NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Z wiaderkami świńskim truchtem Drukuj
Z Katarzyną Kozyrą rozmawia Artur Żmijewski   
23.01.2007
Artur Żmijewski: Opowiedz o „Piramidzie zwierząt”, wydaje się, że łatwo było Ci ją zrobić.

Katarzyna Kozyra:
O, to zależy! Wydawało mi się, że to będzie łatwe wtedy, gdy angażowałam w to jedynie rozum. Czym innym jest rozumowe powiedzenie sobie, że zabije się konia i wypcha, a czym innym, gdy bierze się za to rzeczywistą odpowiedzialność, patrzy się na to, gdy wkradają się emocje. Ja sobie zrobiłam kuku. Niczego nie zafałszowałam, nie zakłamałam. To było dla mnie wyniszczające, więc nie było łatwe.

Chodzi mi o współudział innych
.

A to!

Że łatwo było Ci to zrobić, przy pomocy tych wszystkich pomagierów.


Strasznie łatwo.

Że nie stawiali oporu.

Nie, absolutnie. Nawet mnie to dziwiło.

I że łatwo było to wszystko zorganizować.


Nad podziw łatwo, to aż szokowało.

Użyłaś czterech zwierzaków, a ile ich miałaś w ogóle?


Koń był jeden, ten zapłacony. Psów była masa, mogłam sobie wybrać jakiego chciałam, z tym że wszystkie miały ten sam feler - były nadgniłe. Dostałam wreszcie psa, którego kwadrans wcześniej uśpiono na życzenie właściciela. Kotów było ze sześć do wyboru, a koguty zatłukłam dwa, nie wiedziałam, który będzie lepszy, duży czy mały. Miałam problem: czy nie powinnam w imię konsekwencji kupić także żywe psy i koty i dać im w łepek. Co mnie powstrzymało? Emocje. Nie potrafiłabym tego, przynajmniej wtedy.

Opowiedz, jak szukałaś konia.

Jeździłam po targach końskich, nie ukrywając na co mi zwierzak. Podtykali mi różne. Lepsze i gorsze. Musiałam się kierować nie tylko tym, czy jest biały czy rudy, lecz  jego gabarytami. Przecież musi wyjść z pracowni preparatora. Poza tym, to co się nadawało do uśpienia, to się nie nadawało do rzeźby, bo musiało mieć dobre futro i dobrą barwę. W końcu zdecydowałam się na rudego. Nie był za duży ani za mały, no i nazywał się Kasia.

( - )

To jest Pomnik na Cześć Genialnej Przemiany Materii. Konia zżarły pieski i kotki, one znów zostały przerobione na mączkę, mączka na paszę dla świnek i kogutków. I myśmy to wszystko zjedli, jak nie tego konia, to innego. W tym sensie jest to genialne. Na cześć reinkarnacji. Bywało, że dwa razy dziennie latałam do tego bunkra. Leżało to skotłowane, wilczurzaste, powykrzywiane i jedno na drugim. Smród i tylko gdzie niegdzie jakieś łapy wystają z tej kupy. Tam wrzuca się uśpione zwierzątka. Często po sobocie i niedzieli było w nim robactwa po kostki. To tam szukałam pieska i kotka. Co dwa, trzy dni przyjeżdża Bakutil, zabiera całe to ścierwo do swojego zakładu i przerabia na mączkę. Coś trzeba robić z padliną. W tym całym zamkniętym obiegu to do nas wraca, więc nic naprawdę nie ginie, to jest w nas, jedno w drugim. Genialne.

Co to za bunkier?

