Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Pankowski: W literaturze jestem Żydem Drukuj
Marian Pankowski w rozmowie z Katarzyną Janowską   
26.12.2007
pankowski_s.jpgKatarzyna Janowska: Powiedział pan, że pana książki biorą się z oburzenia, z chęci wyrażenia sprzeciwu. „Pątnicy z Macierzyzny”, książka radykalnie antyklerykalna, drwiąca z ludowej religijności, powstała w latach 80. To był czas, kiedy w polskich kościołach toczyło się opozycyjne wobec reżimowej władzy życie kulturalne, polityczne, społeczne. Czy pisarz, który zabiera głos w sprawach ważnych dla społeczeństwa, nie powinien mieć słuchu na to, czym ono żyje?

Marian Pankowski:
Pani obraz sytuacji jest trafny, z tym że ja, mieszkając od wielu lat w Belgii, nie żyłem polską chronologią. To była chronologia indywidualna pracownika uniwersyteckiego w Brukseli, gdzie panuje laicki klimat i gdzie wszelkie próby ingerencji Kościoła w sprawy państwa są piętnowane.

W tamtym czasie zwracałem uwagę nie na patriotyzm Kościoła, nie na fakt, że w jego murach mogą się spotykać Żydzi, komuniści i niewierzący, ale przede wszystkim na klerykalizm. Moim zdaniem hojny patriotyzm nie zmył grzechów kościelnych.

Zresztą ze mną zawsze tak było, że pisałem w swoim rytmie, który był niezależny od tego, co działo się na zewnątrz. ,,Rudolfa” [powieść o homoseksualiście uznawaną dziś przez ruch gejowski w Polsce za literackie ustawienie głosu dla ich sprawy - K.J.] pisałem w czasach, kiedy o tych kwestiach się nie mówiło. To zawsze był mój czas: marzyciela, który pisze dla siebie, a nie na zamówienie społeczne czy literackie.

W ,,Pątnikach…” wyrzuciłem z siebie wszystkie moje żale, złudzenia i pretensje do Kościoła jako instytucji, która zajmuje się tym, co nazywam sacrum. Zmusza go, by myślał na klęcząco. W ,,Pątnikach…” pokazałem, że pielgrzymki są rodzajem narkotyku. Kojarzyły mi się z Gierkowymi dożynkami.

Moi koledzy, profesorowie z Lowanium, pytali mnie od czasu do czasu: „A co słychać u polskiego papieża?”. Nie brzmiało to pochlebnie. Według mnie papież Jan Paweł II za pomocą teatralnych gestów zbyt łatwo realizował poczucie wspólnoty.

Ten rodzaj zaczadzenia trwa w dalszym ciągu. Najlepszym przykładem jest działalność o. Rydzyka, z którym Kościół nie umie sobie poradzić.

Jest pan krytyczny wobec Kościoła jako instytucji. Ale w tym jest coś więcej. Przyznaje się pan do tego, że w obozie stracił pan wiarę.

- Zaczęło się od tego, że byłem w podchorążówce w Jarosławiu i chodziłem na rekolekcje, które kończyły się komunią. Poszliśmy wszyscy do spowiedzi. Stoję w kolejce, klękam przy konfesjonale, wymawiam formułę wstępną i zastanawiam się, od jakiego grzechu zacząć, a tu słyszę: „A czy ty przeklinasz?”. „Proszę księdza, my przez cały dzień przeklinamy”. „A ty się nie lękasz, że ogień piekielny spali twój język przeklęty?”. „Co ksiądz opowiada?”. „Co?!”. I on przerywa sakrament, wychyla się z konfesjonału i patrzy na mnie. A ja mówię: „To ja sobie już pójdę”. Wstaję i jako jedyny opuszczam kościół. To był koniec mojego zaufania do Kościoła jako instytucji.

