|
Tomasik opowiada rzeczy oczywiste,
choć powikłane: homoseksualne żywoty wielu aktorów
polskiego kanonu. Niby nic, ale zaczęło się dziać - Błażej
Warkocki recenzuje Homobiografie
Krzysztofa Tomasika w „Czasie Kultury”.
Bo kto żył więcej niż jednym
życiem,
Więcej niż jeden raz musi umierać
(Oscar
Wilde, Ballada o więzieniu w Reading)
Krzysztof
Tomasik zebrał w swojej książce kilkanaście szkiców na
temat postaci polskiego kanonu parających się piórem: w
większości bardzo znanych. Interesował go – nie ukrywajmy – głównie (pewny, bądź tylko możliwy) homoseksualizm.
Autor
wpisuje się tu w pewną tradycję – poszukiwania symbolicznej
homoseksualnej genealogii. Odnajdywania, wykopywania, odkrywania
przodków, białych braci i sióstr, dzięki którym
można nadać sens życiu i umościć się w kulturze, która
skazała osoby homoseksualne na przymusowe milczenie. Tomasik nie
jest tu z cała pewnością pierwszy. Gregory Woods w swojej
obszernej monografii literatury homoseksualnej podaje jak to pomiędzy
kartkami bibliotek XIX-wiecznego Oxfordu sympatyczni młodzi
dżentelmeni robili spisy prawdziwych i mitycznych kochanków
homoseksualistów. Takie spisy, mniej lub bardziej
zakamuflowane, można również odnaleźć u Jerzego
Andrzejewskiego czy Grzegorza Musiała. Niestrudzonym gejowskim
biografem (już fazy emancypacyjnej) był także Marcin
Krzeszowiec.
Dlaczego zatem książka Tomasika jest wyjątkowa?
Bo unika kilku pułapek. Po pierwsze to nie spis fascynujących
plotek z życia seksualnego intelektualistów. Przeciwnie.
Należy sobie w końcu uświadomić – a Homobiografie dają
ku temu sposobność – że homoseksualność to nie „obyczajówka”,
tylko fakt kulturowy, no i część polskiej kultury, ważna o niej
opowieść.
Istnieje różnica między tym, co prywatne,
a tym, co intymne. Tomasik w swojej książce – jak każdy autor
biografii, co wynika z samej definicji gatunku – zajmuje się
życiem prywatnym swoich bohaterów. Co więcej – wykazuje
dużo szacunku i zrozumienia wobec ich wyborów życiowych. A
jednak czytelnik znający Homobiografie wyłącznie z recenzji
prasowych mógłbym podjąć (mylne) wrażenie, że autor
zajmuje się kwestiami intymno-łóżkowymi. Tych kilka
„momentów” – a są to ze dwa cytaty w których
jeden znany pisarz obsmarowuje drugiego znanego pisarza – znalazło
poczesne miejsce w tekstach Dariusza Nowackiego (GW, 27 maja) i
Jerzego Sosnowskiego („Przekrój”, 12 czerwca). Z
perspektywy psychoanalitycznej podejrzliwości są to zachowania
symptomatyczne: autorzy wybierają świadomie skandalizujący
szczegół (który zapiekle krytykują), nie zauważając
wymowy całości. Pamiętajmy zatem, że podniesiona przez Jerzego
Sosnowskiego kwestia wyższości rozmów o Ziemi Ulro
nad rozmowami o seksie analnym – jest być może ciekawa, ale nie
ma zupełnie nic wspólnego z książką Krzysztofa
Tomasika.
Homobiografie obrazują pewien paradoks.
Autor nie korzystał z jakichś tajnych źródeł, wykorzystał
to co już dostępne (głównie opublikowane dzienniki i
listy). W jakimś sensie mówi to, co wszyscy i tak wiedzą. A
jednak „to” było długo kamuflowane i nie podlegało kulturowej
obróbce i interpretacji. Było tajemnicą, ale „jawną”
(czy w Polsce żyje ktoś zajmujący się kulturą, kto nie
wiedziałby, że Iwaszkiewicz był homoseksualny?) i nie była to
dobra sytuacja, bo wszelkie „jawne tajemnice” mają projekcyjną
moc wyszukiwania kozłów ofiarnych. Dałoby się też zapewne
sporządzić słownikową broszurkę strategii eufemizujących
homoseksualność: jak powiedzieć, żeby nie powiedzieć, albo nie
powiedzieć do końca. W tym sensie książka Tomasika nazywa „jawną
tajemnicę” tożsamości homoseksualnej i pokazuje, że funkcjonuje
ona w samym centrum polskiej kultury. Jest jej istotną
częścią.
