|
W setną rocznicę śmierci Stanisława Brzozowskiego, nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, ukazuje się specjalne wydanie Płomieni - powieści z 1908 roku.
Płomienie nazwane zostały niegdyś „pierwszą polską powieścią intelektualną”. Brzozowski w swej literackiej odpowiedzi na Biesy Dostojewskiego z wielką pasją ukazał ideową panoramę okresu przełomu XIX i XX wieku, oddając w niej głos głównie krytykom kapitalizmu, tradycjonalizmu, ziemiańskiego konserwatyzmu i klerykalizmu. Nie jest to jednak tylko świadectwo sporów dawno minionej epoki – refleksje i kłótnie bohaterów Płomieni o polskość, pojęcie narodu, źródła społecznych konfliktów, związki pomiędzy ekonomią, kulturą, ideologią i polityką w wielu momentach pozostają równie inspirujące jak przed 100 laty. Poniżej prezentujemy wstęp autorstwa Sławomira Sierakowskiego.
***
Gdy cztery lata temu po raz pierwszy decydowaliśmy się wznowić najważniejszy tekst literacki Stanisława Brzozowskiego, napisałem do niego przedmowę gęstą od cytatów, przypisów, nawiązań, nazwisk, pojęć, z tak huraganowym atakiem wszystkich możliwych znaków przestankowych, że aż składacz się pogubił… moja wina. Na swoje usprawiedliwienie mam, że pisałem ją dopiero co upity „filozoficzną wódką” Brzozowskiego. A może właśnie postąpiłem najuczciwiej jak było można, dając się ponieść fali skojarzeń, odniesień, czerpiąc ze wszystkich dyskusji wywołanych życiem i tekstami Brzozowskiego, starając się przy tym oddać sprawiedliwość jego najwybitniejszym badaczom, z których ułożyć można przecież poczet najważniejszych polskich humanistów ubiegłego wieku. Kto ciekaw, jak się wygląda po wyjściu z tej „elektrycznej kąpieli” w lekturach Brzozowskiego i poświęconej mu obszernej literaturze, niech zajrzy do poprzedniego wydania. Tym razem ograniczę się do omówienia kilku najważniejszych wątków w pisarstwie autora Płomieni, bo zamiast dawno się zestarzeć, jak by dla polskiej kultury było najlepiej, uderzają swoją aktualnością.
Za życia autora Legendy Młodej Polski kontrowersje wynikały z jego zmiennych i za każdym razem nieszablonowych poglądów, nieco szalonej erudycji oraz bardzo emocjonalnego stylu, który sprawił, że twórczość Brzozowskiego składa się faktycznie z kolejnych kampanii. Sam Brzozowski bez satysfakcji pisał w jednym z listów: „każda stronica powinna mi zrobić w świecie literackim jednego przynajmniej wroga”. Intensywność i temperatura sporu o autora Legendy Młodej Polski wynikały oczywiście także ze słynnej „sprawy Brzozowskiego”, czyli polskiej afery Dreyfusa, spowodowanej nigdy nieudowodnionym oskarżeniem Brzozowskiego o współpracę z Ochraną. Oskarżenie skończyło się dla Brzozowskiego ostracyzmem ze strony partii socjalistycznych w okresie, gdy najbardziej się z nimi identyfikował, a swoje teksty publikował w ich organach prasowych. Na temat życia Brzozowskiego powstała w tym okresie niezliczona ilość długo pokutujących fałszywych legend, mających tłumaczyć „podwójną naturę” filozofa-szpiega: od nieślubnego narodzenia, przez schizofrenię, aż po „ujawnianie” żydowskiego pochodzenia i „prawdziwego” nazwiska Goldberg. Tym ostatnim zajmowali się nawet ludzie tej miary, co Henryk Sienkiewicz. Wszystko to pogłębiło ciężką chorobę, która przerwała życie Brzozowskiego przed ukończeniem trzydziestu trzech lat.
