Katarzyna Janowska: Powiedział pan, że
pana książki biorą się z oburzenia, z chęci wyrażenia sprzeciwu.
„Pątnicy z Macierzyzny”, książka radykalnie antyklerykalna, drwiąca z
ludowej religijności, powstała w latach 80. To był czas, kiedy w
polskich kościołach toczyło się opozycyjne wobec reżimowej władzy życie
kulturalne, polityczne, społeczne. Czy pisarz, który zabiera głos w
sprawach ważnych dla społeczeństwa, nie powinien mieć słuchu na to,
czym ono żyje?
Marian Pankowski: Pani obraz sytuacji jest trafny, z tym że ja,
mieszkając od wielu lat w Belgii, nie żyłem polską chronologią. To była
chronologia indywidualna pracownika uniwersyteckiego w Brukseli, gdzie
panuje laicki klimat i gdzie wszelkie próby ingerencji Kościoła w
sprawy państwa są piętnowane.
W tamtym czasie zwracałem uwagę nie na patriotyzm Kościoła, nie na
fakt, że w jego murach mogą się spotykać Żydzi, komuniści i
niewierzący, ale przede wszystkim na klerykalizm. Moim zdaniem hojny
patriotyzm nie zmył grzechów kościelnych.
Zresztą ze mną zawsze tak było, że pisałem w swoim rytmie, który był
niezależny od tego, co działo się na zewnątrz. ,,Rudolfa” [powieść o
homoseksualiście uznawaną dziś przez ruch gejowski w Polsce za
literackie ustawienie głosu dla ich sprawy - K.J.] pisałem w czasach,
kiedy o tych kwestiach się nie mówiło. To zawsze był mój czas:
marzyciela, który pisze dla siebie, a nie na zamówienie społeczne czy
literackie.
W ,,Pątnikach…” wyrzuciłem z siebie wszystkie moje żale, złudzenia i
pretensje do Kościoła jako instytucji, która zajmuje się tym, co
nazywam sacrum. Zmusza go, by myślał na klęcząco. W ,,Pątnikach…”
pokazałem, że pielgrzymki są rodzajem narkotyku. Kojarzyły mi się z
Gierkowymi dożynkami.
Moi koledzy, profesorowie z Lowanium, pytali mnie od czasu do czasu: „A
co słychać u polskiego papieża?”. Nie brzmiało to pochlebnie. Według
mnie papież Jan Paweł II za pomocą teatralnych gestów zbyt łatwo
realizował poczucie wspólnoty.
Ten rodzaj zaczadzenia trwa w dalszym ciągu. Najlepszym przykładem jest
działalność o. Rydzyka, z którym Kościół nie umie sobie poradzić.
Jest pan krytyczny wobec Kościoła jako
instytucji. Ale w tym jest coś więcej. Przyznaje się pan do tego, że w
obozie stracił pan wiarę.
- Zaczęło się od tego, że byłem w podchorążówce w Jarosławiu i
chodziłem na rekolekcje, które kończyły się komunią. Poszliśmy wszyscy
do spowiedzi. Stoję w kolejce, klękam przy konfesjonale, wymawiam
formułę wstępną i zastanawiam się, od jakiego grzechu zacząć, a tu
słyszę: „A czy ty przeklinasz?”. „Proszę księdza, my przez cały dzień
przeklinamy”. „A ty się nie lękasz, że ogień piekielny spali twój język
przeklęty?”. „Co ksiądz opowiada?”. „Co?!”. I on przerywa sakrament,
wychyla się z konfesjonału i patrzy na mnie. A ja mówię: „To ja sobie
już pójdę”. Wstaję i jako jedyny opuszczam kościół. To był koniec
mojego zaufania do Kościoła jako instytucji.
