NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
O książce, życiu i aniołach |
|
|
Marian Pankowski w rozmowie z Łukaszem Rudzińskim
|
|
16.11.2008 |
Łukasz Rudziński: Na okładce nagrodzonej Nagrodą Literacką Gdynia
książki „Ostatni zlot Aniołów” można przeczytać o Panu: „Jest jednym z
najlepszych, a zarazem najmniej znanych w Polsce, pisarzy mieszkających
i tworzących poza granicami kraju.” - gorzkie słowa.
Marian Pankowski:
To już ulega zmianie. Jestem uznany za pisarza polskiego. Dawniej
przylepiano mi etykietkę „pisarz emigracyjny”, którym nie byłem, bo co
roku przyjeżdżałem do Polski, więc było to, powiedzmy, pomyłką
ideologiczną. Pierwszego z tych określeń komentować nie będę, a drugie
jest coraz mniej aktualne.
W moim odczuciu jest Pan artystą
słowa, celnie i właściwie wymierzonego, czego dowodem są rozmiary Pana
książek - oględnie mówiąc: niewielkie.
- To nawet zabawne,
bo wydawcy lubią grube tomy. Widzi się te kobiety leżące na plaży z
grubym tomem w rękach. A moje książeczki są właściwie szczupłe. Wie
Pan, ja piszę inaczej niż moi koledzy po piórze. Robię to po prostu
wtedy, kiedy jestem oburzony na coś, co mnie boli, co mnie rani, kiedy
czuję się bezsilny - tylko wtedy piszę.
I pisze Pan
zazwyczaj teksty, które łamią stereotypy - odważył się Pan w latach
osiemdziesiątych w „Pątnikach z Macierzyny” pisać o katolicyzmie w
sposób, w jaki w ogóle się nie pisało. Nawet nie nie myślało się tymi
kategoriami w tym czasie. Uznano to za atak na kościół i na instytucje
duchowną.
- Przyznaję, że trochę się pomyliłem - myślałem,
że to wtedy było aktualne, a jest dopiero dziś. Ja w swoim życiu
przeżyłem utratę wiary. W Auschwitz. Zdarzyło się to, kiedy w obozie
byłem już od kilku miesięcy. Pracowałem w ślusarni, pod dachem. Ciepło.
Wychodzimy do pracy śpiewając, orkiestra przygrywa. I widzę za drutami,
przed wejściem do obozu, kilkadziesiąt osób, w tym rodziny z dziećmi,
matki i ojcowie z walizkami - wszyscy się do nas uśmiechają.
Momentalnie zdałem sobie sprawę, że oni myślą, że też będą tak
pracować. „Mój Boże…” - pomyślałem. No i poszliśmy do pracy. Gdy
wracaliśmy wieczorem, zobaczyłem, że stoją tylko walizki. Po obiedzie
wychodzę do kumpli i niespodziewanie czuję, wciągam nosem faktyczny
dowód tego, co się dzieje. Patrzę, a nad krematorium gigantyczny jęzor
czerwonego ognia. I pomyślałem sobie - „to niemożliwe, żeby Bóg
istniał… a jeśli nawet istnieje, to dzisiaj w Auschwitz go nie ma”.
Chciałbym
do tego nawiązać, bo w „Ostatnim zlocie Aniołów” napisał Pan bardzo
ważne według mnie słowa: „Darowałem tamtym śniegom auschwitzkim, co na
gołą głowę sypały, kiedy staliśmy na apelu… ja numer 46333. Koniec.
Kropka.” - zamknął Pan po prostu „ot, tak” w niewiarygodnie naładowanym
emocjami akapicie wielką część swego życia.
- No cóż.
Mieszkam w Belgii, kraju szczęśliwym i bogatym, już dostatecznie długo.
W ślusarni, gdzie pracowałem w Auschwitz, było, jak wspomniałem,
ciepło, bo koledzy wytapiali ruszty do krematoriów. Esesmani często
przynosili garść złota z zębów, mostków… i mówili, co mamy im z tego
wytopić. Jedni chcieli ładny pierścień, inni woleli piękne żyrandole.
Jak o tym opowiadam, to ludzi spotyka zawód. Myśleli, że będę mówić jak
krew się lała, ludzie umierali, ale takie rzeczy też istniały w obozie.
Miałem wielkie szczęście trafić na dobre komando. Wszyscy ręka w rękę.
A ja nie ręka w rękę, tylko - „ty to opiszesz, ty musisz to wszystko
opisać”. I tak się stało.
