|
Jesienią ubiegłego roku Marian Pankowski odwiedził Polskę. Udało mi się dojechać na czas z daleka i porozmawiać z pisarzem w jednym z warszawskich hoteli. W czasie tej rozmowy usłyszałem taką opowieść: „Kiedy wydałem książkę atuga idzie – nakładem własnym, pięćset egzemplarzy – posłałem egzemplarz mamie, która zapytała: «Dziecko, czy ja cię tego uczyła? Ja cię uczyła takich słów?». To była oczywiście poza mamy, żony robotnika, ale o zamiarach mieszczki, eleganckieji nieśmiałej. Ale mama jednak zapomniała, że kiedy miałem cztery lata i pierwszy szron osiadł na liściach i trawie, a ona właśnie wróciła z zakupów z pieczywem, powitała mnie słowami: «Świnia mróz, fiołkom dupki pomarzną»”. Ktoś, kto czytał Ostatni zlot aniołów od razu zrozumie, o czym jest ta książka i skąd się wzięła, ale na wszelki wypadek przytoczę jeszcze parę zdań z naszej rozmowy, żeby sprawa była jasna: „Mama była szalenie zmysłowa i wyrażała się śmiało. W domu u nas żyło się mową. Brat pracował na głównej poczcie we Lwowie i stamtąd przywoził kwiecistą mowę lwowską. W Sanoku miałem wielu przyjaciół Żydów i Ukraińców. Jestem wychowany na ziemiach nieczystych. To jest moje bogactwo”. Zgodnie z zapewnieniem wydawcy otrzymaliśmy starannie wybrane fragmenty „staropolskiej” sylwy Mariana Pankowskiego, traktujące o wydarzeniach, które dopiero nastąpią. Ta niewielka książka, w której mamy do czynienia z wyraźną kumulacją literackich i naukowych zainteresowań autora Pątników z Macierzyzny – historyka literatury i badacza języka – jest przepysznym cukierkiem przyprawionym niewielką, ale bardzo skuteczną dawką jadu. Jad ten sprawia, że od czasu do czasu jednak poważniejemy, bo zdajemy sobie nagle sprawę, gdzie jeszcze może nas zaprowadzić język i jaki potencjał drzemie w naszej mowie. W całym tym szaleństwie polszczyzny znalazło się miejsce na pocztę elektroniczną czy telefon komórkowy, które na pierwszy rzut oka zupełnie do sylwy nie pasują. Ale tylko na pierwszy rzut oka, bo już drugi wystarczy, by się przekonać, że nie ma słów i rekwizytów, których Pankowski nie potrafiłby wykorzystać do swoich celów i ku radości czy nawet cudnemu przestraszeniu czytelnika. I jeszcze jedno ważne wyznanie pisarza: „Kiedy miałem dziesięć lat, chciałem być mistrzem świata w skoku wzwyż. Miałem długie nogi i myślałem, że to będzie pomocne. Jednak pod wpływem porażki z dużo niższym przeciwnikiem szybko zrezygnowałem z lekkoatletyki na poziomie światowym i przyszła mi myśl, żeby zostać wirtuozem skrzypiec i kompozytorem”. Pankowski jest wirtuozem skrzypiec i kompozytorem. Nie gra na skrzypcach i nie komponuje, ale potrafi zapisać muzykę polszczyzny, która w jego wersji ociera się o zaklęcie, formuły misteryjne czy taniec obrzędowy. Brzmi to może zbyt poważnie w przypadku prześmiesznego Ostatniego zlotu aniołów, ale tak właśnie jest.
Recenzja ukazała się w „Dodatku literackim” nr 1(2) 2008 - gazeta Nagdrody Literackiej Gdynia.
Na podobny temat
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...