Miejsce, gdzie można zostawić kochanego, uśpionego zwierzaczka. To jest hymn na cześć reinkarnacji. Nieustannie zmieniał się mój stosunek do zwierząt. Co się tylko ruszało widziałam wypchane i na koniku. Śmieszne podejście. Później, gdy konik padł, a ja imaginowałam, że go psy i kotki zżarły, to we wszystkim widziałam trupy. Wszystko jest w trakcie totalnej przemiany materii. Chciałam rozumieć co robię, widzieć skąd się rzeczy biorą. To mnie wpędziło w trzytygodniową paranoję. Teraz widzę jak straszne są emocje. Rozumowo do człowieka nie dociera. Trzeba zobaczyć, nic racjonalnego się nie liczy. I nikt ci nie wytłumaczy. I nic. Potwornie przeżywałam tego konia. Przez trzy tygodnie wyłaziłam na dwór, żeby tylko przemknąć się i szybko wrócić. Z człowieka to rozpoznawałam pasek od zegarka (bo podświadomie szukałam winnych), buty skórzane, zero twarzy. Rany gościa! w czym ja żyję, coś obrzydliwego, ludzie w ogóle nie kumają, nie mają pojęcia, co się tak naprawdę dzieje. Teraz nawet jak sobie kwiatki kupuję to ze świadomością, że to też jest taka totalna destrukcja. Wszystko jest świetnie urządzone, wszystko, żeby nie poczuć tego bluesa.

Sekretne.


Wszystko jest sekretne. Te wszystkie imaginacyjne filozofie, wszystko wymyślone po to, by zakamuflować oczywiste, naprawdę doniosłe fakty - destrukcji po prostu. Nie, nie myślę, że to jest tragedia, to harmonia, i ja w tym fajnie uczestniczę. Koń został kupiony i głupio było się wycofać. Zostałam wciągnięta w wir. Nie było do końca pewne, że zwierzaki zginą.

Mogłaś się wycofać?

Oczywiście.

Ale stało się coś takiego, że się nie wycofałaś. Zapłaciło się, to trzeba zjeść.

No właśnie nie wiem, to mnie wciągnęło jak łańcuszek reakcyjny. Krok po kroku trzeba było iść dalej i podrzynać sobie gardziołko.

( - )

Zdarzyła się przedziwna sytuacja z kotem w zamrażalniku. Nocą, w prodiżu, Agata przywiozła mi kota. Bo wszyscy moi znajomi wiedzieli, że jeśli ich kot czy pies padnie, to do mnie przywozić. A miałam już jednego w zamrażalniku, więc Agatę odesłałam. Sytuacja była przedziwna, dlatego, że wszystko przebiegało jak zwykle, w lodówce trzyma się mięso, tylko że to mięso było jakieś inne, choć nic naprawdę się nie zmieniło. Albo to, że pies leżał tu u mnie przez dwa dni i ze łba kapała krew.

Trzymałaś go w lodówce niewybebeszonego?

Był kompletny: z jelitami, płucami, mózgiem - anatomicznie stanowił całostkę.

Opowiedz o filmie dokumentującym zabicie konia.


To dziwny film. Same dłużyzny. To jest dokumentacja procesu twórczego. Totalna dokumentacja. Film jest potwornie smutny, żadnego blichtru, po prostu tak, jak było. Cholernie smutno.

Czy to był proces twórczy, czy zabijanie?

Trudno powiedzieć, musiałam na swój użytek przyjąć pewne kategorie.

Żeby nie ześwirować? Rodzaj usprawiedliwienia?


Robiłam pracę dyplomową, ludzie dokumentują swoje procesy twórcze, więc i ja zdokumentowałam swój.

Proces twórczy.

Sztuka nie może być tylko zabawą klockami. Wtedy nie ma sensu. Robiąc to, co robię, jestem pewna, że mam rację. U mnie nie ma nic dla picu, to nie jest udawanie. U mnie to naprawdę było ze śmiercią.

Robienie trupów.

Robienie trupów - od początku do końca. Zarzucano mi, że bawię się w śmierć. Nie robiłam tego na zimno. Warunkiem naszego istnienia, naszej egzystencji są śmierdzące flaki. Unicestwianie jest narzędziem bycia, jest warunkiem istnienia komfortu dla rozważania egzystencjalnych problemów, pozwala na luksus filozofii. To chciałam sprawdzić, zobaczyć najniższy poziom - zabijanie, to, że trzeba sobie przy tym łapy uwalać, że to śmierdzi, że jest babraniem się we flakach. Chciałam rozdzielić poziomy rzeczywistości i zobaczyć je osobno.

Jak to się ma do Ciebie, z tą śmiercią?