Książka opisuje również pewną
nieprzepracowaną żałobę, którą jawna tajemnica
podtrzymuje. Weźmy przykład Lechonia. Cudowne dziecko polskiej
literatury, homoseksualista-konserwatysta, antykomunista, samobójca,
wokół którego odprawiono wiele rytuałów
„chowania w szafie”, obecnie ulubiona figura prawicowego dyskursu
(gdzie występuje w roli „dobrego homoseksualisty”). Jak wynika z
ksiązki Tomasika sporo zrobiono, żeby nie można było porozmawiać
z Aubreyem Johnstonem (zamieszkałym w USA), długoletnim partnerem
Lechonia. Biografowie byli odsyłani z kwitkiem, a Johnston w
najlepszym razie lekceważony jako „nikt”. To nie tylko strata
dla polskiej kultury, ale również przemoc symboliczna wobec
konkretnego człowieka. Bo strażnicy „szafy” i pomników,
nawet jeśli sami fotografują się z żonami, biorą śluby tudzież
rozwody, będą bezwzględni wobec homoseksualnej żałoby.
Trzeba
bowiem pamiętać o drugiej stronie medalu. Wielkie fragmenty życia
ludzi takich jak Lechoń są zakłamywane. Bo nie chodzi tylko o – często dziś podnoszone – prawo do legalnego związku. Chodzi
również o prawo do legalnej żałoby. O to, żeby można było
wyrazić publicznie ból, do czego każdy heteroseksualista (po
śmierci żony czy męża) ma prawo.
Czy Aubrey Johnston był
na pogrzebie Lechonia? A może powinien go organizować? W istocie
jego historia była bardzo dramatyczna: w momencie samobójstwa
partnera przebywał w Europie i przez kilka miesięcy wysyłał listy
do zmarłego Lechonia, nie wiedząc że ten nie żyje. Szybko stał
się nielegalny, bez prawa do wyrażenia wspomnień. I
najważniejszego: prawa do legalnej żałoby. Takich historii w
książce Tomasika jest poukrywanych więcej.
Dziś zatem
należy sobie powiedzieć jasno: obrońcy homoseksualnej „szafy”
działają na szkodę polskiej kultury. Wywiad-rzeka z Johnstonem
byłby ogromnym wkładem do rodzimej kultury; mógłby ukazać
się na przykład w bibliotece „Więzi”, która
specjalizuje się w Lechoniu. Byłaby to książka fascynująca i
ogromnie ważna. Jednak akcja obrońców „szafy” się
powiodła. Aubrey Johnston zmarł w 2003 roku i nic już nie
powie.
Homobiografie doczekały się obfitej recepcji,
pod każdym względem zróżnicowanej. Można wręcz dojść do
wniosku, że książka Tomasika spełniła rolę nazwania
homoseksualnej tajemnicy w polskiej kulturze. W bezpretensjonalny,
kompetentny sposób Tomasik opowiada rzeczy oczywiste, choć
powikłane: homoseksualne żywoty wielu aktorów polskiego
kanonu. Niby nic, ale zaczęło się dziać. Interesująco rozłożyły
się głosy liberalne i konserwatywne. Konserwatywne można było
łatwo przewidzieć, więc nie są aż tak ciekawe. Tomasz
Terlikowski na przykład ogłosił, że mamy do czynienia z „apoteozą
grzechu”, choć Iwaszkiewicz pod koniec życia błogosławił swój
małżeński stan – więc może nie tak do końca (swoją drogą
kiedy to właściwie fundamentaliści religijni zawładnęli sporym
obszarem dyskursu publicznego? Mam wrażenie, że głosy katolickich
integrystów kiedyś były mniej widoczne). O wiele bardziej
interesujące są wypowiedzi „liberałów” (nazwij ich w
ten sposób umownie) np. Dariusza Nowackiego i Jerzego
Sosnowskiego, których głos układa się we wspólny
wzór strażników homoseksualnej szafy.
