Pierwszy rozdział książki Polityka teatru. Eseje o sztuce angażującej stanowi
podsumowanie dyskusji toczącej się wokół utrwalonych w środowisku
teatralnym sposobów myślenia o teatrze autonomicznym oraz
zaangażowanym. Temat ten już od dłuższego czasu pojawia się podczas
różnych paneli dyskusyjnych, którym miałam okazję się przysłuchiwać i w
których Paweł Mościcki - autor tomu, zabierał głos. Spór o teatr
polityczny, jak nazywa go autor, przejawia się w radykalizacji myślenia
o tym, jakie powinno być powołanie teatru oraz jego rola w życiu
społecznym. W jej świetle trzeba wybrać czy albo chcemy tworzyć teatr
niezależny, budujący własny autonomiczny świat albo zaangażowany, przez
co rozumiany jest teatr zniżający się do poziomu ogółu, mówiący
językiem mass mediów i używający ich strategii. Taki sposób ujęcia
problemu w oczywisty sposób dyskredytuje sztukę zaangażowaną, która
chciałaby poruszać aktualne tematy społeczne na scenie jako propagandę,
narzędzie w walce o władzę albo po prostu płyciznę intelektualną.
„Teatr politycznie zaangażowany - pisze autor - ma przypiętą etykietę
sztuki drugiej kategorii. Prawdziwa sztuka zajmuje się bowiem czym
innym, ma ważniejsze rzeczy na głowie” .
Polityczność teatru staje się więc kwestią wymagającą ponownego
zdefiniowania, przesunięcia toru dyskusji w rejony, gdzie język nie
napotyka już na tak obezwładniające zapowietrzenie i które umożliwią
wypowiedzenie związku jednego z drugim bez dotykania dyskursów
nieustannie ich tylko od siebie oddalających. Czy można więc tworzyć
teatr autorski, który nie tylko wykorzystywałby w pełni tkwiącą w samym
medium możliwość budowania równoległych światów, ale również wypowiadał
się na tematy polityczne? Mościcki proponuje wprowadzenie rozróżnienia
między teatrem zaangażowanym a angażującym. Przesunięcie miałoby
polegać na tym, że zaangażowany odtwarza antagonizmy społeczne na
scenie, angażujący natomiast stawia pytania o same linie podziałów.
Takie przedstawienie rozróżnienia, jak łatwo można zauważyć, implikuje
dwa różne rozumienia polityki. Pierwsze odnosi się do przekonania, że
mamy wpływ na kształt sfery społecznej i nie możemy pozwalać, aby ktoś
decydował o niej za nas - powinniśmy więc aktywnie zabierać głos w
dyskusji. Drugi natomiast poszerza ramy tego, co rozumiemy pod pojęciem
polityki i stara się ogarnąć nim całą rzeczywistość społeczną.
Odwołując się tu do Jacques’a Rancière’a autor posługuje się pojęciem
polityczności rozumianym jako forma podziału zmysłowości .
Zgodnie z tym, teatr angażujący miałby kształtować w widzu pewnego
rodzaju wyobraźnię antropologiczną, wrażliwość na ruchome rusztowanie
rzeczywistości, a przede wszystkim „konstruować miejsca możliwe do
zamieszkania, choć wcześniej niepomyślne” .
W tym sensie również byłby on w pełni autonomiczny. Mościcki nie pomija
jednak milczeniem tego, że przyjmując taką wizję sztuki należy być
bardzo ostrożnym na działający w jej wnętrzu brak wyhamowania, czy
raczej mechanizm zjadania własnego ogona w potrzebie ciągłego
generowania nowych języków tam, gdzie być może w ogóle już ich nie ma
albo nie mają już istotnej funkcji do spełnienia. Propozycją poradzenia
sobie z tym zagrożeniem, jest z jednej strony wprowadzenie elementu
bezpośredniego odniesienia do rzeczywistości społecznej, co dawałoby
teatrowi oś odniesienia, oraz, z drugiej, zaakceptowanie sprzeczności
występujących w jego granicach. Noszą one w sobie bowiem dialektyczny
potencjał twórczy, który jest w stanie nadać dynamikę całej strukturze.