Ale decydujący moment nastąpił w Auschwitz. Byłem od kilku miesięcy więźniem. Czułem się w obozie „u siebie”. Pracowałem w ślusarni pod dachem, gdzie można było ogrzać ręce, esesman nas nie bił. Koledzy ze złota z żydowskich zębów wyrabiali biżuterię dla esesmanów, odlewaliśmy ruszty do krematoriów, robiliśmy siatki na metalowe płoty. Jak na warunki obozowe były to delikatne roboty.

Kiedy rano szliśmy do pracy, czysto ubrani, ze śpiewem na ustach, widziałem za ogrodzeniem ponad setkę Żydów - kobiety, dzieci z walizkami - którzy na nasz widok delikatnie się uśmiechali. Wyobrażali sobie pewnie, że tak będzie wyglądał ich pobyt w obozie.

Wieczorem, kiedy wróciłem do obozu, leżały już tylko walizki. Po zjedzeniu zupy wyszedłem z baraku spotkać się z kolegami i zobaczyłem nad krematorium czerwone jęzory ognia. I wtedy pomyślałem: Żydzi z porannym uśmiechem lecą teraz do Pana Boga, a jego tam nie ma. W tekście ,,Nie ma Żydówki”, który ukazał się w sierpniowej ,,Twórczości”, piszę: „Pan Bóg był wtedy w Castel Gandolfo i układał sobie pasjanse. Nie miał czasu być nad Auschwitz”.

Mimo niechętnego stosunku do Kościoła korespondował pan z papieżem Wojtyłą? Znaliście się ze studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Obaj studiowaliście polonistykę, pochodziliście z małych miast, wiele was mogło łączyć.

- On pochodził z Wadowic, ja z Sanoka, ale jak to bywa, przypadek sprawił, że nasze losy potoczyły się zupełnie inaczej.

Byłem jednym z niewielu jego dawnych kolegów, którzy nie starali się o spotkanie, kiedy został papieżem.

Po wojnie spotkałem się z Wojtyłą trzy razy. Pierwszy raz w 1947 r., on był już księdzem i przyjechał do swego przyjaciela Flamanda na wakacje [Pankowski od 1945 r. mieszka w Brukseli]. Zatelefonował do mnie, że chciałby się ze mną spotkać. Pojechałem pociągiem do Flandrii.

Uważnie słuchał mojego opisu Auschwitz. Sam miał inne doświadczenia. W czasie wojny pracował w kamieniołomach. Kiedy się żegnaliśmy, powiedział: „Słuchaj, gdybyś miał jakieś problemy natury psychicznej, duchowej, to ja…”. Podziękowałem mu. Wtedy byłem zakochany w mojej dziewczynie i nie miałem żadnych problemów.

Drugie spotkanie miało miejsce, kiedy już był biskupem. Leciałem z Polski do Brukseli. Na lotnisku stała grupa ubranych na czarno panów. Nagle słyszę: „Marian Pankowski z Sanoka!”. Podchodzę, witamy się, kilka zdań banalnych, życzliwych, jak to między kolegami.

Ale tak naprawdę interesujące było dopiero trzecie spotkanie. To było w 2002 czy 2003 r., w grudniu. Dzwoni telefon i inteligentny głos mówi: „Jestem dyplomatą polskim w Brukseli. Właśnie byliśmy z żoną u Ojca Świętego, który pytał, czy znamy Pankowskiego. Powiedziałem, że nie. - A to musicie go poznać. Chciałbym mieć od niego jakieś wiadomości”.

Zaprosili mnie na kolację i chcieli, żebym im powiedział, co myślę o polskim Kościele. Byłem w swoim żywiole, bo od lat dyskutowałem o tym z moimi kolegami z uniwersytetu.

Zacząłem od soboru. Łacina była językiem magicznym, który szedł do nieba, nawet jak się słów nie rozumiało. A po ustaleniach soboru ksiądz, za przeproszeniem, dupą obraca się do ukrzyżowanego, żeby być na równi z ludem bożym. A przecież religia nie jest demokratyczna, istnieje hierarchia i piramida aż do Boga, której nie można odwracać.