Urzeka mnie spokojny, niespieszny
rytm w Pana twórczości. „Bal wdów i wdowców” jest książką zaskakująco
pogodną. Tak bardzo, że, cytując slogan reklamowy, można odnieść
wrażenie, iż ” wesołe jest życie staruszka”.
- Pogodny
rytm tej książki. „Bal wdów i wdowców” jest oparty na moich
przeżyciach. Zdałem sobie sprawę, że nie wykorzystałem wielu okazji, by
kochać się z kobietami. Opowiadałem dziewczynom o gatunkach motyli, a
one pewnie myślały o czymś innym. Ale obecnie, po osiemdziesiątce,
zdałem sobie sprawę, że trzeba sobie przypomnieć te rzeczy. I ta
książka to są takie „przypominki”.
Nietypowa jest wizja
nieba w „Ostatnim zlocie Aniołów”. To jest niebo - nie niebo. Anioły
zachowują się w bardzo ludzki sposób, są z krwi i kości, mają bardzo
ludzkie odruchy i zachowania…
- A Bóg się ukrywa w grocie.
Spotkania aniołów odbywają się w mniejszym gronie. Są aniołowie, które
tracą wiarę, jest anielica, która broni Boga i mówi, że on jest jak
aktor po zawale, żeby dać mu spokój - kiedyś mógł jednym słowem
oddzielić ciemności od światła, a teraz już nie może. To wszystko jest
moja obrona myśli religijnej i moje obecne credo - coś gdzieś jest, co
przekazujemy z pokolenia na pokolenie, są pewne ponadczasowe wartości.
Przez
cały czas wodzi Pan czytelnika za nos. Tak też jest w nagrodzonej w
Gdyni książce, gdzie kontakt między głównym bohaterem, a Heleną jest
silnie zabarwiony erotyzmem. I kiedy wydaje się, że będzie się
rozwijał, wszystko się urywa.
- To nie jest zwykła
powieść, gdzie obowiązuje ciąg przyczynowo-skutkowy. Tu mnóstwo rzeczy
jest naszkicowanych. Pewnie gdybym dokończył tę opowieść, to byłaby
atrakcyjna dla tych pań na plaży, co trzymają nóżki w górze i
przekartkowują grube książki. Wolę jednak pozostawić poczucie
niedosytu.
„Ostatni zlot Aniołów” nazwano książką „ubraną w
gatunek staropolskiej sylwy, która rozgrywa się w przyszłości”. Dla
mnie wszystkie formy literackie i figury stylistyczne, jakie Pan używa,
czemuś służą i w moim odczuciu są precyzyjne, przemyślane i zaplanowane.
-
Ostatni kongres, czyli zlot aniołów jest właściwie zapowiedzią końca
tego świata, gdzie wszyscy aniołowie mieli skrzydła i wierzyli… W
mojej książce w pewnym sensie poniżam ich funkcję - myślę o
Postsodomitach, którzy są zupełnie amoralni i gdy narrator próbuje
postawić im jakiś problem, po postu go wypędzają. Wiec to wszystko jest
bardzo współczesne. Obserwujemy w dzisiejszych czasach zanik wartości,
co jest moją troską moralną. Orientuję się co się dzieje w szkołach,
gdzie robią striptiz nauczycielkom, albo zakładają im na głowę kubeł na
śmieci. To są straszne rzeczy. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy istniało
słowo „szacunek”. Szanowało się kogoś nawet jeśli ktoś nas śmieszył,
nawet jeśli był staruszkiem, bo miał tyle doświadczenia, że nikt z nas
nie odważyłby się z niego drwić.
A sam tytuł: „Ostatni zlot Aniołów”. Dlaczego ostatni?
-
To wynik mego braku nadziei, czy można uratować sacrum w obecnym
świecie, kiedy liczy się tylko własny interes - by zdobyć jak najwięcej
pieniędzy? To co się teraz dzieje, to coś potwornego. Wszystko się
przestaje liczyć - rodzina, miłość, którą zastępuje seks. Ten tytuł
zgodny jest z moim poczuciem żalu, że to wszystko psuje się i rozkłada.
Przyjechał Pan do Gdyni również po to, aby spełnić swoje marzenie - po raz pierwszy w życiu zobaczyć polskie morze. I..?
-
To wrażenie dziecka, któremu nareszcie otworzono bramę na jakiś
zaczarowany ogród i teraz może tam wejść. Wcześniej słyszał jedynie, że
taki ogród istnienie. Za to jestem organizatorom Nagrody Literackiej
Gdynia bardzo wdzięczny.
Rozmowa ukazała się na portalu Trojmiasto.pl, 14 listopada 2008.
Na podobny temat
|
|
|
|
@Spokojny "Overall proponuje...
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...