|
Adam Leszczyński: Rok 1993. Amerykańska socjolożka
przyjeżdża do Rzeszowa i zaczyna pracę w fabryce soczków. To chyba nie
jest oczywisty wybór życiowy?
Elizabeth Dunn*: Studiowałam w Chinach w czasie masakry na placu Tiananmen w 1989 r.
Potem wprowadzono tam stan wyjątkowy. Dostałam od kogoś ‘Listy z
więzienia’ Adama Michnika w angielskim przekładzie. Były dla mnie
znaczące i inspirujące. Z kilkoma chińskimi dysydentami tłumaczyłam je
na chiński i wydawaliśmy je w czymś w rodzaju samizdatu. Zaintrygowało
mnie to, że ‘Solidarność’ była tak wielkim ruchem intelektualistów i
robotników - ale po wielkiej przemianie w 1989 r. mało kto mówił o tym,
co dzieje się z robotnikami. Chciałam się dowiedzieć, jak ich dotknęła
transformacja.
Co wtedy najbardziej panią zaskoczyło w Polsce?
Dramatycznie różny podział pracy pomiędzy mężczyznami i kobietami w
polskich rodzinach. Nie widziałam badań - zresztą pewnie wiele się
zmieniło od tamtego czasu - ale według moich obserwacji kobiety
pracowały dziennie o siedem-dziewięć godzin więcej od mężczyzn. Jak
gdyby miały dwie zmiany. Szczególnie wyraźne to było w rodzinach
robotniczych, które bardzo często muszą dodatkowym nakładem pracy
zdobywać to, co zamożniejsi po prostu kupują. Kiedy jedzenie jest
drogie, kobiety z rodzin robotniczych uprawiają więcej jedzenia na
działkach. Więcej zajmują się dziećmi, które rzadziej chodzą do
przedszkola niż w inteligenckich rodzinach. Więcej czasu spędzają,
przygotowując jedzenie. Kiedy przyjechałam do Polski, miałam
dwadzieścia parę lat. Wtedy najbardziej zaskoczyło mnie, ile te kobiety
gotują! Pochodzę z kraju, gdzie wszystkie potrawy kupuje się gotowe.
Moje wyobrażenie kolacji było takie, że idę do supermarketu i kupuję
mrożone danie. W Polsce wchodziłam do małych sklepów - wówczas świeżo
sprywatyzowanych - i pytałam: ‘Gdzie jest jedzenie?’. Nie było ciastek,
tylko mąka…
Pracowała pani w
rzeszowskiej Alimie, fabryce soczków, którą właśnie sprywatyzowano.
Kupił ją amerykański koncern Gerber. To chyba udany przykład
transformacji?
Wielu robotników było rozczarowanych. Sądzili, że nikt dobrze nie
reprezentował ich interesów w demokratycznej polityce. Myślę, że wielu
z nich czuło się wykluczonymi z pozytywnych zmian zachodzących w
Polsce. Wykluczała ich np. prędkość transformacji. Decyzje podejmowano
wyjątkowo szybko. Robotnicy, z którymi rozmawiałam, nie potrafili
zrozumieć, co się stało, co to dla nich znaczy i jak powinni reagować.
Wierzyli, że w kapitalizmie będzie im lepiej?
Chyba nikt z nich nie powiedziałby: ‘Socjalizm był wspaniały, wróćmy do
niego’. Mieli realistyczne oczekiwania. Nie jestem jednak pewna, czy
zdawali sobie sprawę, jakiego rodzaju kapitalizm powstanie i jakie
reguły będą obowiązywać. W Alimie robotnicy nie mieli wpływu na wycenę
i sposób sprzedaży udziałów w przedsiębiorstwie. Kiedy została
przekształcona w firmę prywatną, było dużo dyskusji o tym, jak wycenić
udziały oraz jak i komu je sprzedać. Pracownicy dostali część akcji,
ale szybko odsprzedali je Gerberowi. Sądzę, że nie rozumieli znaczenia
tej transakcji. Dostali akcje za darmo, potem ktoś je skupił. Większość
z nich nie rozumiała, że wyzbywają się wpływu na kierunek zarządzania
firmą. Sami ludzie musieli się zmienić - nauczyć innego myślenia o
sobie i innego słownika, w którym o sobie mówili. Wynaleźć siebie na
nowo, nauczyć się patrzeć na siebie na nowo. To było najbardziej
interesujące. Próbował pan kiedyś rozmawiać z kimś, kto właśnie zaczął
pracować w organizacji pozarządowej? Taka osoba nagle zaczyna używać
słów jak ‘partnerstwo publiczno-prywatne’ albo ‘biznesplan’. Przejmuje
zawodowy żargon, a z nim pewien sposób myślenia o sobie i świecie. W
Alimie ludzie zaczęli myśleć o sobie w terminach ‘bycia aktywnym i
mobilnym’ oraz starali się tego dowodzić innym. Mówili o sobie w
kategoriach ‘bycia aktywem’ przedsiębiorstwa: ‘Nie był wartościowy dla
przedsiębiorstwa, musiał odejść’. Obserwowałam, jak pracownicy Alimy
zaczęli postrzegać siebie i innych jako przedmioty ekonomicznej wymiany.
