NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Drobne szaleństwa - fragment Drukuj
Kaja Malanowska   
13.02.2010
Zasady

Ósmy marca. Idziemy na Manifę. Pod Pałacem Kultury niewielki tłumek, właściwie sami znajomi albo znajomi znajomych. Spotykam SP i natychmiast aranżuję czułą scenę. Padamy sobie w objęcia i wyznajemy miłość, na tyle głośno, żeby wszyscy na pewno nas słyszeli. Zerkam przez ramię, czy on na mnie patrzy, może chociaż o pedała będzie zazdrosny, zawsze coś… SP przy okazji też wykorzystuje mnie do swoich drobnych intryżek, bo takiej eksplozji uczuć naprawdę się po nim nie spodziewałam, zwłaszcza że od dwóch miesięcy nie odbiera ode mnie telefonów. SP to nie żaden szyfr, żadna próba ukrycia tożsamości. Tak się na niego mówi, SP i tyle. Kiedyś się przyjaźniliśmy, byliśmy blisko bardzo i miałam nadzieję, że tak już zostanie, że łączyć nas będą latami bezpieczne emocje i rozmowy o mężczyznach, ale jakoś się nie udało. Coś się popsuło, nie wiem kiedy i dlaczego.

Przemarsz pod Sejm. Ciągniemy z tyłu, bo parę osób przyszło z dziećmi. Wózki i zabawki, ryczące bachory, zamieszanie. Spod Sejmu ruszamy na obiad do Zapiecka. Spędzamy miłe, leniwe przedpołudnie jak za dawnych czasów. Nikt się nigdzie nie spieszy, herbata, piwo jedno, piwo drugie. Dzieci systematycznie demolują lokal. Przyglądam się znajomym, moim przyjaciołom sprzed wyjazdu do Stanów. Wielu ich nie zostało, a i z tymi resztkami tutaj właściwie nic mnie nie łączy. Lubię ich. Są dowcipni, inteligentni i do przesady przejęci sobą. Zazdroszczę im poczucia humoru, zmysłu obserwacji, trafności porównań. Śmieję się z ich żartów, potakuję i czuję się bardzo nie na miejscu. Ja nie należę do tego kółka, wiem o tym. Za dużo we mnie emocji, za mało dystansu. Boli mnie to, zwłaszcza teraz, kiedy potrzebuję, kiedy chcę. Wolałabym trzymać głowę wysoko, tymczasem podlizuję się nieprzyzwoicie, uprawiam prostytucję, proszę o ciepły wytrysk w moje zmysłowe usta. Będzie wam ze mną miło, taka fajna jestem przecież.

Warszawa składa się z ksenofobicznych towarzystw, mniejszych lub większych kółek wzajemnej adoracji. Każde z tych kółek jest głęboko przekonane o tym, że to ono właśnie stanowi warszawkę, jeśli nie jedyną, to przynajmniej najlepszą. W tym mieście, nietwórczym, zgryźliwym i kwaśnym, nie rozmawia się o uczuciach, nie przekracza chłodnych granic, nie wychodzi poza twarde, nieelastyczne formy. Można być wulgarnym, ale nie egzaltowanym, można być wylewnym, ale tylko po pijaku, można, a właściwie wręcz należy cierpieć, ale wyłącznie z powodów natury czysto egzystencjalnej. Zaciekle i z niesmakiem plotkuje się o ludziach prostolinijnych, otwartych, grzeszących zbytnią szczerością; należy ich upokorzyć, uświadomić im własną śmieszność. Wielkoduszność i empatia wyszły z mody. Zamiast tego kultywuje się pogardę i odrazę wobec każdego, kto się nie mieści w ściśle wyznaczonych ramach warszawskiego savoir-vivre’u.

Najlepszą obroną przed samą sobą jest wzgarda dla innych. Więc bronię się, bronię rozpaczliwie, bo znalazłam się poza nawiasem. Nie mogę plotkować, bo to o mnie się plotkuje, wzdycha na mój widok i przechodzi na drugą stronę ulicy. Uświadomiono mi dobitnie, przekazano przez osoby trzecie, że moje zachowanie jest nieodpowiednie, męczące, co najmniej przykre. Nie mogę rozgryźć, nie potrafię pojąć tego, co kiedyś wydawało się takie proste. Jak się zachowywać, co robić, żeby nie drażnić wszystkich naokoło? Nie rozumiem tamtych reguł, nie umiem według nich postępować. Czy to początki alzheimera? Patrzę w okno. Za szybą wiatr pędzi ulicą starą gazetę, pod sklepem naprzeciwko zbierają się lokalsi na pięćdziesiątkę czegoś mocniejszego. Chciałabym się rozpłakać, krzyczeć, uderzyć czołem w blat, ale w porę przypominam sobie, że wszystko jest dozwolone, dopóki jest przyjemnie, i zadowalam się płaceniem rachunku, a potem ściskam im po kolei ręce na do widzenia.