Wiesz, okazało się, że postępuje u mnie nowotworowa destrukcja. Ale że żyjemy w tych czasach, to można ją „chemią” zatrzymać, więc nie muszę zdechnąć, bo teraz się to leczy. Pozostaje świadomość, że to jedynie przedłużanie, mimo galopującej destrukcji. Nagle okazało się, że jestem poważnie chora i w dodatku źle mi rokują. Nagle przeskoczyłam na inny poziom świadomości. Doznałam poczucia ostateczności. Cóż, lubię sytuacje ostateczne, wolne od dwuznaczności. Właśnie te okoliczności, fakt, że nie muszę z konia zrobić buta, a i tak nikt się nie domyśli, że to kiedykolwiek żyło, obudziło we mnie uwrażliwienie na destrukcję. Przecież to jest totalna destrukcja, to tutaj, wszystko pospołu.

Na czym ona polega?


Dajmy na to meble, jeśli chciałabym je zrobić sama, to musiałabym po lesie z siekierą latać i zabijać roślinki. Wszędzie destrukcja. Gdyby samemu chcieć to robić, przyszłoby zwariować. Jakie szczęście, że inni to za nas robią. Stąd te świętoszkowate panie zasrane, którym się zdaje, że mogą się na mnie oburzać. Absurd.

Podczas zabijania konia miałaś wrażenie, że zabija go pomagier-usypiacz, czy Ty?

Czułam tylko, że to się dzieje z mojej decyzji, że to ostateczność. Wpadłam tam w histerię - wyłam.

Poczucie nieodwracalności?

Od tego absolutnie nie było odwrotu. Doceniam tylko takie rzeczy, one naprawdę ważą.

To było jedną z motywacji Holocaustu, naród który współuczestniczy w takich mordach…

Nie cofa się?

Tak. Władza szantażowała społeczeństwo nieodwracalnością.

To dobra metoda, tylko że to było chore. Ale ludzie sami ustanawiają swoje prawa.

Teraz Ty wzięłaś się za ustanawianie praw.

Korzystam jedynie z tych, które są.

( - )

Przy usypianiu konia obecna była postronna osoba, chciała zobaczyć, jak zabija się konia, jak obciąga się go ze skóry. A potem brzydziła się mnie dotknąć - bo jestem potwór. Człowiek potrafi uczestniczyć w takich działaniach ze świadomością, że to nie na jego karmę leci. Wtedy jest w stanie na to wszystko akceptująco, jak głupia małpa się gapić.

( - )

Najdziwniejsze było przestawienie sytuacji: w prosektorium – ale zdrowy; usypiany jak chory, nie zarżnięty – a przeznaczony do sklepu mięsnego; obciągany ze skóry jak zwierzyna myśliwska – chociaż to koń. Wzięła w tym udział cała zbieranina ludzi przynależących do różnych dziedzin zabijania zwierząt, z filarami pewności nad głową, że to, co robią jest słuszne. Ale tu wszystko się pomieszało. Do tej pory nie wiem, jak to nazwać. Wszystko było nie tak. Ci ludzie dokładnie czuli, że zostali wytrąceni, że w coś ich wciągnięto i nie ma odwrotu. Że śmierć przestała być użyteczna. Koń padł i musimy działać dalej, bo coś trzeba zrobić z tą kupą mięcha. Weterynarz mówił, że skoro został uśpiony, to nie pozwala sprzedać go do sklepu. Sklep mięsny znowu myślał, że interes ubije i dostanie taniej. Kręcili się jak hieny. Weterynarz ich w końcu pogonił i pyta mnie, co z tym mięchem? A to dosłownie góra! Nie pozwolili wziąć do mięsnego, bo miało się nim pożywić tamtejsze towarzystwo. Przybiegli z wiaderkami, cztery godziny trwało zabijanie, a w dziesięć minut został tylko szkielet. Potrącali mnie, jeszcze zdjęcia robiłam, a oni z nożykami, na mnie włażąc, z kubełkami - ciach, ciach, ciach… obrali, szkielet został. Taka byłam przerażona tą kupą mięcha. Nagle nie ma.

Gdzie je zabrali?

Nie wiem. Przyleciała chmara ludzi z wiaderkami, z nożami, rozebrali na części i poszli, i zniknęło.

Wiadomo co to za ludzie?