Szczytem wszystkiego jest komunia. Dawniej, kiedy klękałem do komunii, byłem jak ptaszek, otwierałem dziób i przynosili mi karmę. A teraz wyciąga się łapkę jak po pudełko lodów i koniec. Kościół zrezygnował z misterium, Kościół jest dziś prawie wiedzą.

W Kościele katolickim od czasu do czasu zaprasza się jakąś dziewczynę czy jakiegoś polonistę, żeby odczytał przy ołtarzu piękny tekst literacki, żeby jakoś uwznioślić mszę. Ale ludzie i tak się nudzą, a kościoły pustoszeją. Opisałem to w jednym z listów do papieża, a on dziękował za refleksje. Nigdy nie reagował konkretnie.

Dyplomaci, u których byłem na kolacji, zdali mu relację z rozmowy ze mną i otrzymali potem list od papieża, w którym pisał, że przesyła opłatek i prosi, żeby się nim przełamali z Marianem Pankowskim na znak, że o mnie pamięta.

Ostatni list do papieża przesłałem po represjach Kościoła w stosunku do studentów seminariów austriackich i amerykańskich, u których znaleziono obrazki porno i za karę usunięto ich z seminarium. Napisałem do Ojca Świętego, że nie można oczekiwać od młodych, zdrowych mężczyzn czy kobiet, żeby wyłączyli swoje ciało. Napisałem, że to jest dramat każdego księdza, który upada, żałuje, znowu powraca do dziewictwa moralnego i że szkoda, że Kościół i tym razem zepchnął ciało do piekieł. Po tym korespondencja się urwała. Papież chorował i zmarł.

Mam poczucie, że pana niedawno wydana książka „Ostatni zlot aniołów” powstała jako wyraz sprzeciwu przeciwko temu, co pan wcześniej napisał. Pisarz Pankowski wyrusza w zaświaty na ostatni zlot aniołów. Książka zaczyna się od słów, że wybacza pan śniegom Auschwitz. Moment utraty wiary po latach został przekroczony.

- Pani to ładniej i bogaciej interpretuje. Dla mnie w słowach „Darowałem tamtym śniegom auschwitzkim…” mieszczą się wielogodzinne apele, kiedy stoimy zmarznięci, z gołymi głowami. Czekamy, kiedy wreszcie znajdą tego sukinsyna, który uciekł i przez którego na mrozie sterczy kilka tysięcy więźniów. Więc ja to daruję, zapominam o tym. Mówię: zostawmy to kurewskie życie.

Na wyprawę do nieba zostaje pan zaproszony przez matkę, dzięki której przetrwał pan Auschwitz.

- Moja mama wierzyła we mnie, w moją przyszłość, w moje zdrowie, zapewniała mnie: „Dziecko, ty się nie bój, ja się za ciebie modlę, moje paciorki ci pomogą”. Kiedy zaraz po wojnie przyjechałem do Sanoka, powiedziała: „Ty łajdaku, żeby nie moje paciorki, tobyś nie przeżył”. I miała rację. Tak wiele było sytuacji, z których w cudowny sposób wychodziłem obronną ręką. Dziś po 50 latach już wiem i powtarzam, że swoją wiarę przeniosłem na mamę.

W obozie nie modliłem się do Bozi. Myślałem o mamie jako o kładce w stronę wolności. Na bloku, gdzie spaliśmy po trzech w kojach, zjawił się pewnego wieczoru Cygan, który wróżył za pajdkę chleba. Kiedy spytał, czy mi powróżyć, powiedziałem: „Ty mnie nie musisz wróżyć, ja i tak wyjdę z obozu”. W Auschwitz powiedzieć, że się wyjdzie z obozu? To brzmiało prowokująco. Wszyscy popatrzyli na mnie jak na jakiegoś dziwaka czy wariata. A on mówi: „Daj rękę, ja ci gratis powróżę”. Daję mu rękę. Popatrzył i odrzucił rękę bez słowa. Pomyślałem sobie: „Aha, potwierdziło się to, czego byłem pewien”.

