|
Teoria prawdziwej miłości
Kiedy po raz
dwudziesty oglądałem „Psychozę”, zauważyłem dziwny szczegół - w finale
Lilah (Vera Miles) z dużym przejęciem słucha wyjaśnień psychiatry i
dwukrotnie kiwa głową, z ogromną satysfakcją: nie jest wstrząśnięta,
choć diagnoza potwierdza bezsensowną śmierć jej siostry. Czy to czysty
przypadek, czy też Hitchcock chciał zasugerować osobliwą, libidinalną
niejednoznaczność i rywalizację między siostrami? Albo w scenie
ucieczki z Phoenix, tuż przed przyjazdem do motelu Batesów: kiedy
Marion jedzie samochodem i w wyobraźni słyszy głosy swojego szefa i
milionera, wściekłych z powodu tego, co zrobiła, z jej twarzy znika
napięcie - dostrzegamy osobliwy, maniakalny uśmiech, wyraz głęboko
perwersyjnej satysfakcji, który w niesamowity sposób przypomina
ostatnie ujęcie twarzy Normana-matki, (zanim mignie w niej czaszka, a
ujęcie przejdzie w obraz samochodu wyciąganego z bagna).
A
zatem, w pewien sposób, zanim go faktycznie spotka, Marion już staje
się Normanem. Wniosek ten potwierdza dodatkowa okoliczność - uśmiech na
twarzy Marion pojawia się kiedy słucha głosów we własnej głowie,
dokładnie tak, jak Norman w ostatnim ujęciu… I jeszcze jeden,
najciekawszy przykład - scena, w której Marion melduje się w motelu
Batesów. Podczas gdy Norman zwrócony do niej plecami, przegląda rząd
kluczy do pokojów, Marion rozgląda się ukradkiem, jakie miasto podać
jako miejsce zamieszkania i dostrzega Los Angeles w nagłówku prasowym.
Mamy tu dwa równoczesne wahania: kiedy Marion zastanawia się, jakie
miasto wybrać (jakie kłamstwo powiedzieć), Norman waha się, w którym
pokoju ją umieścić (jeśli wybierze 1, będzie mógł ją po cichu
obserwować przez otwór w ścianie).
Kiedy Marion, po chwili
niepewności, odpowiada Los Angeles, Norman sięga po klucz do pokoju
numer 1. Czy jego wahanie oznacza, że rozważał jej atrakcyjność
seksualną, czy też, na bardziej wyrafinowanym poziomie, wyczuł w jej
wahaniu, że ma zamiar skłamać i przeciwstawił jej kłamstwu własną
nieuczciwość, rozpoznając w występku Marion usprawiedliwienie dla
własnego uczynku? (A może, usłyszawszy, że jest z LA, pomyślał, że
dziewczyna z tak dekadenckiego miasta może być łatwą zdobyczą?) Choć
Joseph Stephano, autor scenariusza, twierdzi, że twórcy mieli na myśli
jedynie narastający pociąg seksualny Normana, pozostaje cień
wątpliwości, że równoczesność tych dwóch momentów wahania nie może być
czysto przypadkowa… To właśnie w teorii nazywa się prawdziwą
miłością. Z prawdziwej miłości twierdzę zatem, że i s t n i e j e
unikalny, hitchcockowski wymiar.
Obsesje Hitchcocka
Obsesja
Hitchcocka na punkcie sprzątania łazienki lub toalety po tym, jak z
niej skorzystał, jest dobrze znana. To bardzo znaczące, że [w
„Psychozie”- przypis red.] po morderstwie Marion, kiedy chce skłonić
widzów do identyfikacji z Normanem, wprowadza długą sekwencję, w której
Norman dokładnie sprząta łazienkę. Możliwe, że to właśnie kluczowa
scena filmu, dostarczająca niesamowitej, głębokiej satysfakcji z dobrze
wykonanej pracy, przywrócenia rzeczy do normy, odzyskania kontroli nad
sytuacją, usunięcia wszelkich, zaświatowych śladów.
