Dopóki Ameryka kocha autentyczność, mój
rodzinny stan Kansas będzie się symbolicznie wyróżniał. Niezależnie od
tego, jaki standard pomiaru „ilości soli ziemi w ziemi” będzie w danym
momencie obowiązywał - społeczny realizm WPA (agencji do walki z
bezrobociem - przyp. red.) z lat 30. czy czerwonostanowe teorie
dzisiejszych konserwatystów - Kansas zawsze uplasuje się na szczycie
rankingu. Może mu nie iść zbyt dobrze w innych kwestiach, ale gdy
chodzi o poszukiwanie symboli tego, co swojskie, oporne na zmiany,
bezpośrednie, o zasady amerykańskiej dobroci, Kansas zawsze biło
wszystkich na głowę. Jeśli ktoś szuka stuprocentowej Ameryki, Kansas
dostarczy mu stu dziesięciu procent. Jeśli na fali jest przyziemny
stoicyzm środkowej Ameryki głosującej na Nixona, można powiedzieć, że
Kansas jest najbardziej średnim ze wszystkich amerykańskich miejsc.
Naprawdę znajduje się dokładnie w centrum kontynentalnych Stanów
Zjednoczonych. Kansas to kraj Reagana, serce serca kraju, prawdziwe
korzenie, najczerwieńszy z czerwonych stanów. Kansas jest tym, czym
Nowy Jork nie jest: prostym i bezpośrednim miejscem prawdy, gdzie
ludzie nie pozują, są autentyczni i dostrojeni do rytmu wszechświata.
„Podobało mi się w Kansas City!”, zakrzyknęła Ann Coulter (znana
konserwatywna publicystka - przyp. red.) podczas wywiadu
przeprowadzanego w Nowym Jorku. „To chyba moje ulubione miejsce na
świecie. Och, myślę, że jest tam świetnie. Cóż, tam jest Ameryka. To
przeciwieństwo tego miasta. To Amerykanie, oni są tacy wspaniali, oni
trzymają Amerykę przy ziemi. Tak wiele tam zdrowego rozsądku!”.
Coulter dotyka tu literackiego mitu dużo starszego niż jej
entuzjazm. Podobnie jak Peoria lub Muncie Kansas stanowi w literaturze
i filmie symbol narodu jako całości, przedestylowaną esencję tego, kim
jesteśmy. „Mieszkaniec Kansas”, pisał John Gunther w roku 1947, jest
„najbardziej przeciętnym ze wszystkich Amerykanów, rodzajem wspólnego
mianownika całego kontynentu”. Kansas jest środkiem USA; to stąd
pochodzi niezliczona liczba zdjęć dokumentujących epokę kryzysu; tu
mieszka bystry chłopiec z poczty, który chce zostać graczem na Wall
Street. Tu właśnie chce wrócić Dorotka. Tu dorasta Superman. To właśnie
tutaj Bonnie i Clyde kradną samochód, a Elmer Gantry studiuje Biblię,
tu radzieckie rakiety balistyczne niszczą wszystko (w znanym filmie
„Nazajutrz” z 1983 roku - przyp. red.) i tu antybohater „Amerykańskiej
tragedii” poznaje grzeszne ścieżki tego świata. Stan ten posiada
niewątpliwie instynkt do bycia przeciętnym również w prawdziwym życiu.