Ogólnie
rzecz ma się tak: wedle konserwatystów to agresywny atak na
„naszą” kulturę (poprzez apoteozę grzechu homoseksualnego), a
wedle liberałów to raczej śmiesznostka, ploteczki
rodem z internetowego Pudelka, ale koniec końców
niebezpieczne, bo sprowadzające homoseksualną sublimację na bruk
trywialnej emancypacji.
Najbardziej symptomatyczny wydaje się
tu głos Nowackiego. Zanim jednak poddamy go uważniejszej analizie,
zauważmy istotną rzecz. Przekaz książki Tomasika dużo lepiej
odebrali niektórzy konserwatyści. Np. autor kryptorecenzji z
„Naszego Dziennika” (29 maja 2008) Stanisław Krajski
(autor nie wspomina, że pisze o Homobiografiach, choć w dużej
mierze o nich pisze) dużo lepiej niż Nowacki rozumie o co w tej
książce toczy się gra – mianowicie o redefinicję kultury. O
taki jej kształt, w którym homoseksualność nie będzie
skazana w najlepszym razie na wysublimowane milczenie, moglibyśmy
dopowiedzieć, choć Krajewski użyje oczywiście innego języka:
„Zboczenie w dziedzinie ludzkiej płciowości powiązane z
destrukcją w dziedzinie moralnej musi owocować negatywnie w wielu
porządkach, w wypadku pisarzy również w porządku
literatury”.
Powróćmy do tekstu Nowackiego, który
wydaje się być bardzo symptomatyczny dla współczesnych
liberalnych strażników szafy. Dariusz Nowacki czyni
mianowicie kilka dziwnych założeń, które mają niewiele
wspólnego z książką Tomasika, która wedle niego jest
po pierwsze „zabawna”, a po drugie „groźna” (jak twierdzą
„niektórzy”, choć autor nie zdradza ich personaliów,
a ciekawie byłoby je poznać).
Tomasik napisał książkę
popularyzatorską i publicystyczną, a nie naukową. Do tego
niewątpliwie nastawioną na emancypacyjny zysk, do czego autor ma
przecież pełne prawo. Niewątpliwie jest to zachęta do tego, aby w
naukowy sposób opisać strukturalne znaczenie homoseksualności
w polskiej kulturze wieku XX i drugiej połowy XIX (wtedy - wedle
metodologicznych konstruktywistów inspirowanych Foucaultem -
rodzi się homoseksualista jako byt tożsamościowy). Mógł to
już dawno zrobić Nowacki, mogli to zrobić „niektórzy”.
Ale nie zrobili. Mamy więc na razie świetną popularyzatorską
książkę biograficzną dzięki której sporo dowiadujemy się
o tym jak drzewiej bywało (np. bardzo ciekawe uwagi o stosunku
homoseksualnych mężczyzn do małżeństwa w międzywojniu). Jednak
drzwi są otwarte do tego by pisać dalej i „queerować” polską
kulturę, drobiazgowo uwzględniając wszelkie niuanse „kontekstów
historyczno-kulturowych, paradygmatów estetycznych i norm
obyczajowych” (do czego, słusznie, zachęca Nowacki). A
pamiętajmy, że co nieco już zrobiono, by wspomnieć prace Germana
Ritza o Iwaszkiewiczu i prekursorskie Obszary odmienności. Rzecz o
Marii Komornickiej Izabeli Filipiak. Ciągle jednak o
homoseksualności w polskiej kulturze czasów
przedemancypacyjnych wiemy żenująco mało, zwłaszcza w kontekście
prac anglojęzycznych dotyczących Europy Zachodniej (czy mają w tym
udział jacyś „niektórzy”, którzy zawyrokowali, że
takie badania są „niebezpieczne”?).
