|
Krytyczna postawa Żiżka wobec rzeczywistości
globalizmu sprawia, że tzw. nowa radykalna lewica usiłuje go wchłonąć
jako jednego ze swoich. Istotnie, krytyka, jaką uprawia Żiżek, mieści
się w ramach najszerszego pluralizmu koncepcji stanowiących podłoże
antyglobalizmu, czyli współczesnej postaci ruchu postępowego. Trudno
zresztą, żeby się nie mieściła w owej pojemnej formule, której
założeniem jest skupianie wszelkiej formy oporu wobec dowolnej formy
represji czy dyskryminacji. Żiżek żąda jednak dla swojej koncepcji
miejsca wyróżnionego, uogólniającego ruch. A do tego miejsca jego
koncepcji brak predyspozycji.
W takiej magmie, jaką stanowi ruch
antyglobalistyczny naturalną koleją rzeczy odtwarzają się podziały.
Magma jest bowiem niefunkcjonalna ze względu na nieuniknione wewnętrzne
tarcia, chociaż sam ruch odzwierciedla pewne dążenie do uniwersalności.
Uniwersalność ta jest jednak, jak to odkrywa Żiżek, fałszywa, gdyż
brakuje jej zapośredniczenia szczególnego i partykularnego. Jednym
słowem, w łonie ruchu antyglobalistycznego odradza się podział na
lewicę i prawicę, w farsowej formie powtarzającej się historii, czyli
jako zaprzeczenie tego podziału. Faktycznie, przy braku istotnych
wyróżników lewicowości, podział ten bywa zamazywany. W efekcie Żiżek
słusznie piętnuje tzw. nową radykalną lewicę za jej impotencję
uniwersalistyczną, sam nie będąc zresztą lepszy.
Zasadniczo słuszny, jak uważa Żiżek, postulat
antyglobalistyczny rozmienia się na drobne w szeregu walk
partykularnych, drugorzędnych, bez idei organizującej całość.
Z krytyki owych walk (np. w obronie praw mniejszości
seksualnych) rodzi się roszczenie antyglobalistycznych ruchów
prawicowych do Żiżka piętnującego tzw. lewicę kulturową czy obyczajową.
Wydaje się jednak, że wobec tych grup mogłaby znaleźć zastosowanie
równie mocna krytyka w duchu Żiżka, również wytykająca brak ogólnego
zamysłu politycznego, albowiem także prawicowy populizm nie spełnia
postulatu uniwersalności.
Antyglobalistyczna wrogość Żiżka do establishmentu
powoduje, że jest on bliski lewicy radykalnej, a jego postulat
organizowania walki wokół nacisku na poszerzanie i pogłębianie praw
człowieka nie jest jakoś szczególnie obcy nowej radykalnej lewicy. Tym
trudniej zrozumieć, po co mu odwoływanie się do Lenina w krytyce
lewicowych radykałów.
Sympatycy Żiżka, odwoływanie się do Lenina
usprawiedliwiają zapewne chęcią epatowania burżuja, którego dawno już
przestał przerażać wizerunek Che Guevary czy nawet samej Róży Luksemburg.
W przeciwieństwie do polskiego zaścianka, gdzie
kołtuństwo tłumaczy się „własnym doświadczeniem komunistycznego
totalitaryzmu”, zachodnia lewicowość musi się licytować w radykalizmie.
Dzięki Leninowi, Żiżek znajduje się dziś na czele stawki. Gromienie
tzw. nowej radykalnej lewicy z lewa, przy pomocy Lenina, po to, aby
kulminację znaleźć w działaniu na rzecz rozwijania praw człowieka,
wydaje się skądinąd działaniem przesadnym w stosunku do potrzeb.
Żiżek usiłuje nas jednak przekonać, że jego
odwołanie do Lenina ma głębszy sens. Jego diagnoza jest prosta:
„dzisiejsza lewica doświadcza druzgoczącego końca całej epoki w
dziejach ruchu postępowego.” Jej antykapitalizm jest werbalny i bez
pokrycia, ponieważ skupia się ona na zwalczaniu tych form
dyskryminacji, które nie są szczególne dla tego systemu i uderzanie w
nie w niczym nie narusza konstrukcji kapitalizmu. Wrażliwość na
przejawy nędzy i wykluczenia społecznego nie jest wyróżnikiem
dzisiejszej nowej lewicy – zgodnie ze sfetyszyzowaną mentalnością
współczesnego społeczeństwa, wykonuje się różne symboliczne gesty,
których celem jest nie tyle zniesienie społecznego antagonizmu, co
odizolowanie się od problemu za pomocą mechanizmu podsuniętego przez
sam usłużny kapitalizm – zapłacenia za oczyszczenie sumienia przy
pomocy zbiórek pieniędzy czy organizacji działań pozarządowych. W
ogólnej gorączkowości działań społecznych tzw. nowa radykalna lewica
znajduje wiele powodów do samozadowolenia.