Aż kusi,
żeby czyta tę scenę na tle dobrze znanej tezy świętego Tomasza z
Akwinu, zgodnie z którą cnota (definiowana jako właściwy sposób
spełnienia uczynku) może także posłużyć złym celom: można być
doskonałym złodziejem, mordercą, szantażystą, tj. robić coś złego w
„cnotliwy” sposób. Scena sprzątania łazienki w „Psychozie” pokazuje,
jak „niższa” doskonałość może niepostrzeżenie wpłynąć na „wyższy” cel:
to oczywiste, że „cnotliwa” doskonałość Normana w sprzątaniu łazienki
służy złym celom, tj. zatarciu śladów zbrodni; a jednak, jego
doskonałość, oddanie i skrupulatność zwodzą nas, widzów i prowadzą do
wniosku, że ktoś, kto działa w tak „doskonały” sposób musi być w ogóle
dobrą i sympatyczną osobą. Mówiąc krótko, ktoś, kto wysprzątał łazienkę
tak sumiennie jak Norman nie może być naprawdę zły, mimo pomniejszych
osobliwości… (albo, żeby postawić sprawę jeszcze ostrzej, w kraju
rządzonym przez Normana pociągi na pewno jeździłyby punktualnie!) Kiedy
ostatnio oglądałem tę scenę, złapałem się na nerwowym spostrzeżeniu, że
łazienka nie jest do końca wysprzątana - zostały dwie plamki z boku
wanny! Chciałem niemal krzyczeć: „Hej, to jeszcze nie koniec, zrób to porządnie!”
Czy nie jest tak, że „Psychoza” sugeruje w tym
miejscu współczesne ujęcie ideologiczne, zgodnie z którym to praca
(praca fizyczna, w przeciwieństwie do czynności „symbolicznych”), nie
seks, staje się czymś obscenicznym, nieprzyzwoitym, ukrytym przed
wzrokiem publicznym? Kulminacją tradycji, w której praca ma miejsce pod
ziemią, w ciemnych jaskiniach (sięgającą wagnerowskiego „Złota Renu” i
„Metropolis” Fritza Langa), są dziś miliony anonimowych robotników,
ociekających potem w fabrykach Trzeciego Świata, od chińskich gułagów
po indonezyjskie czy brazylijskie linie montażowe - dzięki ich
niewidzialności Zachód może bełkotać o „znikającej klasie pracującej”.
Ale tym, co kluczowe w tej tradycji jest zrównanie pracy fizycznej z
przestępstwem, pomysł, że ciężka praca to pierwotnie nieprzyzwoita,
przestępcza działalność, którą trzeba ukrywać przed wzrokiem
publicznym. Jedyna okazja, kiedy w filmach hollywoodzkich widzimy
proces produkcji z całą intensywnością, ma miejsce wówczas, kiedy
bohater zakrada się do kryjówki superzbrodniarza i odkrywa tam miejsce
intensywnej pracy (destylacji i pakowania narkotyków, budowania
rakiety, która ma zniszczyć Nowy Jork itd.).
Czy fragmenty z
filmów o Bondzie, w których superzbrodniarz, po złapaniu Bonda, funduje
mu zwiedzanie nielegalnej fabryki, to nie hollywoodzki odpowiednik
dumnych, socrealistycznych produkcyjniaków? Zadanie Bonda, co
oczywiste, to wysadzić z hukiem owo miejsce produkcji, co pozwala nam
wrócić do codziennego pozoru, że żyjemy w świecie, z którego „znika
klasa pracująca”.
Czym byłby dobry remake filmu Hitchocka?