Nowacki powtarza
banał o zagrożeniu jakie stwarza emancypacja dla prawdziwej
literatury i – w domyśle – porządku świata. Dawniej, gdy
pisarze się „ukrywali” było pięknie a ich literatura wzniosła
i wysublimowana. Dzisiaj wszystko uległo banalizacji, a o
homoseksualizmie można sobie żartować na kanapie u Wojewódzkiego.
No cóż, homoseksualizm jest banalny. Zawsze można też
poprosić Romana Giertych, by porządził w kulturze i jest nadzieja,
że pisarze zaczną sublimować i campować (i naprawdę mamy
uwierzyć, że Giertych to najlepszy sposób na generowanie
wielkiej literatury?). Po trzecie – Nowacki przedstawia jakąś
dziwną wiarę w naturę ludzką – z faktu, że o homoseksualizmie
można sobie ot tak żartować nie wynika, że ludzie przestali mieć
problemy stanowiące „brzemię”. Wszyscy chorujemy i umieramy, i
mamy tysiące innych kłopotów egzystencjalnych,
eschatologicznych, finansowych oraz wszelkich innych. Jest się więc
z czego „wyzwalać” i na ten temat ewentualnie pisać.
W
gruncie rzeczy Nowacki – poprzez swą oklepaną figurę myślową
czytaną dla intelektualnej rozrywki „odwrotnie” – mówi
coś istotnego. Wskazuje nieświadomie na centralne znaczenie
„epistemologii homoseksualnego ukrycia” (formuła Eve Sedgwick) w
konstrukcji wysokiego polskiego modernizmu. Rozpoznanie uwarunkowań
tegoż ukrycia (a recenzja Nowackiego jest tu ciekawym i
symptomatycznym przyczynkiem) to ważne zadanie dla przyszłych
badaczy.
Robi się jednak naprawdę dziwnie gdy Dariusz
Nowacki pisze: „Idzie właśnie o odzew w mediach, o zdarzenia,
które <zmieniałyby postrzeganie kwestii homoseksualizmu w
przestrzeni publicznej> (ze wstępu). Tutaj żarty się już
kończą. Tomasik ma w nosie wysokoartystyczną kulturę literacką”.
Dlaczego żarty się kończą gdy chodzi o owo „zmienianie
postrzegania”? Dlaczego właśnie tu? Dlaczego taka działalność
jest zła? Zwłaszcza po PRL-oewskiej akcji „Hiacynt” i IV RP z
jej homofobiczną paranoją i możliwym zakazem uczenia przez
homoseksualistów w szkołach ( w której osoby
homoseksualne przecież i tak są, ale tym razem zostały skuteczniej
niż kiedykolwiek wcześniej zastraszone)?
Tak, tutaj żarty
się kończą. Milczenie na temat homoseksualności jest w gruncie
rzeczy – w dzisiejszych warunkach – przyzwoleniem na przemoc. Nie
tylko tę instytucjonalną, ale również przemoc naszą
powszednią, jakże często – np. w szkołach - homofobiczą.
Przedziwna figura, którą zaprezentował Nowacki, jest w
gruncie rzeczy sakralizowaniem przemocy w imię wyimaginowanej wizji
Literatury. Czy programy antyhomofobiczne w szkołach też są złym
pomysłem, zagrażającym wielkości prozy Gombrowicza czy
Iwaszkiewicza? Cokolwiek by na temat nie myśleć: pamiętajmy że
Iwaszkiewicz i Gombrowicz mają jedną cechę wspólną. Są
mianowicie martwi. W odróżnieniu od uczniów i uczennic
polskich szkół, a także ich nauczycieli, którym dość
prosto jest zafundować, jak się okazuje, podkręcenie homofobicznej
paranoi. Wizja wysokiego polskiego modernizmu zaproponowana przez
Nowackiego – nieprawdziwa, ale symptomatyczna – stoi na straży
przemocy, upostaciowanej w figurze „szafy”.
I tu,
rzeczywiście, żarty się kończą.
Krzysztof Tomasik,
Homobiografie.
Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku, Wydawnictwo Krytyki
Politycznej, Warszawa 2008.
Tekst ukazał się w „Czasie
Kultury„ 5/2008.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...