Jest antyegzotyczny, wygląda znajomo, nawet jeśli nigdy tu nie
byliście. Jako cel turystycznych wypraw Kansas znajduje się na szarym
końcu listy wszystkich stanów, ale pozostaje popularnym miejscem do
rozmaitych badań rynkowych. To tu narodziło się wiele sieci restauracji
- Pizza Hut, White Castle, Applebees - by wymienić tylko kilka. Stan
ten dostarcza też narodowi prezenterów wiadomości, komików oraz aktorów
o zdrowych twarzach i nienatarczywym akcencie. Kansas City to ojczyzna
okolicznościowych kartek Hallmarka i pierwszego w Stanach centrum
handlowego na przedmieściach. Dzięki swojemu niezawodnemu wyczuciu
przeciętności stan ten jest pierwszorzędnym producentem polityków oraz
niezawodnym źródłem swojskich mężów stanu. Ta przeciętność uczyniła
również z Kansas symbol nudy w wielkim świecie utowarowionego buntu,
miejsce, o którym aktorzy mówią, że uciekli stamtąd, żując przy tym
gumę o jakimś wyjątkowo miętowym smaku lub wchodząc do pokoju, gdzie
siedzi wiele osób o przedziwnych fryzurach. Przypomnijcie sobie
koszulki z późnych lat 80. kpiące: „Nowy Jork - to nie Kansas”. Albo
pomyślcie o tych zbuntowanych filmach dla nastolatków, w których surowi
dorośli z Kansas zabraniają tańczyć i wszystkie znudzone dzieciaki z
farm marzą o ucieczce do Los Angeles, gdzie wreszcie będą mogły być
sobą i wybrać własny styl życia. W polityce jednak, gdzie Amerykanie
biją pokłony przed ołtarzem naturalnego, zwykłego człowieka, ta
przeciętność pozwala mieszkańcom Kansas prezentować się w sposób
przypominający nieco arystokrację. Niezależnie od pozycji społecznej,
którą się faktycznie cieszą, wszyscy urodzili się na farmie. Nawet
bankierzy i nafciarze, jeśli pochodzą z Kansas, noszą w sobie
upragnioną autentyczność prawdziwego Amerykanina: automatycznie
przemawiają głosem ludu i wkraczają na narodową scenę z całą tą
cnotliwą pewnością siebie, która przynależna była niegdyś synom ziemi o
spracowanych dłoniach. Senator Sam Brownback, członek jednej z
najbogatszych rodzin w stanie i wierny przyjaciel najwyższej klasy
menedżerskiej, mówi o sobie na forum Kongresu „chłopak z farmy w
Parker, Kansas”. Bob Dole, ten absolutny waszyngtoński bywalec,
otworzył swoją prezydencką kampanię w 1996 roku, skarżąc się, że: „Nasi
przywódcy wychowali się w zbytnim oderwaniu od miejsc takich jak Topeka
- zawstydzeni tutejszymi wartościami”.
Ale ta miła i ciepła przeciętność nie zawsze była mitem
kształtującym obraz tego miejsca. Jeszcze sto lat temu najczęstszy
stereotyp przedstawiał Kansas nie jako krainę normalności, lecz jako
stan dziwaków. Miejsce wypełnione religijnymi fanatykami,
ekscentrycznymi demagogami oraz niepokojącymi mieszankami obu tych
typów - jak np. morderczy abolicjonista John Brown, powszechnie uważany
za świętego patrona stanu, lub fanatyczna prohibicjonistka Carry A.
Nation wyrażająca swój niesmak do alkoholu rozbijaniem saloonów za
pomocą siekiery. Kansas było miejscem gwałtownym, radykalnym, a może
nawet zwariowanym zarówno z natury, jak i z powodu okoliczności jego
powstania. Stan ten został założony przez abolicjonistów ze Wschodu,
którzy przybyli tu, by zatrzymać wędrówkę na zachód mieszkańców
Missouri - innymi słowy, by zbrojnie zatrzymać niewolnictwo. Wyjątkowe
okrucieństwo wojny granicznej dość szybko rozsławiło Kansas na całym
świecie. Dodge City i Abilene, słynne z malowniczych zabójstw kowbojów,
też znajdują się właśnie tu. Tędy przechodziła spora część tornad, a w
XX wieku burz piaskowych zdmuchujących z powierzchni ziemi całe farmy i
unoszących glebę całego regionu hen w niebiosa. Wczesne wzmianki o
stanie mówią nawet o osadnikach doprowadzonych do obłędu przez ciągłe
wycie wiatru.