I to samozadowolenie jest gwałtownie wyszydzane
przez Żiżka. Przekonanie o tym, że sytuacja podlegania wyzyskowi przez
większość społeczeństwa składającego się z pracowników najemnych
stwarza, w pozornej zgodzie z Marksem, sytuację spontanicznego buntu
owych pracowników, jest podłożem samozadowolonego przeświadczenia o
tym, że „popiera nas milcząca (póki co) większość”. Żiżek ukazuje
natomiast zaczerpnięte z popkultury przykłady świadczące o tym, że w
społeczeństwie, w którym więzi społeczne uległy dematerializacji, gdyż
oddzielone zostały od sfery materialnej produkcji, nie rozwija się
samoświadomość mogąca zagrozić establishmentowi. Więzi społeczne
podlegają tylko prawom fantazji, nie są więc oparciem dla budowy
czegokolwiek – od życia osobistego do ruchu oporu.
Według Żiżka, doświadczenie krachu powinno zmuszać
radykalną lewicę do „opracowania na nowo najbardziej podstawowych
wytycznych projektu.” I jak dodaje natychmiast, „właśnie taka sama
sytuacja dała początek leninizmowi”.
Rodzi się problem, czy należy konfrontację z
systemem przeprowadzać na terenie, na którym możliwy jest (wrogi)
kontakt, a więc na terenie kulturowo-obyczajowym, czy na terenie, który
jest odrzucany przez obie strony konfliktu – „lewicę” i „prawicę” – czyli na terenie walki klasy robotniczej pogardliwie określanej jako
XIX-wieczna. Walkę o prawa człowieka można prowadzić nie naruszając
struktury klasowej i antagonizmu wynikającego ze stosunku pracy
podporządkowanej prywatnemu interesowi. Walka z dyskryminacjami
wszelkiego typu ma szanse powodzenia na zasadzie konsensu wypracowanego
z czasem. Nie jest więc utopijna. Wymaga jednak akceptacji zasadniczych
założeń systemu. Jednocześnie każda próba uderzenia w podstawy
gospodarki wolnorynkowej pokazuje, że dopiero tutaj napotyka się na
rzeczywisty opór. Walka z prawicą o swobody obyczajowe odsuwa faktyczną
i realną konfrontację z podstawami systemu. Nawet zakładając
zwycięstwo, dalsza walka o postulaty ekonomiczne okaże się blokowana
nie tylko przez prawicę, ale i przez niedawnych sojuszników z lewej
strony. Odsuwanie tej konfrontacji nawet w teorii powoduje spowolnienie
świadomości, gdzie czai się rzeczywisty wróg.
Instrumentalnie potraktowany Lenin spełnia u Żiżka
dwie funkcje: (a) jest straszakiem na lewicę, że jeśli nie stworzy ona
projektu rzeczywiście alternatywnego wobec kapitalizmu, zostanie
zmieciona jak niepotrzebny śmieć; (b) jest już pewną formą projektu
odrodzicielskiego lewicy, którą trzeba wypełnić współczesną treścią,
tzn. utopijną formą zdolną nadać ruchowi moment, w którym teoretyczny
wgląd w rzeczywistość zleje się z energią mas w jedno.
Jeżeli Lenin, po zdradzie niemieckiej
socjaldemokracji w obliczu wojny imperialistycznej, udał się na wieś,
to nie bez znaczenia jest fakt, że zabrał się tam do lektury Hegla. Ta
lektura dała mu możliwość odczytania na nowo Marksa i odrzucenia
balastu naleciałości związanych z sukcesami niemieckiej
socjaldemokracji, oswajanej przez państwo burżuazyjne. Lenin odrzucił
koncepcję partii ogólnonarodowej, ujmującej się za ofiarą każdej
dyskryminacji, od prostytutek począwszy. Zasadniczą kwestią było
znalezienie na nowo podmiotu przewrotu społecznego, jakim była klasa
robotnicza, i przywrócenie jej należnego miejsca w teorii i praktyce partii.
