Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Radio niebieskie, oczy Heleny |
|
|
Anna Marchewka
|
|
16.12.2007 |
Czy gwiazda Mariana Pankowskiego zaczęła świecić nagle nowym, niewidocznym dotychczas blaskiem? Czy ten odkryty na nowo przez Korporację Ha!art (przejęcie go przez Krytykę Polityczną ma zaplecze ciekawe, acz intymne) pisarz w wieku zaawansowanym wydał właśnie książkę religijną?
O możliwościach warsztatowych pisarza w epistolograficznej hucpie, jaką była opublikowana niedawno korespondencja Skalmowskiego i Mrożka padały pod adresem autora Rudolfa słowa twarde. Podobno za szybko wyjechał z kraju, by nabrać kultury ojczystego języka, by nauczyć się pisać „po bożemu” – za szybko, czyli był zbyt młody, by wchłonąć esencję polszczyzny i wypisać w tekstach literackich. Po lekturze Ostatniego zlotu aniołów nawet najbardziej zagorzały zwolennik mrożkowskiej i skalmowskiej wizji świata musi skapitulować. Belgia Belgią, ale z tym językiem niepolskim korzennie to panowie najwyraźniej przesadzili lub ocenili pochopnie, pospiesznie, co czasem, w korespondencji najtęższych nawet umysłów się zdarza. Bo Pankowskiemu udało się (już jakiś czas temu) przyłapać język na gorącym uczynku. Tą maleńką, drobną książeczką, tym pospolitym ruszeniem pamięci, które wyciąga, wydobywa w chaotycznej być może na pierwszy rzut oka formie wydarzenia z przeszłości, miesza je, miesza, miksuje, jak w najlepszych z możliwych sarmackich sylwach bywało. Pankowski wprost do gatunku uprawianego przez barokowych twórców się przyznaje, robiąc wycieczkę historycznoliteracką, stając okrakiem ponad czasem, bo akcję Ostatniego zlotu umieścił w przyszłości. Nie napisał jednak książeczki science fiction. To raczej projekcja przeświadczenia, że to, co mu dane, jest grą w klasy na drodze, na której niebo i piekło pierworodnie jednorodne.
Czy można rzucać w Pankowskiego religijnością tylko przez anioły w tytule? Przez miejsce akcji? Z pewnością to nie jest książka pobożna – bo pobożność z religijnością nie ma chyba nawet nic wspólnego. Pankowski zadaje mocne pytania o zło (Co za skandal! Czy on nie ma wstydu? Czy nie wie, że to nieprzyzwoitość?), o to, dlaczego Ojciec zagładę na cały świat sprowadził (i ma na myśli nie tylko powtórkę ze Starego Testamentu, ale i historii najnowszej – bo jak możliwe było Auschwitz, bo jak możliwy był czas apokalipsy owiany zapachem napalmu o poranku?). Archanioł twardo upiera się przy karze za cielesne grzechy – to za nie Pan zesłał parę cwanych, szpakami karmionych piromanów. Pankowski posługując się źródłowym językiem ludowym, nasyconym prymitywną (w najlepszym tego słowa znaczeniu) siłą; językiem muzycznym, językiem przyśpiewek (konkurs na fraszkę ero-skatologiczną jest tego przykładem wprost), który otwiera (jeśli wierzyć takim badaczom jak Andrzej Bieńkowski) drzwi do nieznanego. Trans, muzyczny, cielesny, dotyka tajemnicy, uświęconej, pradawnej, która z naskórkową pobożnością młodych wyznań ma niewiele wspólnego. Bieńkowski (autor Ostatnich wiejskich muzykantów i Sprzedanej muzyki) podkreśla miejsce osobne muzykantów – byli wyjątkowi, jednocześnie szanowani i napiętnowani kontaktem ze światem, który ledwo można musnąć wirując w rytmie przez nich podawanym. Ludowość, ale nie romantyczna, wygłaskana na gładko, bez zadziorów i brudu, już nie sielankowa, ale ta rdzenna pojawia się w Ostatnim zlocie aniołów – w pełnej krasie. Wyłazi skądś to ciało, palone, głodzone, dręczone w minionym stuleciu. To ciało, przez które wydarzył się dwa tysiące lat temu cud, to ciało, w którym rozgrywa się misterium niezrozumiałe dla najwybitniejszych umysłów, ścisłych nawet. Pankowski, zanim z więziennym numerem na przedramieniu wyjechał z Polski, zdążył się jednak nałykać tego powietrza jednym cuchnącego zepsuciem, rują i porubstwem, a innym majaczącego możliwością przekroczenia siebie – przyzwoleniem na słabość, przemijanie i wszystko to, na co wpływu mieć nie mogę. Radio niebieskie, które zamiast zapowiedzianego zlotu zwołuje na rozróbę, które pokazuje, że zgrupowanie przybranych w dżinsy Aniołów bardziej przypomina obozowisko pod przywództwem okrutnych naczelników, niebezpiecznych ideologów niż wymarzony raj. Pankowski zwraca się ku pomieszaniu, ku brudowi niskiemu, by odkryć tajemnicę pereł unurzanych w błocie. Najdłużej gasną perłowe oczy Heleny. Pieśni profanów, skatologów bronią (niewiarygodne, może) nadziei majowej. Wypróżnianie nieczystości, nowy język wbrew Muzie wysztafirowanej, skok z kry na krę lodową, ta gra w klasy toczy się o stawkę najwyższą – nadzieję mimo bez-sensu, bezbronnej samotności, bezradności. Credo wśród ociekających płynami ustrojowymi piosenek uderza mocniej niż eksplodujący krystalicznymi dźwiękami psalm w katedrze i wywołuje zazdrość, że jednak tak, że jednak wbrew, że mimo wszystko.
Marian Pankowski, Ostatni zlot aniołów, ilustr.: Jakub Julian Ziółkowski, Wydawnictwo Krytyki Politycznej,
Warszawa 2007 r.
Recenzja ukazała się w „Lampie” (nr 12/2007).
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.12.2007 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...