Politycznie Kansas jest tym, co chłopcy od marketingu nazywają
wczesnym naśladowcą (early adopter), stanem, gdzie rozmaite
ideologiczne recepty - od wolnej miłości po prohibicję, od utopijnego
komunizmu po John Birch Society (konserwatywne stowarzyszenie
zwalczające komunistyczne wpływy w USA - przyp. red.) - przejmowano
szybko i namiętnie. W latach 30. stan ten niemal wybrał na swojego
gubernatora uwielbianego radiowego lekarza, który twierdził, że jest w
stanie przywracać płodność przez przeszczepianie ludziom koźlich jąder.
Ale to właśnie za sprawą okresowych napadów lewicowości Kansas
zyskało opinię dziwacznego miejsca. Oczywiście w XIX wieku w każdej
części kraju następowały robotnicze zrywy i rodziły się
protosocjalistyczne ruchy reformatorskie. Jednak to w Kansas
radykałowie wspinali się na szczyt. Tak jakby ten pusty krajobraz
produkował marzenia o społeczeństwie z czystą kartą, o miejscu, gdzie
instytucje mogą zostać przekształcone tak, by pasowały do ludzkich
wyobrażeń. Mapy stanu z lat 80. XIX wieku pokazują miasteczko (już
nieistniejące) zwane Radical City; w pobliskim Crawford County, w
mieście Girard, wydawano „Appeal to Reason” (Apel do Rozsądku),
socjalistyczną gazetę, której nakład sięgał setek tysięcy egzemplarzy.
W tym samym mieście w roku 1908 Eugene Debs wygłosił płomienną mowę,
przyjmując nominację Partii Socjalistycznej na prezydenta. W roku 1912
Debs wygrał w Crawford County i było to jedno z czterech hrabstw, w
których zwyciężył (wszystkie znajdowały się na Środkowym Zachodzie). W
roku 1910 Theodore Roosevelt obwieścił swój zwrot na lewo, wyprawiając
się do Kansas i wygłaszając gorącą odezwę w Osawatomie, niegdyś
rodzinnym mieście Johna Browna. Jednak najbardziej szalony z nich
wszystkich był populizm, pierwszy z wielkich lewicowych ruchów w
Ameryce. Populizm przewalił się również przez inne stany - od Teksasu
przez Południe i Zachód w latach 90. XIX wieku - ale to Kansas było
miejscem, które naprawdę wyróżniało się swoim entuzjazmem. Doprowadzeni
na krawędź ruiny przez lata złych cen, długów i deflacji farmerzy z
tego stanu zbierali się na ogromnych mityngach, gdzie domorośli
podżegacze w rodzaju Mary Elizabeth Lease namawiali ich, by zamiast
siać kukurydzę, siali raczej bunt. Zradykalizowani farmerzy maszerowali
przez małe miasteczka w całodniowych paradach, wściekając się na to, co
nazywali władzą pieniądza. I mimo całego tego zgiełku i tak w roku 1890
wzięli rządzących tradycyjnie stanem Republikanów przez zaskoczenie,
zmiatając z urzędów wielu małomiasteczkowych bonzów i kończąc kariery
wielu doświadczonych polityków. W kolejnej dekadzie wybrali
populistycznych gubernatorów, populistycznych senatorów,
populistycznych kongresmanów, populistycznych sędziów Sądu Najwyższego,
populistycznych radnych, a prawdopodobnie także populistycznych hycli;
ludzi o mocnych poglądach, dziwacznych pseudonimach i barwnej wymowie.
Postulaty populistów dzisiaj nie wyglądają na tak szalone: chcieli
rozmaitych programów dla farm, upaństwowienia kolei i progresywnego
podatku dochodowego, aby za to wszystko zapłacić. Oraz srebrnej, a
nawet papierowej waluty. W swoim czasie byli jednak potępiani przez
szanowanych polityków za swój radykalizm. Na przykład autorzy „New York
Timesa” nie znajdowali w nich wcale ucieleśnienia bezpretensjonalnej
czerwonostanowej amerykańskości. Wprost przeciwnie; byli atakowani
przez gazety za swoje prostackie ataki na wolnorynkową ortodoksję.