Było to również zgodne z treścią odnowy marksizmu
poprzez walkę z „ortodoksyjnym”, czyli pozornie naukowym trendem w
obrębie teorii socjalistycznej, prowadzoną przez Różę Luksemburg w jej
polemikach z Bernsteinem czy Kautskym. Ta odnowa dała grunt pod
rewolucję – zarówno w Niemczech, jak i w Rosji. Gdyby Lenin miał to
szczęście i zginął zanim rewolucja okazała się sukcesem, najlepiej
zamordowany, jak Róża, co wcale nie było takie nierealne, byłby dziś,
podobnie jak ona, idolem służącym do zadrukowywania koszulek noszonych
przez modnych działaczy lewicowych. Żiżek wymaga i nie wymaga od
współczesnego Lenina sukcesu. Po uniesieniu, w którym energia mas
zostaje ukierunkowana na realną zmianę stosunków społecznych, zwycięska
rewolucja pożera własne dzieci i tym podobne, rzekome prawdy banalne.
Ten utopijny moment, którego powodzenie zależy od siły przekonania o
jego absolutnej słuszności, nie może trwać wiecznie. Realia sprawowania
władzy sprowadzają Lenina z „Państwa i rewolucji”, gdzie zniesienie
państwa wydawało się na wyciągnięcie ręki, do pragmatyka biurokracji
państwowej – prostą drogą prowadząc do Stalina.
Tu rozumowanie Żiżka nie różni się od kanonu
nowolewicowego radykalizmu. Jedynie w ramach licytowania się w
radykalizmie koniecznego dla obudzenia odrętwiałej i zblazowanej
sztucznymi podnietami nowej lewicy, sięga on po Lenina, wcielenie
potwora, którego zaledwie stopień dzieli od potwora właściwego – Stalina. Paradoksalnie, w takim odczytaniu Lenina, Żiżek zbliża się do
innego, coraz modniejszego trendu polegającego na „oddawaniu należnego” Stalinowi.
Upadek krajów tzw. realnego socjalizmu dał początek
fali nostalgii za tamtymi czasami. Tolerancja wobec „pragmatyzmu”
Stalina – w przeciwieństwie do „utopijności” Lenina – jest drugą stroną
procesu, w którym lewica w sferze gospodarczej rejteruje na pozycje
kapitalistyczne (pardon, wolnorynkowe), np. Chiny, upierając się przy
dorabianej przy okazji przeideologizowanej socjalistycznej frazeologii.
Na naszych oczach dokonuje się proces rehabilitacji Stalina, której
Lenin nie doczeka z racji zdemaskowanej przez Żiżka groteskowości.
Istnieje w tej kwestii pewna niekonsekwencja u Żiżka. Z jednej strony
Lenin, ów pilny uczeń Hegla w przeddzień rewolucji, staje się czymś na
kształt nieświadomego narzędzia ducha dziejów – postacią groteskową,
ponieważ nieświadomym wykonawcą niezbędnego etapu w dziejach
emancypacji ducha, z drugiej – jest jedynym świadomym znaczenia i
potencjału chwili, w której przyszło mu odegrać tak ważną rolę. Nakazem
wyższej, dziejowej konieczności, jako pragmatyczny budowniczy Rosji
Radzieckiej, Lenin rozpoczął wnet proces burzenie własnego dzieła, w
czym zastąpił go Stalin. Stalinizm był więc formą powrotu historii na
tory, z których wytrącił ją utopijny, acz w danym momencie jedyny
konieczny dziejowo poryw Lenina.
W tej optyce, tzw. nowa radykalna lewica jest w swej
całości spadkobiercą Stalina, albowiem ta tradycja antyutopijnej
rewizji marksizmu prowadzonej przez II Międzynarodówkę została
przywrócona w wyniku powrotu Stalina z krainy utopii. Oczywiście,
naturalistyczne i deterministyczne cechy ortodoksji II Międzynarodówki
są dziś przebrzmiałe, niemniej rdzeń koncepcji – trzymanie się
oddziaływania na to, co możliwe, a więc na prawa człowieka – są dziś
jak najbardziej aktualne. I tu Żiżek pozostaje w kręgu radykalnej nowej lewicy.
