Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Ostatni zlot aniołów - fragment |
|
|
Marian Pankowski
|
|
20.10.2007 |
|
21 kwietnia 2040 r.
Czekam na maj. Marzec po swojemu zajmował się ogrzewaniem pozimowej ziemi, za to kwiecień, proszę siadać! przyniósł kopę wiosennych aluzji, że mi trochę głupio grać rolę przyrodnika rejestrującego przemiany. Toteż powiem ogólnie, że pędy się prężą, że pączki pęcznieją, tłuste i lepkie. I naraz zielono, aż złoto w powietrzu! Maj maryjny nam nastał! Prostuję się jak do śpiewu. Ale zanim zdążyłem pomyśleć, co dalej, słyszę, że wołam krzew, krzak, co maił me sztubackie samotności,
Kociurupka, kocierpka,
aż słowo cierpnie pod czołem!
A me nogi nie czekają dalszych wyzwań, ruszają same, niosąc mnie w stronę tego, czego jeszcze nie ma, a co już zaczyna się stawać, skoro słowa odkryły już pierwszy ślad! O – most! Sam się przerzuca na drugi brzeg. Zaczekam, aż San pod nim płynąć zacznie… Już. Już pierwsza woda z jasnym dnem do słonka. Na ten piach seledynowe ryby pierwszy cień rzucają, na razie bezimienne. Może potem je nazwę… Dla mnie ten most! Wstępuję nań, a on się huśtnie trzy razy, tyle że tyle, żeby mi krok staneczniał. Półpląsem idę. Gdzieś hen, hen nad świerkami, że oczy same się unoszą, jakby chór Aniołów uwerturę do mającej wkrótce zabrzmieć ciszy ćwiczył… Zapatrzyłem się, a tu lewa noga – fiuuu! I prawa za nią – fiuuu! Obie w jamę! I ja za nimi w zapaści! Sunę. Jadę na dupie, co dziwne pod górę! A tu gąszcz zielony i duchota. Jakbym do żydowskiej kuczki wpadł! Dłońmi biję w mur zieleni! Aaaa… poskutkowało. Tam, gdzie była najmroczniejsza ściana dąbrowy, prostokąt światła nagły! I to o złotych propocjach, s’il vous plaît!
W tym olśnieniu-oślepieniu dwie postacie, trzymające oburącz ogromne nożyce… Aaaa, to na pewno dominikanie, pokutują tu za inkwizycyjne nadgorliwości! Ale już w bok ustępują, żebym zaczął się dziwować. Co chętnie czynię, tym bardziej, że stojąc wysoko nad doliną, nad dołem-padołem, nad padoliną, skąd do mych stóp i pod chmury zbocza się piętrzą, turkusowym jałowcem szyte.
A w tej dzieży telurycznej zastępy Aniołów, skrzydlatych i nieskrzydlatych, w nieustannym ruchu, jak rój pszczół szumiących, kiedy królowej znoszą złote imiona pierwszych kwiatów.
Naraz oczy mam pełne radości! Ta dolina, co aż do Sanu bieży, to nasza Liszna! Tu ród Bodziaków muzykujących, że smyki w szarpie! A kiedy trzeba, lekkuchne i czułe, że świtezianka mogłaby się na nich wozić. Za to klarnet w dłoniach starego Bodziaka… aż się panny czerwienią, taki jurny, nic tylko od dołu do góry!
Istne obozowisko, w wigilię… w wigilię czego? Nowego? A czyjego? Pokaz mód metafizycznych. Te tęgie matrony w sukniach na zawsze niedzielnych,
a tam dżinsy i bluzki przylegające ostentacyjnie do znamion obu płci. Stoję, patrzę i zaczynam się ukaruzelniać, bo nie wiem, w którą stronę ruszyć, kogo o cokolwiek zapytać, byle kontakt nawiązać z tymi całkiem… po ludzku zachowującymi się Aniołami. Nikogo w pobliżu. Tu stała karczma żydowska. Nawet resztek dymu nie ma w powietrzu po niej i po nich. – Dziwisz się i dziwujesz, coo? Obrócę się, a to wysoka, elgrekowata Aniołka. Uśmiecha się, ubawiona moim oniemieniem. Widzi, że zauważyłem jej dżinsy. – Na imię mi Helena, a dżinsy to strój Aniołów i Aniołek podchodzących sceptycznie do tradycyjnego ustroju Niebios… – Upadłe Anioły… Upadające – wtrącę, żeby osłonić swoje zmieszanie. Uśmiechnie się. Po twarzy widać, że ma kłopot z wyborem słowa. – Towarzyszy ci w tej chwili i towarzyszyć będzie przez cały twój dzień między nami… prawie Aniołka, w gruncie rzeczy kobieta Helena, pełna jeszcze ziemskości, przyjęta na kurs siedmioletni. Na ziemi byłam socjologiem, tu pogłębiam prawdy, które przyniosło ludzkości monoteistyczne cesarstwo.