Chciałabym jeszcze chwilę zatrzymać się na pytaniu, co znaczy, że teatr
autonomiczny nie jest zaczepiony w rzeczywistości? Patrząc na to, w
jaki sposób w książce została zdefiniowana polityczności oraz jakie
postulaty zostały wysunięte względem jej realizacji w obrębie teatru,
mam wrażenie, że wychodzi jednak na to, że teatr autonomiczny może i
często realizuje postulaty polityczności. Tworzy ona bowiem nowe
przestrzenie w ramach widzialnego/niewidzialnego, może być wysokiej
próby. Pozostaje jeszcze kwestia jej zaczepienia w rzeczywistości, co można na różne sposoby interpretować, czujemy jednak, o co chodzi. Trudno odmówić teatrowi autonomicznemu jakiegokolwiek punktu zaczepienia i oskarżać o zupełną obojętność na problemy społeczne. Musielibyśmy bowiem to zaczepienie
rozumieć wtedy aż zbyt dosłownie - jako przeniesienie sytuacji
społecznych, aktualnych problemów politycznych na scenę, a przecież
taki rodzaj teatru podchodziłby już pod definicję teatru nie
angażującego a zaangażowanego, gdzie życie miesza się ze sztuką przez
dążenie do całkowitego uczestnictwa. Dochodzi tu również kwestia tego,
czy w ogóle możliwe jest tworzenie teatru w próżni? Teatr daje
możliwość budowania rodzaju kosmosu, zaczynania od zera, wejścia w
pustą przestrzeń, którą zostaje napełniona nowymi gestami. Te gesty są
już jednak w moim przekonaniu znaczące, polityczne. Może chodzi więc
bardziej o świadomość używania tych gestów? Wydaje się, że teatr
autonomiczny chce być niezależny od rzeczywistości zbyt na serio; bez
świadomości, że jest w nią po łokcie zanurzony - chociażby przez
stawianie jej jako osi negacji. Z tej perspektywy teatr angażujący
różniłby się od autonomicznego świadomością obciążenia ideologicznego
środków, jakimi się posługuje oraz dystansem, który otwiera go na
zabawę elementami scenicznymi.
Po przeprowadzeniu systematyzacji takich pojęć, jak polityka oraz
ideologia, Paweł Mościcki dochodzi do rzadko poruszanego w polskim
dyskursie pytania o widza jako warunek istnienia spektaklu teatralnego
oraz, z drugiej strony, jako element projektowany przez samą jego
formę. „Paradoks polega więc na tym, że spektakl potrzebuje faktycznego
widza, aby następnie realizować scenariusz spotkania z widzem nie
całkiem realnym. Publiczność jest jednocześnie warunkiem istnienia
spektaklu i czymś przez spektakl zaprojektowanym”
- pisze autor. Jeśli więc teatr miałby być miejscem inicjującym nową
formę życia społecznego, przestrzenią nowego podziału zmysłowości,
istotne staje się pytanie, czy ten nowy podział nie będzie przypadkiem
znowu czymś z góry narzuconym, czemu z definicji bierny widz będzie
musiał się podporządkować i w milczeniu zaakceptować? Relacja
scena-widowni często bowiem odpowiada relacji bierność-aktywność. Już
sama architektura teatru buduje bardzo specyficzną psychologiczną
sytuację utrudniającą zdystansowanie się do akcji na scenie. Widz
zostaje umieszczony na widowni pomiędzy wieloma innym anonimowymi
osobami, z którymi nie ma w czasie spektaklu w zasadzie żadnego
kontaktu. Wszyscy siedzą nieruchomo, pogrążeni w ciemności i
zobligowani najpierw do ciszy, a potem do oklasków na koniec. Przed
jego/jej oczami roztacza się historia, na którą nie ma wpływu, co
ułatwia poddanie się iluzji oraz bierne przejmowanie postaw promowanych
na scenie jako wartościowe i właściwe. Takie zarzuty względem teatru
tradycyjnego i działającego w nim mechanizmu iluzji przestawił Bertolt
Brecht w Małym organonie dla teatru (1949). Stały się one
podstawą postulatu aktywizacji widza w teatrze epickim, która
polegałaby na wycięciu elementu iluzji z teatru, a tym samym mechanizmu
identyfikacji, na rzecz zastąpienia go efektem obcości (V-Effekt),
który ma cel odwrotny niż zaczarowanie widza. Aktor nie wciela
się w rolę, a stara się podkreślać fikcyjny charakter wydarzeń
scenicznych. Umożliwia to, a nawet zmusza widza do zajęcia postawy
krytycznej, samoświadomej w stosunku do tego, co dzieje się na scenie.