Szkielet został. Podejrzewam, że pracownicy. Skądś się musieli zwiedzieć, jak hieny. Robili to z poczuciem, że ja jestem niby be, ale zawsze można coś skorzystać. Jak już padł, jak już zdechł, to ja sobie przy okazji te flaczki wezmę. Coś tam, coś tam, pięć minut, już z wiaderkami świńskim truchtem, nie ma. Gdy któryś z nich odkrajał, to trupowi jeszcze drgały mięśnie. Kroplówka usypiająca zaczęła działać i źrenica się rozszerzyła. Totalny, cholernie głęboki błękit. I jeszcze światło tak dziwnie wpadało mu w oko. Później źrenica zmniejsza się, lecz najpierw otwiera się tak, że wypełnia całe oko, filując intensywnym błękitem.

( - )

Co złego, co okropnego jest w tym, że się zdycha i jest koniec? Ofertą większości religii jest jakaś nieśmiertelność, rodzaj przedłużonego trwania. Nie pojmuję dlaczego jest to tak atrakcyjne, dlaczego ludzie tak bardzo pragną istnienia, że chwytają się każdej gwarantującej im to wiary, doktryny. Ten koniec chciałam zobaczyć.

( - )

Co z tego, że są ludzie nieuleczalnie chorzy, może są do przodu, żyją z większą świadomością ostatecznego. To daje niesamowity luz.

Na czym ten luz polega?

Nie zdobyłabym się na to, żeby się tak zgwałcić emocjonalnie, gdybym nie miała poczucia ostateczności, że zdycham po prostu. Ono jest ciągle, tyle że nie mam tego w głowie. Zawsze jest ostatecznie, a jak ci powiedzą, że umrzesz, to nic się nie zmienia. Chyba tylko ma się poczucie większego ciężaru psychicznego.

Czy miałaś poczucie winy, a jeśli tak, to kiedy się pojawiało, czy już wtedy gdy wybierałaś zwierzaka?

Coś takiego pojawiało się we mnie, ale starałam się natychmiast to skasować, nie dopuścić do głosu. Zupełnie. Ponieważ oczami wyobraźni widziałam już gotową rzeźbę, wszystko co mogłoby mi przeszkodzić w realizacji starałam się wykasować. A priori. Starałam się zwalczać emocje i iść kalkulacją. Kiedy? Przez ten tydzień, gdy już ustaliłam datę, godzinę, zgrałam te dziesięć osób i dziesięć różnych sytuacji: transport, kto, za ile. Przez ten tydzień jeździłam do mojego konia, bo chciałam, żeby mimo wszystko karmili go, czesali. A całą noc przed zabiegami w prosektorium w ogóle nie spałam, w totalnym napięciu. A później wszystko poszło po prostu mechanicznie - wyjazd, załadunek.

Realizacja planu?

Realizacja planu.

Czy to Cię zwolniło z odpowiedzialności emocjonalnej?


Nie, absolutnie nie. Po prostu ułatwiło sprawę, bo nie robiłam tego sama. To, że musiałam zgrać tyle osób, wymagało planu. Gdyby tych ludzi nie było, to nie wiem czy emocje nie zabiłyby mnie.

Twoje emocje rozpuściły się w tych ludziach.

Byłam zależna od wielu osób, one znów od siebie. A to wymagało organizacji. Praca organizacyjna odsunęła problemy związane z emocjami.

Przeniósł się ciężar.


Tak, przeniósł się ciężar na organizację.

Spróbuj scharakteryzować tę specyficzną, przymusową sytuację wytwarzającą się pomiędzy ludźmi w trakcie zabijania konia. Mówiłaś już o tym, że „głupio było wycofać się”.


Dostarczyli mi konia do prosektorium, przyszedł spec, który miał go uśpić. Wszystko szło dziwną machiną rozpędu, ludzie zagadywali, żeby tylko na to nie patrzeć. Ja wyłam, widziałam, że koń za chwilę padnie. Jak już padł, to coś pękło. Pierwszy krok – zabicie – spowodował, że wszystko musiało toczyć się dalej.

Zabicie następnych zwierząt było konsekwencją zabicia pierwszego? Stało się koniecznością?


Natręctwem. Skoro zabiłam konia, taką kupę mięcha, to tym bardziej mogę dużo mniejszą, jak kogut czy kot.

I będzie Ci łatwiej pozbyć się ich.


O wiele łatwiej.