Piętnowanie przemocy rewolucyjnej jest oczywistym
nieporozumieniem, szczególnie z perspektywy humanizmu jakkolwiek
pojętego. Żiżek nie szczędzi sarkastycznych uwag pod adresem płytkiego
humanizmu odnoszącego się do siebie i własnego kręgu, ślepego na
brutalność będącą codziennością życia przytłaczającej większości
mieszkańców planety. Rozróżnia także między brutalnością wynikającą z
przygniatającej machiny władzy a rytualną brutalnością życia poza
szklanym kloszem wyższych warstw rozwiniętych społeczeństw.
W pewnym sensie Żizek epatuje poprawnego politycznie
nowolewicowego radykała ukazując mu społeczne znaczenie różnych
odzywek, kwalifikowanych jako rasistowskie czy seksistowskie. Obnaża
nieprawdopodobny wręcz prymitywizm werbalnego nakazu poprawności
politycznej przy niezmienionych, ba, utrwalanych strukturach
społecznych generujących owe zakazane zachowania czy formy wyrażania
się. Lewicowi radykałowie tkwią w tym samym zakłamaniu, jakie cechuje
slogan o wolnym rynku. Wiadomo, że od samego początku wolny rynek
wymagał protez ochronnych sprzecznych z zasadami wolnego przepływu
towarów czy kapitału. I tak jest nadal. Podobnie nowolewicowe zasady
całkowitej tolerancji dla wszelkich zachowań uzasadnianych (na modłę
burżuazyjną) skłonnościami jednostki nie są nieograniczone. Wątłe
roślinki indywidualizmu przeflancowane na grunt zachowań społecznych, z
definicji zbiorowych, wymagają troskliwej, wręcz totalitarnej opieki
nie dopuszczającej do ich zagłuszenia przez chwasty – owe do znudzenia
przywoływane przez Żiżka przykłady nietolerancji wobec spontanicznej
jouissance (zwierzęcej przyjemności) nietolerowalnego Innego.
Zasadniczo przemoc rewolucji według Żiżka (i według
wszelkiej antyrewolucyjnej wulgaty) odnosi się do uwolnionego
potencjału resentymentu tłumu (motłochu), przed którym drży lewicowy
radykał i dlatego usiłuje go ujarzmić przy pomocy całej masy różnych
mniej lub bardziej zorganizowanych ruchów, nad którymi mają kontrolę
jednostki wyżej uświadomione. Zwycięska rewolucja wprowadza nowy,
rewolucyjny porządek, a represje wobec przedstawicieli starych klas
panujących są podejmowane w majestacie państwa prawa. Ponieważ nowe
państwo nie jest akceptowane przez otoczenie ancien régime’u, nie
działa nawet Heglowskie machnięcie ręką, że lepsze są pomyłki władzy
sądowniczej w aureoli władzy państwowej niż słuszne vendetty. Niemniej
Żizek pisze, że terror państwa Lenina istniał otwarcie, w
przeciwieństwie do terroru państwa Stalina. Co paradoksalnie zbliża
państwo Stalina do państwa współczesnego i stanowi jeszcze jedną
przesłankę możliwości rehabilitacji Stalina jako ostatecznego antidotum
na Lenina.
Inną przesłanką przemocy w rewolucji jest
kontrrewolucja, a wtedy oceny są generowane przez ostateczny wybór: za
czy przeciw rewolucji.
Jeżeli Róża Luksemburg może być ikoną współczesnej
socjaldemokracji, i jeżeli dziś nikt jej nie rozlicza za przemoc
rewolucyjną, to tylko dlatego, że jak zawsze działa prawo kontrastu,
tła, na którym ocenia się wydarzenia. Tło nie jest nigdy neutralne.