(…)Wyjściem
byłaby dobrze przemyślana, strategiczna adaptacja jednego z
alternatywnych scenariuszy, które tkwią u podstaw wersji faktycznie
zrealizowanej przez Hitchcocka (jak remake „Osławionej”, w którym tylko
Ingrid Bergman uchodzi cało). Byłby to właściwy sposób, aby uhonorować
Hitchcocka jako artystę, który należy do naszej epoki. Możliwe, że
sceny, które zapowiadają taki remake, znajdujemy nie tyle w
bezpośrednich „hołdach” Briana De Palmy i innych, ale tam, gdzie się
ich nie spodziewamy. Taką sceną jest scena w hotelowym pokoju, na
miejscu zbrodni, w „Rozmowie” Francisa Forda Coppoli, który
zdecydowanie nie jest z Hitchcocka. Harry Caul (Gene Hackman) sprawdza
pokój hitchcockowskim spojrzeniem (jak Lilah i Sam w pokoju Marion),
przechodzi od sypialni do łazienki, gdzie skupia się na toalecie i prysznicu.
Tym, co kluczowe, jest przejście od prysznica (gdzie
nie ma śladów zbrodni, wszystko jest czyste) do muszli klozetowej,
które czyni z niej jeden z hitchcockowskich przedmiotów - fascynujących
i przyciągających spojrzenie obiektów, wobec których mamy jak najgorsze
przeczucia (wystarczy przypomnieć batalię Hitchcocka z cenzurą, która
nie zezwoliła na ujęcie wnętrza muszli - Sam wyciąga stamtąd skrawek
papieru, na którym Marion zapisała sumę wydanych pieniędzy, dowód, że
była w motelu). Po serii oczywistych, „prysznicowych” aluzji do
„Psychozy” (gwałtownie odciągnięta zasłonka, sprawdzanie odpływu),
Harry zwraca uwagę na muszlę klozetową, na pierwszy rzut oka również
wyczyszczoną. Spuszcza wodę, a wtedy, jakby znikąd, pojawia się plama -
krew i inne ślady zbrodni przelewają się przez krawędź muszli.
Ta
scena (…) zawiera główne elementy hitchcockowskiego świata: jest
hitchcockowski przedmiot, który materializuje jakąś nieokreśloną groźbę
- dziura do innego, otchłannego wymiaru (czy spuszczenie wody nie
działa tu jak wciśnięcie niewłaściwego guzika, co prowadzi do rozpadu
wszechświata w powieściach science fiction?); ów przedmiot, który
jednocześnie przyciąga i odpycha podmiot, można uznać za punkt, z
którego oglądane miejsce odwzajemnia spojrzenie (czy nie jest tak,
jakby muszla spoglądała na bohatera?); i w końcu, Coppola realizuje
alternatywny scenariusz, w którym sama toaleta skrywa tajemnicę. Tym,
co czyni ten miniremake tak skutecznym, jest zawieszenie zakazu, który
obowiązuje w filmie Hitchcocka: groźba faktycznie wybucha, kamera
faktycznie pokazuje to, co w „Psychozie” wisi w powietrzu, chaotyczną,
krwawą masę eksplodującą z toalety. (I czy bagno za domem, w którym
Norman topi samochody z ciałami swoich ofiar, to nie rodzaj ogromnego
zbiornika z ekskrementalnym błotem? Jest więc tak, jakby spuszczał
samochody w toalecie.
Słynny moment, zmartwione oblicze
Normana, kiedy przez chwilę wygląda na to, że samochód Marion nie
zanurzy się w całości, to naprawdę zakłopotanie, że toaleta nie
pochłonęła śladów naszego występku. A zatem, ostatnie ujęcie
„Psychozy”, w któr ym widzimy samochód Marion wyciągany z bagna,
stanowi rodzaj hitchcockowskiego odpowiednika krwi wypływającej z
muszli klozetowej - mówiąc krótko, bagno jest kolejną w serii „bram” do
preontologicznych zaświatów.
Fragment książki Lacrimae rerum. Kieślowski, Hitchcock, Tarkowski, Lynch, który ukazał się w dodatku „Dziennika” - „Kultura” z 6 lipca 2007. Skróty, tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...