Maciej Nowicki: W swoich książkach
podkreśla pan nieustannie: „Nigdy nie byliśmy nowocześni”. Jak należy
rozumieć to prowokacyjne zdanie?
Bruno Latour: Chcę
przez to powiedzieć, że nowoczesność była od samego początku czymś
zupełnie innym, niż zakładano w planach. Opisywaliśmy ją jako wielki
skok: zerwanie z przeszłością, oddalanie się od natury, wyzwalanie z
materialnych ograniczeń. Liczyliśmy na to, że nauka ukaże nam prawdziwe
oblicze świata skrywane przed naszymi przodkami za niezliczoną liczbą
zasłon. Mieliśmy do czynienia z wielką opowieścią o emancypacji. A
przecież historia nowoczesności może być także opisana za pomocą
zupełnie innej narracji. Nauka, technologia - wbrew temu, co wciąż
twierdzimy - zwiększały zakres związków między człowiekiem a naturą. To
co w pierwszej narracji było postrzegane jako dowód coraz większego
panowania człowieka nad światem i powiększania zakresu emancypacji,
stanowiło często całkowicie odmienny fenomen: odzwierciedlało ruch w
kierunku coraz ściślejszych związków między człowiekiem a światem pozaludzkim.
Kwestionuje pan ideologię emancypacji… Czy to znaczy, że uważa się pan za reakcjonistę?
Każdy jest dzisiaj reakcjonistą, każdego można dziś tak nazwać. Ale,
mówiąc precyzyjniej, prawdziwy problem leży trochę gdzie indziej: nie
istnieje już jeden ideowy pakiet, który pozwala odróżnić progresistów
od reakcjonistów. W czasach, gdy wszyscy wierzyli w emancypację,
mogliśmy stosunkowo łatwo rozróżnić między postawami progresywnymi i
reakcyjnymi. Dziś wszyscy rozumiemy, że skomplikowane kwestie natury
czy kultury nigdy nas nie opuszczą, że przyszłość oznacza jeszcze
bliższe związki między społeczeństwem i naturą, a nie tylko
emancypację. Dlatego coraz większe miejsce w naszym życiu codziennym
zajmuje ekologia. Musimy - za pomocą środków prawnych czy technicznych
- wziąć pod uwagę niezliczone czynniki, takie jak klimat, morza, lasy
czy geny, które do niedawna były całkowicie nam obojętne. Kpiliśmy z
naszych przodków, którzy bali się, że niebo spadnie im na głowę, a dziś
- rzekomo wyzwoleni - domagamy się walki z globalnym ociepleniem. I jak
tu się dziwić, że znika nasza naiwna wiara w nowoczesność - liczba
bytów kolektywnych nie przestaje rosnąć, a trudność wspólnego życia
staje się coraz bardziej oczywista…
Przed chwilą zakpił pan sobie ze mnie, gdy zapytałem,
czy uważa się pan za reakcjonistę. Tymczasem z tego, co pan teraz
powiedział, można wywnioskować, że sen o emancypacji poniósł całkowitą
klęskę.
Sen o emancypacji nie przerodził się w koszmar, jak
twierdzą niektórzy. On był raczej zbyt ograniczony - ponieważ wykluczał
świat pozaludzki, nie przejmował się nieoczekiwanymi konsekwencjami,
odrzucał odpowiedzialność za zbyt wiele spraw. Nie uważam, że
nowocześni zgrzeszyli przez brak umiaru. Wprost przeciwnie: zgrzeszyli
przez to, że ich wizja była jeszcze zbyt skromna. Nawiasem mówiąc, tony
apokaliptyczne mogą tylko przerażać, poza tym nie służą niczemu. Widać
to zresztą w wypadku emocji związanych z ekologią - gdy ekologowie
zaczynają apelować do ludzkiego strachu, ich działalność staje się
całkowicie kontrproduktywna.