Ale decydujący moment nastąpił w Auschwitz. Byłem od kilku miesięcy
więźniem. Czułem się w obozie „u siebie”. Pracowałem w ślusarni pod
dachem, gdzie można było ogrzać ręce, esesman nas nie bił. Koledzy ze
złota z żydowskich zębów wyrabiali biżuterię dla esesmanów, odlewaliśmy
ruszty do krematoriów, robiliśmy siatki na metalowe płoty. Jak na
warunki obozowe były to delikatne roboty.
Kiedy rano szliśmy do pracy, czysto ubrani, ze śpiewem na ustach,
widziałem za ogrodzeniem ponad setkę Żydów - kobiety, dzieci z
walizkami - którzy na nasz widok delikatnie się uśmiechali. Wyobrażali
sobie pewnie, że tak będzie wyglądał ich pobyt w obozie.
Wieczorem, kiedy wróciłem do obozu, leżały już tylko walizki. Po
zjedzeniu zupy wyszedłem z baraku spotkać się z kolegami i zobaczyłem
nad krematorium czerwone jęzory ognia. I wtedy pomyślałem: Żydzi z
porannym uśmiechem lecą teraz do Pana Boga, a jego tam nie ma. W
tekście ,,Nie ma Żydówki”, który ukazał się w sierpniowej
,,Twórczości”, piszę: „Pan Bóg był wtedy w Castel Gandolfo i układał
sobie pasjanse. Nie miał czasu być nad Auschwitz”.
Mimo niechętnego stosunku do Kościoła
korespondował pan z papieżem Wojtyłą? Znaliście się ze studiów na
Uniwersytecie Jagiellońskim. Obaj studiowaliście polonistykę,
pochodziliście z małych miast, wiele was mogło łączyć.
- On pochodził z Wadowic, ja z Sanoka, ale jak to bywa, przypadek sprawił, że nasze losy potoczyły się zupełnie inaczej.
Byłem jednym z niewielu jego dawnych kolegów, którzy nie starali się o spotkanie, kiedy został papieżem.
Po wojnie spotkałem się z Wojtyłą trzy razy. Pierwszy raz w 1947 r., on
był już księdzem i przyjechał do swego przyjaciela Flamanda na wakacje
[Pankowski od 1945 r. mieszka w Brukseli]. Zatelefonował do mnie, że
chciałby się ze mną spotkać. Pojechałem pociągiem do Flandrii.
Uważnie słuchał mojego opisu Auschwitz. Sam miał inne doświadczenia. W
czasie wojny pracował w kamieniołomach. Kiedy się żegnaliśmy,
powiedział: „Słuchaj, gdybyś miał jakieś problemy natury psychicznej,
duchowej, to ja…”. Podziękowałem mu. Wtedy byłem zakochany w mojej
dziewczynie i nie miałem żadnych problemów.
Drugie spotkanie miało miejsce, kiedy już był biskupem. Leciałem z
Polski do Brukseli. Na lotnisku stała grupa ubranych na czarno panów.
Nagle słyszę: „Marian Pankowski z Sanoka!”. Podchodzę, witamy się,
kilka zdań banalnych, życzliwych, jak to między kolegami.
Ale tak naprawdę interesujące było dopiero trzecie spotkanie. To było w
2002 czy 2003 r., w grudniu. Dzwoni telefon i inteligentny głos mówi:
„Jestem dyplomatą polskim w Brukseli. Właśnie byliśmy z żoną u Ojca
Świętego, który pytał, czy znamy Pankowskiego. Powiedziałem, że nie. -
A to musicie go poznać. Chciałbym mieć od niego jakieś wiadomości”.
Zaprosili mnie na kolację i chcieli, żebym im powiedział, co myślę o
polskim Kościele. Byłem w swoim żywiole, bo od lat dyskutowałem o tym z
moimi kolegami z uniwersytetu.
Zacząłem od soboru. Łacina była językiem magicznym, który szedł do
nieba, nawet jak się słów nie rozumiało. A po ustaleniach soboru
ksiądz, za przeproszeniem, dupą obraca się do ukrzyżowanego, żeby być
na równi z ludem bożym. A przecież religia nie jest demokratyczna,
istnieje hierarchia i piramida aż do Boga, której nie można odwracać.