Widzi moją minę prowincjusza skrobiącego się w głowę, kiedy stanie przed „Gerniką” Picassa. – Wiesz… jestem nadal racjonalistką… stąd też nieobecność skrzydeł – obróci się i ukaże gładką obłość pleców. – W moim komandzie nie ma innych stażystów. Wszyscy jesteśmy… jak by to powiedzieć… Jak nas ktoś pyta, co my za jedni, odpowiadamy, tak trochę z plebejska… my? Wiedzaki! Co bynajmniej nie znaczy, że „wiemy”, lecz to, że wiedza, jedynie ona, wiąże nas poważnie z wielkim misterium Kosmosu. Jesteśmy nielotni, a oni – wskaże podbródkiem przechodzące właśnie komando – to Wierzaki, Aniołki i Anioły wierzący. To Komando Obrony Grzechu Pierworodnego. Skrzydlaci, rzecz jasna. Miejscem ich pracy są sny ziemian. Sugerują wam obrazy subtelne, pragnąc nimi zastąpić wasze… kosmate fantazmaty – uśmiechnie się najwyraźniej do swego ziemskiego wspomnienia – podczas gdy my zajmujemy się ludźmi zarażonymi nienawiścią, bądź otyłymi z egoizmu. – A oni, ci wierzący – pytam odruchowo – oni by nie mogliby wam pomóc? – Swą obecnością uwierzytelniają możliwość wzorowego istnienia. Model, choć niebiański i poza¬zmysłowy, jest nadal przypominany śmiertelnikom. Wiesz o ideale czystości duszy i ciała z historii mitów i religii… Bez tego nasza wiara nie miałaby sensu.
Uśmiechnie się, jakby chciała wyrazić swą neutralność, a może i sympatię dla przybysza zza wody. Teraz jakby mgłą się odziała. I tylko włosy-kłosy dojrzałej pszenicy widać i plecy bezskrzydłe, malejące. Jeszcze jej prawa ręka z dna liszniańskiej doliny mi pomacha. Ale i ona znikła.
Nie jestem sam. Nowe komando wychodzi na główną ulicę obozu. Idą równiutko, pod sznurek, teraz biorą zakręt pod kątem prostym i to z prawej nogi. Ruszam w stronę pagórka, na którym wyjątkowy ruch. Toczą na kółkach zielony stół konferencyjny, ustawiają i kamienie podkładają, żeby poziom ustalić niechybotliwy. COOO?! Moja przewodniczka Helena mikrofon sprawdza, dmucha i palcem prztyka, i potakuje, że wszystko w porządku. Odpowiedzialna za sprawy dnia. Teraz blond głowę na wschód obróci, skąd ma nadejść widocznie ktoś ważny. Udaje, że nie widzi podglądajły, bo ja za krzakiem dzikiej róży, w przepychu płatków i pylników, co farbują nosy trzmieli, przystanąłem. A te różyczki…
z nich bym wianuszek,
powyżej uszek,
rosę niewinności
na jeden i drugi cycuszek!
Koniec urzeczenia florą, bo socjolog Helena, dzisiejsza dyżurna niebiańskiego seminarium, wesoło o blat stołu ręką na płask – pac! I ustaje gwar. – Wczoraj, moi drodzy, mieliście spotkanie dyskusyjne, zatytułowane nieco prowokacyjnie „Przez teleskop transkosmiczny ku nieskończoności”. Nie wiemy, czy tytuł wszystkim odpowiadał… Mam na myśli stopień obiektywnego formułowania pytań czy propozycji.
Czyjaś ręka. Stąd, gdzie stoję, widzę, że to Aniołka po pięćdziesiątce, czyli Anielica. – Proszę – zachęci ją Helena. – Autora zapowiadającego wczorajsze seminarium – zwraca się niemal do pierwszych rzędów – jakby urzekała już sama etymologia wyrazu „nieskończoność”, ta rozległość semantyczna terminu mającego dziś zastosowanie również w myśli matematycznej… Jasne, że kiedy słowo pojawia się w refleksji filozoficznej czy teologicznej, ma wówczas walor metafizyczny… Natomiast stronnicy wczorajszej interpretacji myśleli to pojęcie… z małej litery. Czyżby chcieli zasugerować, że „nieskończoność”… to w gruncie rzeczy taki sobie… niebyt?