Zresztą mama odegrała także ogromną rolę, jeśli chodzi o budowę mego języka. Mama miała mowę kwiecistą i nie lękała się wtrętów eschatologicznych czy erotycznych. Dam przykład: stałem w kuchni, mama przygotowywała śniadanie. Rano wyszła po bułki, wraca, był listopad czy grudzień, i mówi do mnie: „Śpisz?”. Ja mówię: „Nie”. ,,Świnia mróz, szron, fiołkom dupki pomarzną”. Albo budzi mnie: „Ty śpisz?”. „Nie, nie śpię”. „Nie otwieraj oczu, otwórz ręce”. Piszczę, bo daje mi kawałek lodu, pierwszy lód nam przyniosła. Innym razem przyniosła świeżo narodzonego królika.

Miała zmysłowy stosunek do języka?

- Użyła pani zasadniczego słowa. Mama była kobietą zmysłową i szczęśliwą w swej zmysłowości. I ja to odziedziczyłem po niej, chociaż wstyd katolicki latami cenzurował moją otwartość. Mama właściwie była pierwszym moim nauczycielem prawdy o ciele i o życiu zmysłowym.

Kluczowa scena „Ostatniego zlotu aniołów” odbywa się według mnie w Sodomie. Do Sodomy w cudowną noc nieskrępowanej niczym wolności ciała niespodziewanie przybywają tajemniczy przybysze - aniołowie. Przyjezdni zostają przez Sodomitów zgwałceni, ale paradoksalnie gwałciciele pozostają bezgrzeszni. Nie znają pojęcia wstydu, a mimo to karze się ich ogniem piekielnym. Chce pan przez tę scenę podkreślić, że to Kościół wprowadza totalizm podziału na ciało i duszę? To jest pana największy zarzut wobec religii?

- Właściwie to pani odczytała. To jest punkt widzenia człowieka wyzwolonego z tradycji judeochrześcijańskiej, którą przesycona jest Europa.

Nawet ateistom można wykazać, że w ich myśleniu istnieją odwołania do tej tradycji. Nie ma dziś czystego ateizmu.

Zresztą Bóg, choć go nie ma, jednak jest, choćby dlatego, że mu zaprzeczamy albo się go lękamy, albo nas irytuje. Zarówno ci, którzy w niego wierzą, jak i ci, którzy zaprzeczają jego istnieniu, wszyscy właściwie uznają, że sacrum istnieje.

Pan mówi o ponadreligijnym sacrum?

- Sacrum bez twarzy Boga, bez aniołów. To jest to coś, co my szanujemy, co wyczuwamy, coś, co wiąże się z naszym drżeniem przed nicością. Leśmian pięknie kończy wiersz ,,Dziewczyna”: A ty z tej próżni czemu drwisz, / Kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? To jest jedyna możliwa postawa człowieka światłego: nie krzywić się, nie atakować religii, bo ona jest stopniem moralnym, po którym trzeba zacząć się w życiu wspinać, niezależnie od tego, jak się później nasze relacje z religią ułożą. Ale nie można być dzikim człowiekiem, który wszystko odrzuca. Świadomość istnienia hierarchii jest niezbędna.
W pana książce pisarz Pankowski, który chciał wypalać zabobon religijny, zostaje pouczony, żeby nie odbierał ludziom jedynej tożsamości: wiary i modlitwy.

- To jest w pewnym sensie synonim szczęśliwego świata, w którym sacrum jest szanowane i potrzebne. Nie odrzucamy tego wszystkiego, czego nie znamy.