Szczytem wszystkiego jest komunia. Dawniej, kiedy klękałem do komunii,
byłem jak ptaszek, otwierałem dziób i przynosili mi karmę. A teraz
wyciąga się łapkę jak po pudełko lodów i koniec. Kościół zrezygnował z
misterium, Kościół jest dziś prawie wiedzą.
W Kościele katolickim od czasu do czasu zaprasza się jakąś dziewczynę
czy jakiegoś polonistę, żeby odczytał przy ołtarzu piękny tekst
literacki, żeby jakoś uwznioślić mszę. Ale ludzie i tak się nudzą, a
kościoły pustoszeją. Opisałem to w jednym z listów do papieża, a on
dziękował za refleksje. Nigdy nie reagował konkretnie.
Dyplomaci, u których byłem na kolacji, zdali mu relację z rozmowy ze
mną i otrzymali potem list od papieża, w którym pisał, że przesyła
opłatek i prosi, żeby się nim przełamali z Marianem Pankowskim na znak,
że o mnie pamięta.
Ostatni list do papieża przesłałem po represjach Kościoła w stosunku do
studentów seminariów austriackich i amerykańskich, u których znaleziono
obrazki porno i za karę usunięto ich z seminarium. Napisałem do Ojca
Świętego, że nie można oczekiwać od młodych, zdrowych mężczyzn czy
kobiet, żeby wyłączyli swoje ciało. Napisałem, że to jest dramat
każdego księdza, który upada, żałuje, znowu powraca do dziewictwa
moralnego i że szkoda, że Kościół i tym razem zepchnął ciało do
piekieł. Po tym korespondencja się urwała. Papież chorował i zmarł.
Mam poczucie, że pana niedawno wydana
książka „Ostatni zlot aniołów” powstała jako wyraz sprzeciwu przeciwko
temu, co pan wcześniej napisał. Pisarz Pankowski wyrusza w zaświaty na
ostatni zlot aniołów. Książka zaczyna się od słów, że wybacza pan
śniegom Auschwitz. Moment utraty wiary po latach został przekroczony.
- Pani to ładniej i bogaciej interpretuje. Dla mnie w słowach
„Darowałem tamtym śniegom auschwitzkim…” mieszczą się wielogodzinne
apele, kiedy stoimy zmarznięci, z gołymi głowami. Czekamy, kiedy
wreszcie znajdą tego sukinsyna, który uciekł i przez którego na mrozie
sterczy kilka tysięcy więźniów. Więc ja to daruję, zapominam o tym.
Mówię: zostawmy to kurewskie życie.
Na wyprawę do nieba zostaje pan zaproszony przez matkę, dzięki której przetrwał pan Auschwitz.
- Moja mama wierzyła we mnie, w moją przyszłość, w moje zdrowie,
zapewniała mnie: „Dziecko, ty się nie bój, ja się za ciebie modlę, moje
paciorki ci pomogą”. Kiedy zaraz po wojnie przyjechałem do Sanoka,
powiedziała: „Ty łajdaku, żeby nie moje paciorki, tobyś nie przeżył”. I
miała rację. Tak wiele było sytuacji, z których w cudowny sposób
wychodziłem obronną ręką. Dziś po 50 latach już wiem i powtarzam, że
swoją wiarę przeniosłem na mamę.
W obozie nie modliłem się do Bozi. Myślałem o mamie jako o kładce w
stronę wolności. Na bloku, gdzie spaliśmy po trzech w kojach, zjawił
się pewnego wieczoru Cygan, który wróżył za pajdkę chleba. Kiedy
spytał, czy mi powróżyć, powiedziałem: „Ty mnie nie musisz wróżyć, ja i
tak wyjdę z obozu”. W Auschwitz powiedzieć, że się wyjdzie z obozu? To
brzmiało prowokująco. Wszyscy popatrzyli na mnie jak na jakiegoś
dziwaka czy wariata. A on mówi: „Daj rękę, ja ci gratis powróżę”. Daję
mu rękę. Popatrzył i odrzucił rękę bez słowa. Pomyślałem sobie: „Aha,
potwierdziło się to, czego byłem pewien”.