Jeszcze dobrze nie usiadła, a już senior o skrzydłach może zbyt po fryzjersku przylizanych, podniesie rękę i wstanie. Okrasiwszy twarz salonowym uśmiechem, tak przemówi: – Szukanie dziury w całym, to dialektyka z niskiej półki… tym bardziej porą naszego skrzydlatego Zlotu, być może już ostatniego. Toteż naszym przyjaciołom niedowiarkom proponuję nieco inny tytuł dla wczorajszego seminarium, na przykład: „Z teleskopem transkosmicznym ku nowym odkryciom odwiecznych praw rządzących Ładem”. Ostatnie słowo pisane z dużej, bardzo dużej litery.
Nie brakowało uśmiechów i potrząsań głową. I co? Koniec drugiego dnia Zlotu? Gdzie tam. Już pcha się do mikrofonu na stole Anioł przysadzi¬sty. Helena uprzejmie zbliży aparat. Przysadzisty Anioł jeszcze moment zaczeka, aż się zebrani jako tako uciszą. Wtenczas wargę wargą przydusi; choć wzrostu średniego, spojrzy na słuchaczy pomnikowo i tak przemówi: – Patrzycie na mnie i zapytujecie swą myśl, co nam ten emeryt arcyanielskiego, arcy-kawa-na-ławę, spróbuje wyłożyć? Jaką nam modlitewkę za trzy grosze, półtechno, półblues zaintonuje… na chwałę św. Dygdy co-go-nie-ma-nigdy? Żebyśmy gromkim śpiewem mu zawtórowali? – zaprzeczy kategorycznie głową. – Nie. Ja straganowej dialektyki nie uprawiam i nie pora na chóralne katechizmy… I nie czas na te „opaszmy ziemskie kolisko, podajmy sobie ręce”, dziś kiedy planeta drży w posadach! W tym roku głębinowe skorupy pod oceanami, zatrzęsły naszym światem, nie licząc się z wolą Bożą… Toteż zaroiło się od tysięcy wdów i wdowców, od tysięcy sierot… Oczywiście zajmiemy się nimi, sprawimy im nogi i ręce z materiału, który się nie starzeje! Drużynę futbolową dla chłopców… o stalowych nogach. A kiedy przyjdą pobożne dni Bożego Narodzenia, tuż po uroczych obrazach świętej stajenki, telewizja pokaże nam akcję ratowania skurwionych, czternastoletnich narkomanek, porzucających płód w publicznej toalecie… Co się z tymi ludźmi dzieje, umiłowani bracia i siostry w Chrystusie? Zamiast psalmu, co by dusze pocieszył, gitary i kosmopolityczne zgromadzenia w stu językach… Rozpiera nas duma uczestniczenia w milionowej rzeszy wypełniającej stadiony! Oklaskujecie Namiestnika, który z trybuny dziękuje młodzieży za owację… Znamy to skądinąd… Na koniec zapytam was, kochani, was… i siebie… w którego z Bogów my, Anioły, mamy wierzyć? W tego „milionowego”, z wieżą Babel kneblującą świętą łacinę, czy… ja wam powiem… w tego, do którego po żmudnych kalwariach droga, i którego drugie imię Golgota!drży w posadach! W tym roku głębinowe skorupy pod oceanami, zatrzęsły naszym światem, nie licząc się z wolą Bożą… Toteż zaroiło się od tysięcy wdów i wdowców, od tysięcy sierot… Oczywiście zajmiemy się nimi, sprawimy im nogi i ręce z materiału, który się nie starzeje! Drużynę futbolową dla chłopców… o stalowych nogach. A kiedy przyjdą pobożne dni Bożego Narodzenia, tuż po uroczych obrazach świętej stajenki, telewizja pokaże nam akcję ratowania skurwionych, czternastoletnich narkomanek, porzucających płód w publicznej toalecie… Co się z tymi ludźmi dzieje, umiłowani bracia i siostry w Chrystusie? Zamiast psalmu, co by dusze pocieszył, gitary i kosmopolityczne zgromadzenia w stu językach… Rozpiera nas duma uczestniczenia w milionowej rzeszy wypełniającej stadiony! Oklaskujecie Namiestnika, który z trybuny dziękuje młodzieży za owację…
Pomału schodzi z trybuny. Nikt nie klaska. Najwidoczniej przebrał miarę. Rozpruł tęczowy balon nad liszniańską doliną. Tak się nie robi, myślą ci z pierwszych rzędów, miał być Zlot, a tu rozróba!
Fragment książki Ostatni zlot aniołów Mariana Pankowskiego, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2007
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 20.10.2007 )
|
|
Kluby KP
Warsztaty dla Klubów KP
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...