny w Polsce. Jeden z najlepszych znawców przemysłu w Polsce, Andrzej Karpiński kończy swą książkę następująco: „Przez 20 lat realizowaliśmy jedynie ogólne zalecenia Banku Światowego i MFW, rekomendacje Unii i ekspertów zagranicznych. Wszystkie one miały charakter ogólny i nie wynikały ze specyfiki naszej gospodarki. Najwyższy więc czas aby zbudować politykę gospodarczą w stosunku do przemysłu wynikającą już nie z ogólnych doktryn ale naszych konkretnych warunków (…) taka polityka wynika z warunków miejscowych, a nie z oderwanych teoretycznych formuł”.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...