Ulrich Beck w swoich książkach stwierdza, że tym, co
określa dzisiaj społeczeństwa, nie jest już produkcja dóbr, lecz
produkcja zagrożeń. Trudno o bardziej apokaliptyczny ton…
Beck doskonale zrozumiał jedno: podnosimy nieustannie kwestie ryzyka
nie dlatego, że żyjemy w świecie coraz bardziej zagrożonym -
egzystencja w dzisiejszym Monachium, Paryżu czy Warszawie jest z
pewnością mniej niebezpieczna niż sto lat temu - ale dlatego że
konsekwencje naszych czynów nieoczekiwanie stały się samym jądrem
definicji działania.
Tak więc społeczeństwa nie mogą już niczego usunąć „na zewnątrz” - wszystkie zmartwienia są nasze…
Tak. Nie ma żadnego zewnętrza i dlatego nie możemy nie brać pod uwagę
tego, jaki skutek przyniosą wszystkie nasze działania. Kłopot polega na
tym, że u Becka podobnie jak u ekologów - jak pan słusznie zauważył -
odnajdujemy tony apokaliptyczne. Ryzyko jest tutaj przedstawiane jako
czynnik całkowicie zewnętrzny, niepojmowalny i nieobliczalny. Podczas
gdy historia nauki pokazuje coś zupełnie odwrotnego: ryzyko staje się
coraz wyraźniej poddane kontroli - początkowo za pomocą rachunku
prawdopodobieństwa, a potem za pomocą nauk o statystyce. Dostrzegam u
Becka zasadnicze nieporozumienie: uważam, że zamiast mówić o
„społeczeństwie ryzyka”, należy mówić raczej o „powrocie troski”. Nasze
społeczeństwo troszczy się o więzi między nami a nowymi bytami. Dziś,
gdy na przykład dodaje się mączki pochodzenia zwierzęcego do pokarmu
ryb czy krów, nikt nie mówi: „To mnie nie dotyczy”. Mówi raczej: „To
nasza wspólna sprawa”. Nieustannie doświadczamy czegoś, co jest pełne
wątpliwości. Wypatrujemy niespodziewanych konsekwencji naszych działań.
To na tym polega największa różnica. W epoce naiwnej modernizacji
byliśmy przekonani, że panujemy nad fenomenami technicznymi, że nauka
może wziąć odpowiedzialność za wszystko. Dziś wiemy, że nie jesteśmy w
stanie zapanować nad bytami, które dzięki nam przychodzą na świat…
Slavoj Žižek czy Antoine Compagnon twierdzą, że
najciekawsze rzeczy mają do powiedzenia ci, którzy są radykalnymi
przeciwnikami współczesności. Tylko oni są w stanie zobaczyć, co
tracimy wraz z odejściem dawnego świata…
Mam z tym kłopot,
ponieważ uważam, że nigdy nie byliśmy nowocześni, tak więc pojęcia w
rodzaju „antynowoczesnych” - jak u Compagnona - niewiele dla mnie znaczą.
Jeśli już na dobre zrozumiemy, że nigdy nie byliśmy
nowocześni, co tak naprawdę tracimy? Czego to nas pozbawia, pominąwszy
dawną beztroskę?
Tracimy bardzo dużo. Przede wszystkim
przekonanie, które nieustannie pchało nas do przodu: że my, ludzie
Zachodu, jesteśmy całkowicie inni od całej reszty ludzkości.
Uważaliśmy, że wszystkie inne kultury - poza naszą - żyją w pomieszaniu
faktów i wartości. Jednocześnie tradycja zachodnia opierała się na
wierze, że nasz świat jest na dłuższą metę horyzontem rozwoju
ludzkości, że wszyscy - czy tego chcą, czy nie - muszą stać się
dokładnie tacy jak my. Nowocześni co prawda toczyli wojny, ale ich
jedynym celem miało być przekonanie do oczywistości wspólnego świata
ukonstytuowanego przez naturę i technikę. Dziś ta wymówka pedagogiczna
nie istnieje. Nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na to, że Ziemia
się zjednoczy. Liczą na to tylko szaleńcy w rodzaju bin Ladena czy Busha….