Czy to ograniczyło się do pomyślnego rozwiązania problemu technicznego?

Jak to?

Dowiezienie, uprzątnięcie, z następnymi powinno już być łatwiej.

Czy to było łatwiej?

Chodzi mi o wyjaśnienie na czym polegał przymus. Czy można nazwać etapy sytuacji wytwarzającej się pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi, tam w prosektorium?


Oni czuli, iż zostali w coś wciągnięci, że postawiłam wszystko do góry nogami, a oni dali się zrobić w balona.

Czy tym jednym ruchem, zabiciem konia, uzależniłaś ich od siebie?


Myślę, że tak. No co, mieli uciec?

Ubezwłasnowolniłaś ich?

Robili to. Wpasowałam się, idealnie wpasowałam się w to, co wolno. Każda z dziedzin ma swoje klocki. Z każdej z nich wzięłam to, co było mi potrzebne i zbudowałam własny budyneczek. Nie trzymałam im pistoletu na wysokości głowy. Uśpili zupełnie zdrowego zwierzaka. W dodatku nie tak, jak się to zawsze odbywa, nie tak normalnie. Miałam wrażenie, że tym razem śmierć stała się czymś… nowym? Nie tak oczywistym, jak zazwyczaj. To nie była tak oczywista procedura. Może dlatego, iż nie jestem z żadnej z dziedzin zabijania. Może dlatego. Gość od kroplówki powiedział, że za takie usługi nie bierze forsy. A preparator musiał się przebrać „po myśliwemu”… i kozikiem. Każdy z nich szukał jakiegokolwiek wsparcia. Tymczasem ja nie wykroczyłam poza przyjęte normy moralne na tyle, żeby mogli kategorycznie odmówić. Rozmawiałam z weterynarzem wybierającym konie na rzeź. Pytałam, czy uśpiłby dla mnie zdrowego konia lub kota. Odpowiedział: „Nie, to jest niemoralne”. A przecież wybiera konie do rzeźni, lecz w tej sytuacji nie uśpiłby. Patrzył jak na idiotkę. Za nim stoi instytucja, on wykonuje swój zawód, tylko wybiera, żadnych emocji, jest trybem w machinie. A tę sytuację ja napędziłam.

To jest rzeczywiście potrzeba zrobienia rzeźby, czy artystyczne usprawiedliwienie ryzykownego działania?


To nie jest usprawiedliwienie artystyczne. Nie widzę różnicy między tym, czy tego konia zeżrę i wysram, czy po prostu zabiję i będzie stał spreparowany przez kilka lat, zamiast wysrać go od razu. Nie widzę różnicy. Nie wiem co złego jest w tym, że zamiast utrwalać obrazy tych zwierzaków w glinie, użyję prawdziwych. To oczywiście perwersja, że muszę zniszczyć, żeby skonstruować, lecz jeśli coś już jest, to nie widzę sensu, aby to tworzyć poprzez dublowanie.

Podobno, zamiast utrwalać zwierzęta, chciałaś zainstalować je martwe w czymś w rodzaju konstrukcji-stelażu; rzeczywiste trupy.

Nie mówiłam Ci o tym?

Powiedz teraz.


Doznałam szoku, gdy szukając preparatora, znalazłam się w miejscu, gdzie mi powiedziano, że spreparowanie konia nie jest problemem. I nawet teraz nad jednym pracują. Pokażą mi. Więc wchodzę i widzę - stoi koń. Cały mokry, z posklejaną sierścią, lewituje nad podłogą. Wokół niego stalowa barierka, do której jest z obydwu boków przyczepiony, pod kręgosłup ma wbity żelazny hak. Był tak lekko uniesiony. Miał naciętą skórę na tętnicy, odwiniętą i przyczepioną szczypcami. W to wchodziła rura trokaru, którym najpierw wypompowali z niego krew, aby w opróżniony krwioobieg wtłoczyć formalinę. On dosłownie zawisł w oparach formaliny. Niesamowite w tym było i to, że zamknęli mu oczy. Koń nigdy ich nie zamyka. Nawet martwy. Zrobili ludzki gest: zamknięcie powiek trupowi. Właśnie wtedy zobaczyłam tę konstrukcję, a w niej konia, psa, kota i koguta, wszystko z rurami i formaliną. Kojarzyła mi się z tym osobista sytuacja, mnie również „chemię” sączą w żyły, to jest bardzo podobne. To było niesamowite wrażenie, on wyglądał jakby spał a zarazem lewitował. Miałam formalinę w płucach, w oczach i już nic nie widziałam. Koń był przygotowany do zabiegu, jeden z jego boków miał być warstwa po warstwie zdjęty, w obecności studenckiego audytorium. Nawet chciałam tam chodzić, ale jakoś mi to uciekło.