[…]

Pan S.

Nie jest dobrze, lepiej też nie jest, gorzej tylko, albo tak samo, co znaczy, że gorzej. W końcu dociera do mnie, że dzieje się coś bardzo złego. Od dwóch miesięcy nie jestem w stanie rozmawiać z Manią i rodzicami. Każdy emocjonalny kontakt jest dla mnie nie do zniesienia. Boję się jeździć metrem, nie wsiadam do jednej windy z innymi ludźmi, w pracy dopadają mnie paraliżujące ataki strachu. Pojebało mnie w mózg. Zapisuję się do psychologa a potem do psychiatry. Diagnoza brzmi: załamanie nerwowe, slash, początki depresji. Biorę więc leki, białe krążki takie, albo owalne żółte. Czasem różowe i niebieskie, kojące kolory, na sen i na spokój. Dzielnie i regularnie chadzam na kontrole. Pan S. przyjmuje na Wałbrzyskiej, przy bazarze, może kupię po wizycie drożdżówki albo ciemny chleb z ziarenkami. Patrzę na swoje odbicie w szybie piekarni. Na brzuchu mam pączki, na twarzy bułki paryskie i kajzerki. Gorąco, duszno jakoś. Nie mogę oderwać się od tej wystawy, nie mogę dojść. Staram się, ale muszę siadać co chwila i odpoczywać. Niepokoją mnie baby sprzedające pumeks i sznurowadła do butów na polowych łóżkach, rozstawionych wzdłuż krawężnika. Niepokoją wieszaki z powiewającymi czerwonymi sweterkami, zielone legginsy z lycry. Chyba nie dam rady. Budka z warzywami, świecą się łysiny kabaczków i bakłażanów, imbir pokurczony jak wyschnięte niemowlęce ciałko. Muszę. Stare książki w pudłach tekturowych, obok łańcuchów do rowerów, różowych majtek i świec mszalnych z kalkomanią Matki Boskiej naklejoną na wosku. Nie mam siły, nie mogę. Tylko sobie wmawiam, nic mi nie jest. Kapusta czerwona, bordowa raczej z białymi żyłkami, pulsującymi pod liśćmi, wędzone śledzie i makrele, pomarańczowy łosoś. Słabo mi, chyba zemdleję. No wstawaj, wystarczy wziąć się w garść, no dalej! Światła, pasy, tłum przechodniów. Zaraz, za chwilę, odpocznę trochę, jestem zmęczona. Czym niby? Trzęsę się, pocę cała, niech ktoś mi pomorze. Kto niby, nie rób przedstawienia, ruszaj się!

Spóźniam się. Pan S. otwiera i patrzy na mnie zaniepokojony.

„Niech pani dzwoni następnym razem, pani Maju, jakby się coś takiego zdarzyło.”

Wiem, że się martwi, szczerze przejmuje, jestem mu za to wdzięczna, ale mi się to ciągle zdarza, mam dzwonić trzy razy dziennie? Zaciągnięte zasłony, gabinet jak zawsze tonie w cieniu. Skórzana kanapa, ciężkie dębowe biurko. On na fotelu po jednej stronie, ja na krześle, po drugiej. Podciągam kolana pod brodę. Płaczę. Pan S. znosi dzielnie moje łzy. Nigdy nie przerywa, nie zadaje pytań, czeka cierpliwie aż skończę, wysmarkam nos w jednorazowe chusteczki, pudełko stoi pod ręką.

„Dlaczego tak jest?” Pytam.

„Już o tym rozmawialiśmy, pani Maju.” Wzdycha, przeciera ręką czoło. Lubię jego szeroką, spokojną twarz, dużą, ogoloną głowę, miękkie, opadające policzki i gruby kark. Jest ciężki, zwalisty, jest solidny, budzi zaufanie. Małe oczka, szparki takie, uśmiecha się przez nie, wiem, że się uśmiecha, chociaż usta mu nie drgną. Pozostają poważne.

„Pani nie chce przyjąć do wiadomości tego co się stało.”

„Ale przecież nic się takiego nie zdarzyło…” Nie patrzę na niego na wszelki wypadek. Uciekam wzrokiem na ścianę, studiuję obrazki. Jakiś sztych, nie za dobry, wieża Babel, albo nie, to chyba Koloseum raczej…

”Jak to nie? Pani Maju, jeżeli pani chce dalej udawać, to nic na to nie poradzę. Ale samą determinacją i siłą woli nic pani nie zmieni. Pani myśli, że można po prostu zapomnieć i wrócić do tego co było. Tamten świat, tamta rzeczywistość już nie istnieje. Nie ma do niej powrotu.” O Boże, co on mówi, to gdzie ja mam iść? Co się ze mną stanie, ja nie chcę inaczej.

Na podobny temat

Aktualizacja    ( 15.02.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.56626 Seconds