Chce pani powiedzieć, że kapitalizm Polaków odczłowieczył?
Raczej przerobił na innych ludzi. Realny socjalizm był tak niewydolny i
opresywny, że ludzie musieli przestać myśleć o sobie w kategoriach
indywidualistycznych - jako element szerokiej sieci znajomości i
układów. To miało złe i dobre strony. Czasami życie w socjalizmie było
ciepłe i sympatyczne, czasami opresywne i według sztywnych reguł. Kiedy
pisałam o znajomościach i ‘układach’ w PRL, używałam słowa ‘wasalstwo’,
które oznacza coś w rodzaju feudalnej podległości. Po 1989 r. ludzie
zaczęli o sobie myśleć w kategorii izolowanych jednostek, których praca
jest wyceniana według rynkowej wartości. To wielka różnica.
Idealizuje pani stary system: że był jak tradycyjny ojciec - despotyczny, ale na swój sposób ciepły…
Nie idealizuję. Chyba interpretuje pan moje słowa tak, aby było panu
ideologicznie wygodniej. Wartość, o której myślę, nie brała się z
realnego socjalizmu - ale ze sposobu, w jaki ludzie stawiali mu opór.
Myślę, że umiejętności i cechy osobowe, które Polacy rozwinęli w oporze
wobec systemu, były niesłychanie wartościowe i mogły bardzo się przydać
w nowym polskim kapitalizmie. Ludzie, z którymi pracowałam, byli
niesłychanie kreatywni. Wiedzieli np., jak omijać biurokratyczne
przeszkody. To bardzo rzadka cecha wśród białych Amerykanów z klasy
średniej. Jeżeli moi polscy koledzy nie mogli czegoś zrobić według
instrukcji, znajdowali inną drogę.
Kombinatorstwo było koniecznością życiową. W socjalizmie nic nie działało w oczywisty sposób.
O to mi chodzi. Kraje takie jak Stany Zjednoczone są bardziej
biurokratyczne i bardziej przewidywalne. Ludzie nie mają tu zwyczaju
szukania okrężnej drogi do celu - ‘end run’, jak nazywamy to w
amerykańskim futbolu. To jest niesłychanie cenna umiejętność w
kapitalizmie - jeżeli nie możesz pokonać przeszkody wprost,
kombinujesz, jak ją obejść. Ten rodzaj radzenia sobie w życiu bardzo
cenili moi polscy współpracownicy - że to świadczy o sprycie. Taki
rodzaj innowacyjności wielu amerykańskich menedżerów usiłuje wpoić
swoim pracownikom. Nie mówię, że w socjalizmie było świetnie. Nie
usprawiedliwiam niesprawiedliwości politycznej i społecznej. Nie ma
jednak systemów idealnych. Jeżeli jest jakieś przesłanie, które
wyniosłam z badań w Polsce, to takie, że Polacy mieli bardzo cenne
umiejętności - i trzeba świadomego wysiłku, żeby je zachować. Nie
wylewać dziecka z kąpielą. Jak to się mówi po polsku?
Tak samo. Nie jestem wielkim fanem
polskiego kombinatorstwa, bo ma także mniej przyjemne strony. Czy
jeszcze coś straciliśmy w czasie transformacji?
Dam panu przykład. W 2001 r. przygotowywałam opracowanie o polskim
przemyśle wieprzowym. Na przeciętnej uprzemysłowionej amerykańskiej
farmie jest 700-800 świń. Polska ma miliony bardzo małych gospodarstw.
Na polskiej farmie było wtedy średnio dziewięć świń. Ich zaletą była
ogromna genetyczna różnorodność. Wiele z tych zwierząt zostało też
wyhodowanych w przyjazny środowisku sposób. Podczas wchodzenia do Unii
Europejskiej Polska musiała przyjąć wiele regulacji dotyczących hodowli
- i dwie trzecie tych małych hodowli musiało zniknąć. Pozornie wygląda
to świetnie: produkcja świń stała się bardziej wydajna. Amerykańska
firma Smithfield Farms wykupiła wiele dawnych PGR-ów i zaczęła
prowadzić w Polsce hodowlę na skalę przemysłową. Smithfield używa
genetycznie wyselekcjonowanych, wystandaryzowanych świń, które są tak
hodowane, żeby miały podobny kształt, wielkość, wagę i zawartość
tłuszczu. Proces uprzemysłowienia rolnictwa w Polsce postępuje bardzo
szybko - dokładnie wtedy, kiedy wielu ludzi w Ameryce i na Zachodzie
zaczyna mówić, że przemysłowa hodowla to straszna rzecz. Że jest
szkodliwa dla ludzi i środowiska. W Ameryce Smithfield musiał zapłacić
miliony dolarów kar nałożonych przez Agencję Ochrony Środowiska. Z
ludźmi jest podobnie - mają niewyceniane w kapitalizmie zalety i
umiejętności. W socjalizmie w Polsce wyrosła kasta menedżerów, którzy
byli niesłychanie kreatywni, bo musieli radzić sobie w trudnych
warunkach. Kiedy amerykańska firma kupiła Alimę, uznała, że ci ludzie
mają ujemną wartość i trzeba ich jak najszybciej wyrzucić.