Zresztą mama odegrała także ogromną rolę, jeśli chodzi o budowę mego
języka. Mama miała mowę kwiecistą i nie lękała się wtrętów
eschatologicznych czy erotycznych. Dam przykład: stałem w kuchni, mama
przygotowywała śniadanie. Rano wyszła po bułki, wraca, był listopad czy
grudzień, i mówi do mnie: „Śpisz?”. Ja mówię: „Nie”. ,,Świnia mróz,
szron, fiołkom dupki pomarzną”. Albo budzi mnie: „Ty śpisz?”. „Nie, nie
śpię”. „Nie otwieraj oczu, otwórz ręce”. Piszczę, bo daje mi kawałek
lodu, pierwszy lód nam przyniosła. Innym razem przyniosła świeżo
narodzonego królika.
Miała zmysłowy stosunek do języka?
- Użyła pani zasadniczego słowa. Mama była kobietą zmysłową i
szczęśliwą w swej zmysłowości. I ja to odziedziczyłem po niej, chociaż
wstyd katolicki latami cenzurował moją otwartość. Mama właściwie była
pierwszym moim nauczycielem prawdy o ciele i o życiu zmysłowym.
Kluczowa scena „Ostatniego zlotu aniołów”
odbywa się według mnie w Sodomie. Do Sodomy w cudowną noc
nieskrępowanej niczym wolności ciała niespodziewanie przybywają
tajemniczy przybysze - aniołowie. Przyjezdni zostają przez Sodomitów
zgwałceni, ale paradoksalnie gwałciciele pozostają bezgrzeszni. Nie
znają pojęcia wstydu, a mimo to karze się ich ogniem piekielnym. Chce
pan przez tę scenę podkreślić, że to Kościół wprowadza totalizm
podziału na ciało i duszę? To jest pana największy zarzut wobec
religii?
- Właściwie to pani odczytała. To jest punkt widzenia człowieka
wyzwolonego z tradycji judeochrześcijańskiej, którą przesycona jest
Europa.
Nawet ateistom można wykazać, że w ich myśleniu istnieją odwołania do tej tradycji. Nie ma dziś czystego ateizmu.
Zresztą Bóg, choć go nie ma, jednak jest, choćby dlatego, że mu
zaprzeczamy albo się go lękamy, albo nas irytuje. Zarówno ci, którzy w
niego wierzą, jak i ci, którzy zaprzeczają jego istnieniu, wszyscy
właściwie uznają, że sacrum istnieje.
Pan mówi o ponadreligijnym sacrum?
- Sacrum bez twarzy Boga, bez aniołów. To jest to coś, co my szanujemy,
co wyczuwamy, coś, co wiąże się z naszym drżeniem przed nicością.
Leśmian pięknie kończy wiersz ,,Dziewczyna”: A ty z tej próżni czemu
drwisz, / Kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? To jest jedyna możliwa
postawa człowieka światłego: nie krzywić się, nie atakować religii, bo
ona jest stopniem moralnym, po którym trzeba zacząć się w życiu
wspinać, niezależnie od tego, jak się później nasze relacje z religią
ułożą. Ale nie można być dzikim człowiekiem, który wszystko odrzuca.
Świadomość istnienia hierarchii jest niezbędna.
W pana książce
pisarz Pankowski, który chciał wypalać zabobon religijny, zostaje
pouczony, żeby nie odbierał ludziom jedynej tożsamości: wiary i
modlitwy.
- To jest w pewnym sensie synonim szczęśliwego świata, w którym sacrum
jest szanowane i potrzebne. Nie odrzucamy tego wszystkiego, czego nie
znamy.