Pisze pan, że jest przekonany, że po śmierci coś jednak istnieje. Co to jest to coś? Sztuka?

- Tylko! To jest dla mnie laickie pojęcie nieśmiertelności, nie tyle duszy, ile naszego słowa. I my tylko to możemy przekazać, bo wszystko inne jest fantazją: aniołowie w niebie, raj, piekło. Pojęcia moralne przekazywane z pokolenia na pokolenie są rodzajem nieśmiertelności.

Wspomniał pan o tym, że pańska chronologia czasu była inna niż chronologia polska. Z jednej strony osobność pisarza to walor, ale z drugiej strony pana książki przychodziły za wcześnie albo za późno. Rozmijały się z czytelnikami.

- Rozumiem, że chodzi pani o to, że byłem jako pisarz nieobecny w czasie historycznym.

Po wojnie w Polsce rzeczywistość była niezwykle burzliwa. Instytucje jeszcze nie działały, Rola-Żymierski [w latach 1944-49 minister obrony] był nasłanym generałem, socjalistów wykończono. Chciałem bronić swojego „ja” przed chaosem. W Belgii stawałem się powoli obywatelem. Nikt tam nie mówił o patriotyzmie, oni nawet nie znają dobrze słów swego hymnu narodowego, ale wiedzą, że trzeba iść do wyborów. Coraz bardziej żyłem czasem historycznym belgijskim.

Jeszcze podczas studiów poznałem żonę. Była Żydówką ze Lwowa, córką adwokata, którą rodzice w czasie wojny wysłali do Warszawy, żeby uratowała się pod polskim nazwiskiem. Jej rodzice z bratem pojechali do Treblinki. Ona brała udział w Powstaniu Warszawskim, walczyła w Szarych Szeregach.

Spotkałem ją po raz pierwszy w Brukseli. Dyskutowałem z filozofem Jerzym Krzywickim, uczniem Kotarbińskiego, o Tuwimie. Broniłem Tuwima, a on mi zarzucał, że jestem sentymentalny. Obok siedziała dziewczyna we francuskim mundurze i powiedziała, że obaj mamy rację. Zaczęliśmy rozmawiać i tak dyskutowaliśmy przez 27 lat aż do jej śmierci. Przez pięć lat była jedyną dziewczyną na politechnice brukselskiej, gdzie po latach została profesorem. Zmarła na białaczkę w wieku 49 lat. Żona była moim rozmówcą, zadawała marzycielowi konkretne pytania.

Potem zaczęły przychodzić listy od mamy, w których opisywała codzienność w Sanoku. ,,Dziecko, burmistrzem wybrali szewca, dziecko, fiołki pomarzły, gówna zakwitły (tak mama pisała, chociaż była z rodziny robotniczej), z tym że to nie taki kto bądź, ponieważ on jest partyjny”. Mama prosiła, żebym przysyłał paczki, bo nie można kupić ani igieł, ani szczotki do zębów. Dzięki temu czułem ubóstwo Polski. Wiedziałem, jak się w Polsce żyje. Zachodnie mieszczaństwo na tym tle jawiło się jako otyłe, obżarte.

Pana książki są dziś w Polsce szeroko czytane, to prawdziwy rozkwit. „Rudolf” stał się ważną książką dla ruchu gejowskiego. Czy ideologiczne szufladkowanie nie jest dla pisarza niebezpieczne?

- Jestem świadom tego, ale to nie ma dla mnie większego znaczenia. Na własną obronę powiem, że nigdy nie piszę książek po coś. Nie zastanawiam się nad tym, dlaczego ktoś ją bierze na swoje sztandary. Dla mnie ważne są nowe teksty. Piszę, bo coś mnie oburza. Ale książka przetrwa ze względu na wartość literacką. Dziś nikogo nie interesuje, ile ważyły kajdany Jankowskiego, jak szedł na Sybir, to jest dobre do przypisków, ale to nie jest literatura.