Rekonstruując tekst Jacques’a Rancière’a Widz wyemancypowany
(2004) Paweł Mościcki przywołuje również drugą koncepcję aktywizacji
widza stworzoną przez Antonina Artauda. Opiera się ona na dążeniu do
zniesienia podziały między widownią a sceną na rzecz umieszczenia widza
w środku akcji, we wspólnym rytuale, którego będzie nieodłączną
częścią. Obydwa dyskursy aktywizacji poddane zostają jednak krytyce ze
względu na przemilczane założenia, które je podszywają. Wobec widza
zostaje bowiem zastosowany mechanizm przymusu - aktywizacja na siłę -
która odbiera mu prawo nawet do bierności i zakłada, że jeśli widz
nawet potrzebowałby takiej zmiany, to nie potrafiłby o nią się
upomnieć. Dlatego zostaje ona zainicjowana ze strony sceny. Mamy tutaj
do czynienia z nieproporcjonalnym rozłożeniem władzy, która zostaje
ulokowana po stronie sceny. Emancypacja widza miałaby natomiast polegać
na w miarę równomiernym rozkładzie sił. Według autora książki „z
emancypacją w teatrze mamy do czynienia wówczas, gdy paradoks widza
zostaje zniesiony, to znaczy, gdy publiczność warunkująca istnienie
spektaklu jest tożsama z publicznością przez spektakl projektowaną” .
W przełożeniu na praktykę sceniczną oznacza to rezygnację z
proponowania widzowi gotowego już spektaklu wraz z zawartą w nim jedną
poprawną odpowiedzią na rzecz akceptacji sytuacji, w której nie ma
żadnej dobrej odpowiedzi - a może nawet każda odpowiedź jest dobra.
Chodzi więc o sytuację, w której twórca teatralny zrzeka się
uprzywilejowanej pozycji stawiającej go po stronie wiedzy i traktuje
publiczność jak równych swojej inteligencji partnerów do rozmowy.
Emancypacja byłaby w takim razie przesunięciem elementu wiedzy na
stronę widowni. Nabranie ufności do inteligencji widza pozwoliłoby
otworzyć spektakl na różne punkty widzenia oraz interpretacje. Wydaje
mi się, że warto zastanowić się jeszcze w tym punkcie na tym, na ile
postawa reżyserów teatralnych jest budowana przez nich samym, a na ile
jest projektowana przez samą widownię i stanowi wyraz jej pragnień.
Według Pawła Mościckiego nie można wskazać modelu teatru, który
realizowałby teorię emancypacji. Szkoda, że autor tak szybko
zrezygnował z poszukiwań przykładów teatru, który stara się realizować
powyższe postulaty. Moim zdaniem warto rozważyć, czy nie są one bliskie
na przykład teatrowi postdramatycznemu w jego zerwaniu z linearnością
akcji oraz porządkowaniem wrażeń zmysłowych. W teatrze postdramatycznym
zachodzące symultanicznie procesy nie dają się syntetyzować i
uniemożliwiają widzowi stawianie kroków po ciągłej linii, która
porządkowałaby wrażenia zmysłowe. U Heinera Goebbelsa, Roberta Wilsona
i innych artystów wpisujących się paradygmat postdramy mamy do
czynienia z przewartościowaniem metod inscenizacyjnych, co z kolei
pociąga za sobą przedefiniowanie roli widza. Widzowi zostaje oddana
władza nad interpretacją i pozwala oddać się równocześnie wszystkim
prezentowanym wrażeniom. Odrzucenie konwencjonalnej hierarchii środków
- przede wszystkim utożsamienie tekstu ze wszystkimi poziomami
teatralności - stawia widza w sytuacji nadmiaru nieuporządkowanych
wrażeń zmysłowych. Nie dostaje on żadnej podpowiedzi, co jest ważne,
gdzie patrzeć, czego słuchać. Odebrana zostaje mu również możliwość
koncentracji na jednym szczególe bez utraty innego. Odbiorca otrzymuje
więc szansę samodzielnego nadania struktury, ale przy pełnym
uświadomieniu mu fragmentarycznego, wycinkowego charakteru percepcji i
zagrożeniu zupełnej dezorientacji. Władza zostaje więc przekazana
widzowi, ale bez obietnicy istnienia klucza prowadzącego do jedynego
rozwiązania. Podobnie jak w postulowanym teatrze angażującym istotne
staje się tu pojęcie gry. Teatr posługuje się elementami scenicznymi na
zasadzie gry, gdyż to właśnie gra jest tu narzędziem realizacji, które
nie zakłada przejęcia władzy ani nad sensem spektaklu ani nad widzami.