Dlaczego nie mogli dostrzec umiejętności tych starszych ludzi?
Nie byli starsi! Średnia wieku tych, których uznawano w Alimie za
‘starych’, a więc skażonych starym systemem - wynosiła 33 lata.
Praktycznie byli w tym samym wieku co ludzie, którzy ich zastąpili.
Sądzę, że chodziło to o ideologię. Pod wpływem propagandy z czasów
zimnej wojny Amerykanie myśleli, że państwowy socjalizm był absolutnie
zły i ludzie, którzy mieli z nim kontakt, byli skażeni. Bezwartościowi.
To samo często mówili Polacy. W Alimie ludzie byli zorganizowani w
brygady. Pracowali razem od 20-30 lat. Na początku lat 90. nowy
właściciel przeprowadził serię masowych zwolnień, które dramatycznie
zmniejszyły liczbę zatrudnionych i zniszczyły tę wspólnotę. Amerykańscy
menedżerowie zdecydowali też zatrudniać wielu tymczasowych pracowników
- bo taniej. Ci ludzie nie mieli dużo czasu, żeby zbudować więzi
społeczne wewnątrz zakładu. Mam wrażenie, że często dla korporacji było
to mniej wydajne rozwiązanie.
Wie pani, że
bliskie kontakty międzyludzkie w socjalizmie były często wymuszone?
Trzeba się było zaprzyjaźniać z ekspedientką, żeby kupić szynkę.
Teraz pan idealizuje kapitalizm! Myśli pan, że nie ma korupcji w
kapitalizmie? Nie śledził pan chyba tego, co robi administracja Busha w
Ameryce. Kapitalizm jest oczywiście bardziej efektywny. Wygodniej pójść
do sklepu i dostać szynkę bez kolejki. Ale płaci się za to - pracując
dłużej, mając mniej czasu na kontakty z innymi ludźmi. Coś za coś.
Wielu Polaków, z którymi rozmawiałam, wspominało, jak nieefektywne i
męczące było stanie w kolejkach. Nie znosili tego. Ci sami ludzie
mówili jednak o ogromnym uczuciu izolacji w nowych czasach - że nie
mają tyle czasu co kiedyś na spędzanie z innymi ludźmi. Narzekali, że
relacje międzyludzkie zostały sprowadzone do poziomu wymiany.
Zamieniliśmy jedną opresywną ideologię na drugą?
Myślę, że w obu systemach są struktury opresji i w obu są możliwości
wygodnego życia. Byli ludzie, którym w socjalizmie wiodło się świetnie,
np. działacze partyjni. Kapitalizm, który był wtedy w Polsce
przedstawiany jako wyzwolenie dla wszystkich, wcale tym naprawdę nie
był. To nieprawda, że kapitalizm jest wielką grą, w której obowiązują
takie same reguły dla wszystkich i wszyscy mają takie same pozycje
startowe. Niektórzy wchodzą w tę grę z wielkimi zasobami:
wykształceniem , kontaktami, pieniędzmi. Choćby z doświadczeniem
miejskiego trybu życia - wiedzą, czym jest miasto i jak ono działa.
Oczywiście niektórzy ludzie bez tego wszystkiego i tak sobie radzą. Ale
to nie jest sprawiedliwa gra. W języku, którym Polacy mówili o
kapitalizmie, taka dyskusja w ogóle się nie mieściła. Jak sądzę, z
powodów ideologicznych, bo kojarzyła się ludziom z marksizmem. Znikły
takie pojęcia jak ‘klasa’, ‘wykluczenie’, ‘nierówności społeczne’,
‘alienacja’. Można mówić o klasach niezależnie od tego, czy zgadzamy
się z Marksem, czy nie. W demokracji jest ważne, żeby mówić o różnych
prawach ludzi i różnym dostępie do władzy.
—
*Elizabeth Dunn - amerykańska
socjolożka. Jest profesorem na University of Colorado w Boulder. W
latach 90. prowadziła badania w Polsce, m.in. pracując w fabryce soków
Alima w Rzeszowie. Opisała je w książce Prywatyzując Polskę (Wydawnictwo
Krytyki Politycznej, 2008).
Wywiad ukazał się w „Wysokich Obcasach” z 3 stycznia 2009.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...