Jednak najbardziej zjadliwy cios zadał im jeden ze swoich: William
Allen White, redaktor pochodzący z miasta Emporia, znany później jako
głos małomiasteczkowej Ameryki. Zaatakował on populistów w eseju z roku
1896 zatytułowanym „What’s the Matter with Kansas?” (Co się stało z
Kansas?). To dzieło jest klasykiem druzgocącej, rozliczeniowej polemiki
politycznej. Wdrapując się na wyżyny republikańskiej szacowności,
White, utalentowany poeta z ambicjami biznesowymi, oskarżył radykałów z
Kansas o to, że rujnują stanową gospodarkę swoim cynizmem i
ekonomicznymi herezjami. „Ach, z tego stanu można być dumnym! Jesteśmy
ludźmi, którzy chodzą z podniesionym czołem! Nie potrzebujemy więcej
pieniędzy, ale mniej kapitału, mniej białych koszul i mózgowców, mniej
ludzi z biznesowym osądem, a więcej tych facetów krzyczących, że są
«tylko zwykłymi wieśniakami, ale w minutę wiedzą więcej o
finansach niż John Sherman«; potrzebujemy więcej ludzi […],
którzy nienawidzą prosperity i myślą, że jeśli człowiek wierzy w
narodowy honor, to znaczy, że jest narzędziem Wall Street”.
Esej ten został wykorzystany w kampanii McKinleya i przedrukowany w
wielkim nakładzie, by użyć go przeciw Williamowi Jenningsowi Bryanowi.
Natychmiast uczynił on z White’a republikańską supergwiazdę. Inni
obserwatorzy dostrzegli w gigantycznych mityngach i bezpośrednim stylu
ruchu oznaki religijnej krucjaty. Populizm był - jak ujął to jeden z
mieszkańców Kansas - „Zielonymi Świątkami polityki, w których na każdym
spoczął język ognia i każdy mówił, jakby Duch udzielił mu głosu”. Nie
jest to wizja odległa od tego, jak populiści postrzegali swój ruch:
jako rodzaj objawienia, moment, w którym całe pokolenie głupców z
Kansas pojęło, że przez całe swoje życie byli okłamywani.
Czy rządzili Republikanie, czy Demokraci, polityka głównego nurtu
była udawanym sporem odwracającym uwagę narodu od jego realnego
problemu - korporacyjnego kapitalizmu. Jedną z pierwszych wyborczych
ofiar populizmu został znany wówczas senator John J. Ingalls, którego
stanowa legislatura wyrzuciła w roku 1890, by zrobić miejsce dla
człowieka, któremu broda wisiała aż do pasa. Kompletnie zaskoczony
własnym niepowodzeniem Ingalls spisał klasyczne oskarżenie szalonego
Kansas: „Przez pokolenie Kansas było miejscem testowania każdego
eksperymentu w dziedzinie moralności, polityki i życia społecznego.
Szacunkiem cieszyło się zwątpienie we wszystkie istniejące instytucje.
Nic nie było godne czci lub poważania tylko dlatego, że istniało lub
trwało. Prohibicja, prawa kobiet, pieniądze bez pokrycia, wolne srebro,
każde niespójne i fantastyczne marzenie o poprawie społecznych warunków
i reformie, każde ekonomiczne szaleństwo, które owładnęło zamglonymi
mózgami fanatyków, każdy polityczny mit karmiony nieszczęściem, biedą i
klęską, gdzie indziej odrzucany, tu był tolerowany i broniony”.
Dziś te dwa mity stały się jednym. Kansas być może jest krainą
przeciętności, ale jest to przeciętność zwariowana, bojowa i wściekła.