Co w takim razie należy zrobić? Skoro perspektywa
wspólnego świata została utracona na zawsze i nie ma już żadnej
nadrzędnej instancji, do której możemy się odwołać? Co powinien zrobić
Zachód? Jaka jest droga pośrednia między imperializmem a
samobiczowaniem?
Nie możemy wyobrażać sobie jakiejkolwiek
zgody, porozumienia między nami a resztą świata, jeśli nie weźmiemy pod
uwagę tej gigantycznej niezgody, która dotyczy dosłownie wszystkiego,
co nas otacza: definicji Boga, rynku, wydajności technologii itd.
Innymi słowy Zachód musi raz na zawsze przyjąć do wiadomości, że ma
prawdziwych wrogów i wziąć na poważnie różnorodność świata. Ta brutalna
zmiana może być dla wielu powodem do rozpaczy: przyzwyczailiśmy się do
życia w pokoju, nie mieliśmy wrogów, uważaliśmy się za obywateli świata
gotowych zaakceptować wszystkie inne kultury bez względu na to, jak
pozornie ekstrawagancka była ich inność. A teraz nagle, jak Amerykanie
po 11 września, wszyscy musimy zadawać sobie pytanie: „Dlaczego wszyscy
tak nas nienawidzą? Skoro mamy tak dobre intencje, skoro tyle w nas
szczerości?”. Dlaczego musimy walczyć z innymi - Chińczykami,
Hindusami, Rosjanami - o definicję wszystkich istotnych słów i wartości…
Moim zdaniem w relacjach Europy z resztą świata nadeszła
pora na to, co nazywam dyplomacją… Dyplomata to człowiek, który
pojawia się w sytuacji równości i jednocześnie prawdziwego konfliktu
wartości. A dziś nastąpił właśnie taki moment: po raz pierwszy w
historii Europejczycy są mali. Na dobre wyszliśmy z epoki
postkolonialnej, postimperialnej. Dziś możemy szczerze wyznać innym:
„Nasza wiara w nieustanną modernizację była wielkim złudzeniem”. To
jest bardzo istotne, ponieważ w tej chwili Rosja, Indie czy Chiny
modernizują się w sposób, który jest absolutnie karykaturalny. I będą
musiały za to zapłacić.
Naprawdę pan w to wierzy? Po pierwsze wszystko
wskazuje na to, że Rosja czy Chiny chcą wzorca siły, a nie wzorca
umiaru. A po drugie ktoś na pewno zada nam pytanie: „Dlaczego
krytykujecie nowoczesność właśnie w chwili, gdy wszyscy inni stają się
nowocześni i coraz silniejsi. Dlaczego nie powiedzieliście nam tego
wcześniej, gdy byliśmy słabi, a wy potężni?”.
To
rzeczywiście pewien kłopot. Globalizacja wydawała się nam wspaniała w
czasach, gdy byliśmy jej jedynymi autorami i jedynymi beneficjentami.
Dawni nowocześni, którzy chcieli modernizować całą planetę, nagle mają
coraz większe wątpliwości, widząc gigantyczne wieżowce Szanghaju,
informatyczną potęgę Indii czy wielkie banki Singapuru… To bywa
śmieszne, gdy ci sami ludzie, którzy do niedawna kochali globalizację,
wychodzą na ulice i na barykadach, bombardowani przez gazy łzawiące,
protestują przeciwko niej…
Mówił pan o ściślejszych związkach między człowiekiem
a naturą jako o czymś nieuniknionym. Jednocześnie zawzięcie krytykuje
pan ekologów - to jeden z najistotniejszych wątków pana książek. Nie ma
w tym pewnej sprzeczności?