Twoja choroba to są jakieś guzki. Czujesz palcem to, co Cię niszczy?


To są moje kochane guzki, które wcale nie chcą zniknąć. Jak doktorek ostatnio mnie macał, to ich nie było. O tu jest coś bardziej wybulone niż tu. Gdy zaczynałam robić „Piramidę”, miałam na szyi wielką bulwę. Pobierali mi coś z tej bulwy.

Onkologiczne soki.

Straciłam odporność. Lubię przeginać pałę, iść na total, eksploatować się do końca. Kilkakrotnie w różnych sytuacjach forsowałam odporność i straciłam ją zupełnie. Szłam do łazienki, ale nie byłam w stanie nawet się wykąpać, odkręcić kurka. Ekstremalny brak odporności. Zaczęły mnie zżerać komórki rakowe, przestałam się bronić, przestałam mieć motywację do życia, do czegokolwiek. To zaczęło się we mnie rozrastać. Na pewno wykorzystałam sytuację choroby. Byłoby idiotyczne z mojej strony, gdybym jej nie wykorzystała. Nie uważasz?

Myślisz, że to dobra okazja?


We wszystko, co mi się w życiu przytrafia, staram się świadomie złapać, no więc tak – to jest okazja. Wyjdę z niej lub nie. Jeszcze dwa, trzy tygodnie temu nie wiedziałam czy chcę wyzdrowieć. To mi dawało ogromne poczucie luzu i niezależności. Pozwalałam sobie na to, na co przedtem nigdy bym sobie nie pozwoliła. Choroba była świetnym etapem w moim życiu. Pokazała mi, że mogę być tutaj, mogę dokazywać i że wy naprawdę przejmujecie się i skaczecie wokół mnie. Bo kto by jeździł ze mną po te konie. Sama nie byłam w stanie, sztywna na „chemii”. Z jednej strony pakowali mi „chemię” wywołującą wymioty, a na nią następną, żebym nie wymiotowała. Czułam się jak pajacyk. Były dni, gdy leżałam w łóżku i nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że mogę wstać. Swoją chorobę wykorzystałam totalnie.

Zużyłaś.

Zużyłam chorobę. Nie jest mi już potrzebna.

Odbywały się zabiegi powodujące, że Twój proces zmierzał do życia, a procesy zwierząt do śmierci.


„Chemia”, naświetlania i równoczesne uczestniczenie w śmierci zwierząt. To jest powiązane, ale nie wiem czy to wywlekać.

Wywleczmy.


W tym samym dniu, gdy zabijany był koń, ostatni raz mnie naświetlali. Wypadły mi wtedy włosy, zupełna destrukcja. Łysa czacha, od naświetlań miałam dziwne plamy.

( - )

Najistotniejsze było to, co się stało w trakcie pracy - ujawnienie utartych obiegów, w których funkcjonujemy. Gdy przyjdzie ktoś, kto nas z nich wytrąci, lecz nie na tyle silnie, by działać wbrew prawu, to nie ma argumentów, by odmówić i czegoś nie zrobić. Bo… wiesz co mnie najbardziej interesuje? Emocje. Nikt nie musi widzieć moich wypchanych zwierząt. Wystarczy, że po Warszawie krąży pogłoska, że ktoś coś zabił i wypchał. Obiekt przestaje być ważny. To już mentalnie działa, kurwa, już się im pierdoli.

Wywiad został przeprowadzony 10 lipca 1993 roku.

Fragment książki „Drżące ciała. Rozmowy z artystami” Artura Żmijewskiego (Seria „Krytyki Politycznej”, t. II, Kraków, 2007).

Czytaj: Rozmowa z Arturem Żmijewskim (wstęp do książki)

Na podobny temat

Aktualizacja    ( 02.09.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.96369 Seconds