Tekst „Nie ma Żydówki”, ten z sierpniowej „Twórczości”, ukaże się w formie książkowej i mam poczucie, że stworzony tam przeze mnie obraz Żydów widzianych przez Polaka nikomu się nie spodoba. Na tę książeczkę złożyły się moje doświadczenia, refleksje, przeżycia nie tylko z przeszłości.

Podam pani przykład. W hotelu w Warszawie zepsuł się zamek w drzwiach do mojego pokoju. Przysłali mi technika, a on mówi: „A to pewnie Żydzi papieru tam napchali”. To jest cudowna ilustracja polskiego antysemityzmu wyssanego z mlekiem matki. Albo inny przykład. Podczas uroczystości w katedrze warszawskiej, kiedy pod wpływem oskarżeń lustracyjnych ustępował arcybiskup Wielgus, spiker radia francuskiego pytał ludzi, co na ten temat sądzą. Różne padały odpowiedzi, między innymi ktoś powiedział: „Może Żydzi za tym stoją?”.

Skąd się to bierze?

- Żydzi na zawsze pozostaną obcy. Nikt im szczerze ręki nie poda, a oni sami jej nie wyciągają. Są dumni ze swej biblijnej przeszłości i broń Boże nie chcą się przechrzcić. Wietnamczyka, Turka jesteśmy w stanie zaakceptować, ale Żyda nigdy.

Oni jako jedyni ze wszystkich narodów mieli wysłannika, który poszedł na rozmowę z Wszechmogącym, wrócił stamtąd i powiedział: „Trzeba postępować tak i tak”.

Kto im wyznaczył drogę? Pan Bóg. Do dzisiaj w to wierzą. A nawet jak są niewierzący, kultywują swoją tradycję.

Uważamy, że mamy prawo czuć niechęć, bo oni są całkowicie odrębni. Ta myśl jest jak wirus w polskim społeczeństwie.

Starzy ludzie pytani o antysemityzm odpowiadają, że jego źródeł nie zrozumie ktoś, kto na co dzień nie miał do czynienia z Żydami, kto nie miał ich za sąsiadów, kto z nimi nie robił interesów.

- Polak jeden drugiego utopiłby w łyżce wody, a Żydzi trzymają się razem. W Antwerpii jest giełda diamentów, na której Żyd dostaje kopertę z diamentami bez żadnego dokumentu. Nas razi, że oni zawsze jeden drugiego bronią, a to jest przecież wartość. Oczywiście, że przez wieki narastały urazy, nieporozumienia. Żydzi byli karczmarzami, dawali na borg [na kredyt], ale w końcu Polak musiał płacić, a to budziło niechęć. Bywali lichwiarzami, naciągali, oszukiwali. Ale przecież nieuczciwych ludzi można znaleźć w każdym narodzie.

Na szczęście dla młodych to już jest historia. A wie pani, przyszło mi teraz do głowy, że ja w literaturze polskiej jestem Żydem.

Rozmawiała Katarzyna Janowska („Polityka”, kanał TV nTalk)

Wywiad ukazał się w świątecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” z 24 grudnia 2007.

 — 
*Marian Pankowski - ur. w 1919 r. w Sanoku - poeta, prozaik, dramaturg, historyk literatury, tłumacz. Uczestnik kampanii wrześniowej, był więźniem obozów koncentracyjnych w Auschwitz, Gross-Rosen i Bergen-Belsen. Od 1945 r. mieszka w Brukseli. Wydał m.in. tom prozy poetyckiej Smagła swoboda oraz powieści: Matuga idzie, Rudolf, Pątnicy z Macierzyzny, Z Auszwicu do Belsen, Bal wdów i wdowców. Był dwukrotnie nominowany do Nagrody Literackiej „Nike” (2001, 2002).

26 października 2007 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się książka Mariana Pankowskiego Ostatni zlot aniołów.

Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.12.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.94319 Seconds