Wielkim zadaniem, jakie stoi przed
nami, jest znalezienie następcy dla pojęcia modernizacji. Ekologia
miała być właśnie tym wielkim następcą. Tutaj powstaje jednak ogromny
problem, ponieważ dla wielu ekologów upolitycznienie kwestii natury
jest równoznaczne z powrotem do praw naturalnych. Próba wprowadzenia
natury do polityki za pomocą ekologii miała ponure konsekwencje: w imię
walki ze straszną przyszłością ludzkiej rasy Zieloni zdołali
odpolityzować nasze życie, nie pozostawiając nam innego wyjścia poza
przygnębiającym ascetyzmem i perspektywą Wielkiej Kary za deptanie
Natury. Do niesłychanych rozmiarów rozdęli w nas pogardę wobec
innowacji, techniki i nauki. Tu w gruncie rzeczy nie chodzi o politykę,
ale o całkowite uniemożliwienie polityki.
Tak więc nie przeciwstawia się pan ekologii. Nie chce
pan jedynie, by ekologia poszła drogą ekonomii - i uznała, że stanowi
rzeczywistość nadrzędną wobec polityki, tak jak gospodarka w utopii
neoliberalnej…
Europa musi wreszcie zrozumieć, że nie ma
natury poza społeczeństwem. Prace Philippe’a Descoli, największego
żyjącego dziś antropologa, pokazują, że wizja naturalistyczna istnieje
jedynie na Zachodzie. W innych społeczeństwach w ogóle nie mówi się o
czymś takim jak natura. Tak więc nasze zadanie nie polega na
wprowadzeniu natury do polityki. Zadanie polega na tym, że musimy zdać
sobie sprawę, że natura nigdy nie była zewnętrzna wobec egzystencji
społecznej. To dlatego pasje polityczne wywoływane przez ekologów są
pasjami absolutnie kontrproduktywnymi. Ponieważ ich fundamentem jest
nawoływanie do ascezy, narzucania sobie coraz większych ograniczeń,
wycofywania się. I to w chwili, kiedy ludzkość powinna zrobić coś
dokładnie odwrotnego - wziąć cały świat na swoje barki.
To tak jak we „Frankensteinie”: zarzut nie polega na
tym, że stworzyliśmy potwora. Zarzut polega na tym, że chcieliśmy go
pozostawić samemu sobie. Opuściliśmy go…
Tak. Na przykład ci,
którzy za wszelką cenę chcą bronić naturalnych ekosystemów w parkach
narodowych z ogromnym zaskoczeniem dowiadują się, że po to, by natura
pozostała w nich wystarczająco naturalna, człowiek musi interweniować
coraz częściej i w coraz bardziej skomplikowany sposób. Twierdzenia o
naturze „nietkniętej ludzką ręką” są zwykłym blefem. Ta święta Natura
wymaga naszej nieustannej opieki, naszych bardzo drogich instrumentów,
tysięcy uczonych, wielkich instytucji i całej masy pieniędzy. To jest
paradoks: mieliśmy naturę, mieliśmy kulturę, ale nigdy nie pamiętaliśmy
o tym, że natura potrzebuje kultury… Dlatego musimy jak najszybciej
wyprodukować narrację alternatywną - taką, która nie traktowałaby
natury jako odmiennej od ludzkiego świata. Najlepiej widać to u
Sloterdijka, najważniejszego filozofa w Europie. W jego opowieści o
nowoczesności główna metafora, czyli „Kryształowy Pałac”, opisuje świat
sztuczny, dla którego nieustannym punktem odniesienia jest natura.
Peter Sloterdijk powiedział mi, że za najważniejszego
filozofa w Europie uważa pana. Ale wróćmy do naszej rozmowy -
ekologowie chcieli uniemożliwić politykę za pomocą natury. Z kolei
ostatni konserwatyści często odwołują się do argumentu Heideggera -
polityka nie ma już żadnego znaczenia, ponieważ wszyscy stali się
sługami techniki. Albo postępu.