Książka Pawła Mościckiego, do której szkice powstały podczas prowadzonej w Instytucie Teatralnym serii wykładów Nieodrobione lekcje/Ciało i teatralność,
przez sam tytuł oraz odwołania do polskich oraz zagranicznych spektakli
sprawia wrażenie osadzenia w problematyce ściśle teatralnej. W czasie
lektury miałam jednak wrażenie, że teatr stanowi tu pretekst do
wyprowadzania tez obejmujących zasięgiem również inne dziedziny sztuki.
Teatr czytany przez autora jako prefiguracja życia społecznego, montaż
wrażeń zmysłowych, staje się interesującym narzędziem, za pomocą
którego udaje się uchwycić myśli w bardzo klarownej formie. Dzięki
temu, że jest formą kondensacji rzeczywistości w przestrzeni sceny a
równocześnie, chociaż paradoksalnie, tworzy równoległą rzeczywistość,
pozwala wybrzmieć tymczasowości pewnych porządków. W tym sensie stanowi
dobry grunt, który można potraktować jako laboratorium umożliwiające
sprawdzenie adekwatności stawianych tez oraz ich komunikatywność.
Działa niczym soczewka wyostrzająca zamazane relacje. „Nietrwałość
sytuacji teatralnych, ich zmienność, tymczasowość, ulotność wskazują na
zmienność także tych sytuacji, do których teatr się odwołuje. Innymi
słowy, teatr dysponuje narzędziami pozwalającymi pokazywać nietrwałość
zastanych sytuacji społecznych, tymczasowość pewnych porządków, w
których łączy się dźwięk, słowo, obraz i ruch” - pisze autor.
Systematyzacja pewnym kluczowych pojęć, której podejmuje się Paweł
Mościcki można czytać jako stojącą w bezpośredniej korespondencji
zarówno z dyskusjami wokół polityczności, jak i z samymi książkami
poruszającymi ten temat, które ukazały się w ostatnim czasie na rynku.
Wystarczy wymienić wszystkie tytuły, żeby uświadomić sobie jak istotny
i nasycony kwestią polityczności w sztuce był czas w zasadzie od
publikacji Drżących ciał (20006)
oraz manifestu Artura Żmijewskiego w „Krytyce Politycznej” (2007, nr
11-12). Niedługo po tym ukazały się książki Rancière’a Estetyka jako polityka (2007) oraz Dzielenie postrzegalnego. Estetyka i polityka (2007), a w ostatnim czasie Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej (2008). Książka Polityka teatru. Eseje o sztuce angażującej,
w perspektywie tych wszystkich bardzo czytanych i na gorąco
dyskutowanych tytułów, pełni funkcję doprecyzowania nieścisłości, które
pojawiły w ramach dyskusji oraz porządkuje ten materiał przez
przyłożenie go to konkretnej rzeczywistości teatralnej, która jak
pisałam powyżej, pozwala szybciej i bardziej obrazowo dotknąć tych
problemów. Teatr zostaje potraktowany jako miejsce początkuje nową
formę życia społecznego, przestrzeń nowego podziału doświadczeń, zadań
i ról.
Paweł Mościcki, Polityka teatru. Eseje o sztuce angażującej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008
Teks ukazał się na witrynie pisma „Obieg”, 29 grudnia 2008.
Na podobny temat
|
Weiniger opowiada seksizmy, a feminis...
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...