Pisze pan, że jest przekonany, że po śmierci coś jednak istnieje. Co to jest to coś? Sztuka?
- Tylko! To jest dla mnie laickie pojęcie nieśmiertelności, nie tyle
duszy, ile naszego słowa. I my tylko to możemy przekazać, bo wszystko
inne jest fantazją: aniołowie w niebie, raj, piekło. Pojęcia moralne
przekazywane z pokolenia na pokolenie są rodzajem nieśmiertelności.
Wspomniał pan o tym, że pańska chronologia
czasu była inna niż chronologia polska. Z jednej strony osobność
pisarza to walor, ale z drugiej strony pana książki przychodziły za
wcześnie albo za późno. Rozmijały się z czytelnikami.
- Rozumiem, że chodzi pani o to, że byłem jako pisarz nieobecny w czasie historycznym.
Po wojnie w Polsce rzeczywistość była niezwykle burzliwa. Instytucje
jeszcze nie działały, Rola-Żymierski [w latach 1944-49 minister obrony]
był nasłanym generałem, socjalistów wykończono. Chciałem bronić swojego
„ja” przed chaosem. W Belgii stawałem się powoli obywatelem. Nikt tam
nie mówił o patriotyzmie, oni nawet nie znają dobrze słów swego hymnu
narodowego, ale wiedzą, że trzeba iść do wyborów. Coraz bardziej żyłem
czasem historycznym belgijskim.
Jeszcze podczas studiów poznałem żonę. Była Żydówką ze Lwowa, córką
adwokata, którą rodzice w czasie wojny wysłali do Warszawy, żeby
uratowała się pod polskim nazwiskiem. Jej rodzice z bratem pojechali do
Treblinki. Ona brała udział w Powstaniu Warszawskim, walczyła w Szarych
Szeregach.
Spotkałem ją po raz pierwszy w Brukseli. Dyskutowałem z filozofem
Jerzym Krzywickim, uczniem Kotarbińskiego, o Tuwimie. Broniłem Tuwima,
a on mi zarzucał, że jestem sentymentalny. Obok siedziała dziewczyna we
francuskim mundurze i powiedziała, że obaj mamy rację. Zaczęliśmy
rozmawiać i tak dyskutowaliśmy przez 27 lat aż do jej śmierci. Przez
pięć lat była jedyną dziewczyną na politechnice brukselskiej, gdzie po
latach została profesorem. Zmarła na białaczkę w wieku 49 lat. Żona
była moim rozmówcą, zadawała marzycielowi konkretne pytania.
Potem zaczęły przychodzić listy od mamy, w których opisywała
codzienność w Sanoku. ,,Dziecko, burmistrzem wybrali szewca, dziecko,
fiołki pomarzły, gówna zakwitły (tak mama pisała, chociaż była z
rodziny robotniczej), z tym że to nie taki kto bądź, ponieważ on jest
partyjny”. Mama prosiła, żebym przysyłał paczki, bo nie można kupić ani
igieł, ani szczotki do zębów. Dzięki temu czułem ubóstwo Polski.
Wiedziałem, jak się w Polsce żyje. Zachodnie mieszczaństwo na tym tle
jawiło się jako otyłe, obżarte.
Pana książki są dziś w Polsce szeroko
czytane, to prawdziwy rozkwit. „Rudolf” stał się ważną książką dla
ruchu gejowskiego. Czy ideologiczne szufladkowanie nie jest dla pisarza
niebezpieczne?
- Jestem świadom tego, ale to nie ma dla mnie większego znaczenia. Na
własną obronę powiem, że nigdy nie piszę książek po coś. Nie
zastanawiam się nad tym, dlaczego ktoś ją bierze na swoje sztandary.
Dla mnie ważne są nowe teksty. Piszę, bo coś mnie oburza. Ale książka
przetrwa ze względu na wartość literacką. Dziś nikogo nie interesuje,
ile ważyły kajdany Jankowskiego, jak szedł na Sybir, to jest dobre do
przypisków, ale to nie jest literatura.