Heidegger przejmuje argument -
nadając mu negatywne zabarwienie - obecny w filozofii Zachodu od bardzo
dawna. Nowoczesne marzenie, bardzo wyraźne już u Hobbesa, a potem u
Rousseau, dotyczy całkowitej eliminacji polityki dzięki nauce. To są
zresztą źródła absurdalnej utopii zwanej komunizmem. Tymczasem moje
stanowisko jest dokładnie przeciwne: nic nie może zastąpić polityki.
Choćby dlatego że zadaniem nauki jest zupełnie co innego niż
poszukiwanie prawdy. Nauka prowadzi nas raczej ku niepewności w obliczu
bytów, które zaludniają nasz świat… Rolą nauki jest zdumienie.
Tymczasem funkcją epistemologiczną państwa jest decyzja. To państwo - a
nie eksperci - ma decydować w debacie….
To dość dziwne: najpierw podkreśla pan absolutny brak
podporządkowania jakimkolwiek zewnętrznym celom, nawet poszukiwaniu
prawdy. A teraz, na samym końcu, opowiada się pan za etatyzmem…
Proszę mnie dobrze zrozumieć - moje państwo jest tak mało stalinowskie,
jak się tylko da. Etatystyczno-matematyczny sen o zakończeniu polityki
budzi we mnie wstręt. Chciałem powiedzieć zupełnie co innego:
usiłowanie ograniczenia roli państwa jest przedsięwzięciem całkowicie
absurdalnym, ponieważ państwo nie ma granic, które byłyby nam z góry
znane, jako że nie znamy ostatecznie natury publicznego dobra. Państwo
nie ma myśleć w jedyny właściwy sposób. Ono powinno pozostać
eksperymentem i być nieustannie odkrywane na nowo.
Jak na razie w Europie widzimy raczej postępujący
rozkład polityki. Wszystkie dotychczasowe punkty odniesienia przestają
mieć znaczenie. Wszystkie próby wykreowania wielkości kończą się
błazenadą, jak u Sarkozy’ego…
Sen o makropolityce coraz
wyraźniej zanika, ponieważ każdy z nas w ciągu tego samego dnia styka
się z różnymi sprawami, których nie sposób ułożyć w jedną całość -
rozmawiamy o kryzysie finansowym, mutacjach genetycznych,
supermarketach, kwestiach rozbudowy miast czy ścieżkach rowerowych.
Kiedyś te wszystkie wielkie i mniejsze tematy były podporządkowane
polityce według określonych procedur. Dziś każdy z nich podejmowany
jest na odmiennym forum. Stąd wrażenie „pikselizacji” polityki, jej
rozkładu na czynniki pierwsze. Można oczywiście widzieć w tym coś
negatywnego - zapowiedź „płynnego życia”, o którym pisze na przykład
Zygmunt Bauman. Ja natomiast uważam, że sytuacja, w której polityka
odnosi się do konkretnych problemów, jest znacznie lepsza od sytuacji,
w której jest ona zdeterminowana głównie przez ideologie.
Wywiad ukazał się w „Europie”, dodatku do „Dziennika”, z 29 listopada 2008.
Bruno Latour, ur. 1947, socjolog, filozof nauki,
profesor w paryskim Institut d’Etudes Politiques. Zasłynął napisaną
wraz ze Steve’em Woolgarem książką „Laboratory Life” (1979), w której
opisywał „społeczne konstruowanie naukowych faktów” i podważał
roszczenia nauki do obiektywności. Jest współtwórcą teorii aktora-sieci
(actor-network theory) podkreślającej znaczenie pozaludzkich elementów
rzeczywistości społecznej takich jak na przykład sieci komputerowe.
Inne jego ważne książki to „N’avons jamais été modernes” (1991) oraz
„Politiques de la nature” (1999) - już w styczniu 2009 Nie-ludzka polityka ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...