Rewolucja niemiecka przegrała i nie ma już dla humanistów znaczenia,
jakim kosztem – stawka była warta swej ceny. Zasługą Róży Luksemburg
było wręcz to, że przegrała i za to ją kochają dzisiejsi
socjaldemokraci. Obnażają jednocześnie zakłamanie swej humanitarnej
troski o przemoc rewolucyjną. Została ona zrównoważona przemocą
kontrrewolucyjną i wszystko jest OK., ofiara i oprawcy mogą dziś
należeć symbolicznie do jednej organizacji, do jednej tradycji
socjaldemokratycznej. Żiżek pisze wręcz o przeciwstawieniu Lenina Róży
Luksemburg. „Wielkość Lenina polegała na tym, że w tej katastrofalnej
sytuacji nie obawiał się sukcesu – w przeciwieństwie do negatywnego
patosu wyczuwalnego u Róży Luksemburg (…)”, dla której „przyznanie się
do porażki obnażającej prawdę sytuacji jest aktem najwyższego
autentyzmu”. Teza wątpliwa, to raczej dla Żiżka i lewicowych radykałów
porażka jest owym aktem, nie dla Róży, ale źródło odmienności oceny
Luksemburg i Lenina jest tu jasno pokazane.
Po druzgoczącej krytyce tzw. nowej radykalnej
lewicy, propozycje pozytywne Żiżka brzmią bardzo skromnie. Schowane za
barierą wielkiego słowotoku, błyskotliwych i zapewne nieprzypadkowych
przykładów ze świata masowej kultury mają obnażać miałkość
radykalno-lewicowej kontestacji i faktycznie tę rolę spełniają. Atak
jest przeprowadzany z pozycji nie obawiających się epatować flirtem z
konserwatyzmem obyczajowym, choć Żiżek nie daje się wtłoczyć w ramy
owego konserwatyzmu. Ma tylko ironiczny dystans do nadpobudliwego
monotematyzmu lewicowych radykałów mocą swej pozycji społecznej
skazanych na dostrzeganie dyskryminacji jedynie w obrębie własnego,
ciasnego horyzontu mieszczańskiego.
Według Żiżka „prywatna własność środków produkcji
straciła wszelkie znaczenie”, ale nie oznacza to bynajmniej, że uległa
jakiemuś uspołecznieniu. Zmienił się jej charakter. Zamiast szukać, jak
antyglobaliści, wszelkiego zła w korporacjach, ukazuje podporządkowanie
owych korporacji w ramach światowego systemu bankowego. Żądania
antyglobalistów pod adresem korporacji są więc z tego punktu widzenia
skierowane pod niewłaściwy adres. W skali świata natomiast odtwarza się
podział na produkcję materialną stanowiącą niewidzialną podstawę
wirtualnego świata, w którym żyjemy, i produkcję niematerialną.
Niemniej, dla Żiżka to zjawisko nie stanowi podstawy dla odnowy
znaczenia klasy robotniczej. Dla niego „autentyczna klasa robotnicza po
prostu nie istnieje” i tu również jest zgodny z dzisiejszą radykalną lewicą.
Można powiedzieć, że jego pozytywna koncepcja
polityczna nie istnieje podobnie jak w przypadku chłostanych przezeń
radykałów. Postulat partii z „Co robić?”, z braku podmiotu, staje się w
jego przypadku rehabilitacją jakobińskiej czy spiskowej organizacji
czekającej na moment historyczny bez jakiegokolwiek konkretnego punktu
widzenia, który dawałby możliwość krytycznego przewartościowania
dotychczasowej ideologii. Postulat takiej partii, która „nadałaby
wrzeniu formę uniwersalnego żądania” jest nierealny bez podmiotu, w
którym ucieleśniłaby się owa uniwersalność właśnie poprzez
partykularyzm i szczegółowość jego żądań. Czym miałby się różnić Żiżek
od radykałów, gdyby jego postulat walki o stopniowe rozszerzanie
zakresu praw człowieka miał być celem spiskowej organizacji? Można
powiedzieć, że masoneria jest jego idealnym wzorcem. Jakie masy miałby
pociągnąć taki postulat w owej krytycznej chwili utopijnego uniesienia?
Krytyka Żiżka jest meta-krytyką. Ma on świadomość
konieczności krytyki, ba, uprawia tę krytykę, ale nie uprawia jej z
żadnego trwałego i sensownego punktu widzenia, który poddawałby się
falsyfikacji i tym samym dawał szansę wyjścia z impasu. W pewnym sensie
do niego samego odnieść można zarzut, że krytykuje tylko po to, aby nic
nie uległo zmianie.
Ewa Balcerek i Włodek Bratkowski, www.dyktatura.info, 19 grudnia 2006 r.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...