Tekst „Nie ma Żydówki”, ten z sierpniowej „Twórczości”, ukaże się w
formie książkowej i mam poczucie, że stworzony tam przeze mnie obraz
Żydów widzianych przez Polaka nikomu się nie spodoba. Na tę książeczkę
złożyły się moje doświadczenia, refleksje, przeżycia nie tylko z
przeszłości.
Podam pani przykład. W hotelu w Warszawie zepsuł się zamek w drzwiach
do mojego pokoju. Przysłali mi technika, a on mówi: „A to pewnie Żydzi
papieru tam napchali”. To jest cudowna ilustracja polskiego
antysemityzmu wyssanego z mlekiem matki. Albo inny przykład. Podczas
uroczystości w katedrze warszawskiej, kiedy pod wpływem oskarżeń
lustracyjnych ustępował arcybiskup Wielgus, spiker radia francuskiego
pytał ludzi, co na ten temat sądzą. Różne padały odpowiedzi, między
innymi ktoś powiedział: „Może Żydzi za tym stoją?”.
Skąd się to bierze?
- Żydzi na zawsze pozostaną obcy. Nikt im szczerze ręki nie poda, a oni
sami jej nie wyciągają. Są dumni ze swej biblijnej przeszłości i broń
Boże nie chcą się przechrzcić. Wietnamczyka, Turka jesteśmy w stanie
zaakceptować, ale Żyda nigdy.
Oni jako jedyni ze wszystkich narodów mieli wysłannika, który poszedł
na rozmowę z Wszechmogącym, wrócił stamtąd i powiedział: „Trzeba
postępować tak i tak”.
Kto im wyznaczył drogę? Pan Bóg. Do dzisiaj w to wierzą. A nawet jak są niewierzący, kultywują swoją tradycję.
Uważamy, że mamy prawo czuć niechęć, bo oni są całkowicie odrębni. Ta myśl jest jak wirus w polskim społeczeństwie.
Starzy ludzie pytani o antysemityzm
odpowiadają, że jego źródeł nie zrozumie ktoś, kto na co dzień nie miał
do czynienia z Żydami, kto nie miał ich za sąsiadów, kto z nimi nie
robił interesów.
- Polak jeden drugiego utopiłby w łyżce wody, a Żydzi trzymają się
razem. W Antwerpii jest giełda diamentów, na której Żyd dostaje kopertę
z diamentami bez żadnego dokumentu. Nas razi, że oni zawsze jeden
drugiego bronią, a to jest przecież wartość. Oczywiście, że przez wieki
narastały urazy, nieporozumienia. Żydzi byli karczmarzami, dawali na
borg [na kredyt], ale w końcu Polak musiał płacić, a to budziło
niechęć. Bywali lichwiarzami, naciągali, oszukiwali. Ale przecież
nieuczciwych ludzi można znaleźć w każdym narodzie.
Na szczęście dla młodych to już
jest historia. A wie pani, przyszło mi teraz do głowy, że ja w
literaturze polskiej jestem Żydem.
Rozmawiała Katarzyna Janowska („Polityka”, kanał TV nTalk)
Wywiad ukazał się w świątecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” z 24 grudnia 2007.
—
*Marian Pankowski - ur. w 1919 r. w Sanoku - poeta, prozaik, dramaturg,
historyk literatury, tłumacz. Uczestnik kampanii wrześniowej, był
więźniem obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Gross-Rosen i
Bergen-Belsen. Od 1945 r. mieszka w Brukseli. Wydał m.in. tom prozy
poetyckiej Smagła swoboda oraz powieści: Matuga idzie, Rudolf, Pątnicy z Macierzyzny, Z Auszwicu do Belsen, Bal wdów i wdowców.
Był dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” (2001, 2002).
26 października 2007 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się książka Mariana Pankowskiego Ostatni zlot aniołów.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...