Dzisiejsze Kansas jest wypalonym dystryktem konserwatyzmu, gdzie
propaganda dawania odporu wplotła się w codzienne życie. Ludzie na
przedmieściach Kansas City klną na grzeszne kosmopolityczne elity
Nowego Jorku i Waszyngtonu; ludzie z wiejskiego Kansas klną na grzeszne
kosmopolityczne elity Topeki i przedmieść Kansas City. Ludzie wysyłają
świąteczne kartki, prosząc przyjaciół, by spojrzeli na jasną stronę
islamskiego terroryzmu, skoro Dzień Przyjścia (the Rapture) jest tak
niewątpliwie bliski. Pod prostą niebieską flagą stanu zebrali się
dzisiaj najbardziej krzykliwi retorzy, spiskowcy i przepowiadacze
katastrof, jakich kiedykolwiek widziała Republika. Szkolne władze w
Kansas wzbudzają salwy śmiechu na całym świecie, wymazując ze stanowych
naukowych standardów odniesienia do ewolucji. Duże i małe miasta w
całym stanie wciąż sprzeciwiają się fluoryzacji wody, podczas gdy małe
miasteczko podejmuje dodatkowe środki ostrożności, wymagając posiadania
broni palnej w każdym domu. Prominentna pani polityk wyraża publicznie
wątpliwość co do sensu posiadania przez kobiety praw wyborczych,
podczas gdy inny polityk proponuje, by stan sprzedał w celu rozwiązania
budżetowego kryzysu drogę Kansas - Turnpike. Zubożali mieszkańcy
najbardziej malowniczej części stanu z fanatycznym zacięciem walczą
przeciw utworzeniu w ich sąsiedztwie parku narodowego. Operation Rescue
wybiera Wichitę jako miejsce na swoją wielką ofensywę przeciw aborcji,
wzywając 30 tysięcy zaprzysięgłych fundamentalistów, by dali świadectwo
wiary, blokując ruch uliczny i przykuwając się łańcuchami do ogrodzeń.
Kaznodzieja z Topeki przemierza cały kraj, doradzając Amerykanom, by
pokochali świętą nienawiść bożą i okazali ją, kiedy tylko jakaś osoba
homoseksualna pokaże się w wiadomościach. Surwiwaliści i secesjoniści
marzą o podwórkowych konfederacjach gdzieś na dalekiej prerii;
katoliccy schizmatycy ogłaszają, że sam papież jest nie dość katolicki;
zwolennicy prawa zwyczajowego (posse comitatus) stosują jakieś urojone
procedury prawne, uparcie zaskarżając władze stanu z powodu
uczestnictwa w faktycznych prawnych procedurach; z kolei domorośli
terroryści wymieniają się spiskowymi teoriami w swoich domach w
Dickinson County, po czym ruszają do boju z rozpanoszoną władzą na
przykład w Oklahoma City.
W swojej zaciekłej zgorzkniałości Kansas jest lustrem, w którym
odbijamy się my wszyscy. Jeśli istnieje miejsce, w którym Ameryka szuka
swojej narodowej duszy, to tam właśnie ją znajduje. Jeśli Kansas jest
esencją normalności, to właśnie tu możemy zobaczyć, jak obłęd stopniowo
staje się normą. Spójrzmy w oczy przystojnego faceta z Kansas, ufnego,
budzącego zaufanie, po prostu Amerykanina - przewodniczącego klasy,
futbolowego rozgrywającego, naukowca z Rhodes, maklera, przemysłowca.
Nagle zdajemy sobie sprawę, że gapimy się w oczy szaleńca.
Przełożył Julian Kutyła.
Fragment książki Thomasa Franka Co z tym Kansas? Czyli opowieść o tym, jak konserwatyści zdobyli serce Ameryki.
—
Thomas Frank, ur. 1965, lewicowy amerykański publicysta, z wykształcenia historyk. Jest współzałożycielem satyrycznego magazynu „The Baffler”, publikuje także m.in. w „Harper’s Magazine” oraz „Le monde diplomatique”. Autor kilku książek, m.in.: „The Conquest of Cool” (1997) oraz „One Market Under God: Extreme Capitalism, Market Populism and the End of Economic Democracy” (2002). Rozgłos przyniosło mu bestsellerowe „What’s the Matter with Kansas” (2004). W marcu 2008 książka ukazała się po polsku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...