Przeciw „krowiemu życiu”
Z dzisiejszej perspektywy najlepiej być może opisać główną intencję poznawczą Stanisława Brzozowskiego, wykorzystując przypadkową zbieżność dat i całkowicie zamierzoną wspólnotę światopoglądową z Brzozowskim innego tegorocznego jubilata – Czesława Miłosza, urodzonego w roku śmierci autora Płomieni. O tym, jak szeroko inspirował się Miłosz Brzozowskim, napisał sam w pięknej książce Człowiek wśród skorpionów. Krytyka polskiego nacjonalizmu i Kościoła oraz refleksja nad polskim romantyzmem, mesjanizmem i modernizmem w powiązaniu z nowożytną myślą religijną dla obu wybitnych polskich pisarzy miały służyć ratowaniu człowieka w Polaku, obciążonym trudną historią i specyficzną tradycją, a w człowieku współczesnym tej otoczki wartości, która wypłukiwana jest od czasów oświecenia przez postęp nauki i technologii. Obaj autorzy należą też do najodważniejszych w oczyszczaniu dla polskich czytelników refleksji nad kulturą rosyjską z nabudowanych w trakcie krwawej historii idiosynkrazji. Przede wszystkim jednak Miłosza, tak jak Brzozowskiego, interesował problem najpoważniejszy: alienacja współczesnego człowieka. „Bo do niej się wszystko sprowadza” – pisał w jednym z listów Miłosz, i ta problematyka „jest zupełnie nie rozwikłana (i czy do rozwikłania?)”. Obaj więc przez całą swoją twórczość pytali za Czernyszewskim: „Co robić?”, „Czego potrzebuje człowiek?”.
Miłosz jako jeden z pierwszych zdawał sobie sprawę, jakie problemy czekają nas w „epoce końca ideologii”. To on zresztą przełożył na polski słynną książkę Raymonda Arona, choć tłumaczenia podpisać nie chciał. Wyjaśniał: „postawa liberalnego i melancholijnego sceptyka wydaje mi się wyjątkowo niepłodna i już kilka lat temu, kiedy w Polsce zaczytywano się Aronem, do «odpływu ideologii» odnosiłem się sceptycznie”. Wcale nie dlatego, żeby odpływu tego nie potwierdzał. Sceptycyzm Miłosza wobec diagnozy „końca wieku ideologii” jest tożsamy nie z przekonaniem, że jakaś ideologia na podobieństwo komunistycznej może znów zniewolić człowieka, ale że to zniewolenie dokonuje się właśnie na jego oczach, w coraz bardziej wszechobecnej dominacji życia sprowadzonego do fizjologii – „życia krowiego”, na które miał też określenie „papu, kaku i lulu”. Wszechobecność tego zjawiska i towarzysząca mu „nowa wiara” ma charakter już nie Orwellowski, ale raczej Huxleyowski, a więc niepodobny do totalitaryzmu faszystowskiego lub komunistycznego przede wszystkim pod względem brutalności.
Ale czyż nie coraz więcej słów i obrazów przelatuje dookoła i bawi nas, gdy zarazem coraz rzadziej suwerennie podejmujemy decyzje, co czytamy, słuchamy, oglądamy? Podobnie jak na kogo głosujemy, jaką prasę czytamy, jakie wykształcenie wybieramy. Czy wolność wyboru w symulowanym, w każdym razie organizowanym nie przez nas i nie w imię wolności, ale najczęściej tradycji lub pieniędzy, pluralistycznym uniwersum, to jeszcze wolność czy już zniewolenie? Rewersem kolorowego chaosu okazuje się rytuał, medialnego szumu – format, politycznego pluralizmu – partyjny oligopol, wolności słowa – tabloid, umierającego Boga i tradycji – komunizm albo rynek. XXI wiek zapowiada się na epokę paradoksów, już nawet nie dialektycznych, a więc również w czystej teorii nierozwiązywalnych od kiedy przeciwieństwa – na czele z lewicą i prawicą – niemal wszędzie się zasymilowały. Żyjemy w coraz bogatszym świecie, w którym jest coraz więcej biedy. Im biedniejszy kraj, tym częściej słychać, że nie stać go na wydatki socjalne i prawie nikt nie słyszy w tym krzyczącej sprzeczności. Czy Zniewolony umysł Miłosza dotyczy tylko komunizmu, czy każdego totalnego zniewolenia, które zmusza do oportunizmu, nie przemocą, ale przekonaniem, że nie ma alternatywy?
To, co Miłosz wyczuwał swoim, jak powtarzał za Brzozowskim, „zmysłem prawdy”, obecnie jest niemal oczywiste, choć teraz właśnie przez tę oczywistość obezwładniające. Sytuacja przypomina więc tę, w której dojrzewał Brzozowski. Dominacja skarykaturalizowanych Heglowskich przekonań o racjonalności otaczających nas realiów – w gospodarce i w społeczeństwie; religijna wiara w niewidzialną rękę rynku i towarzyszące jej rozmaite teorie mające uzasadnić odebranie człowiekowi podmiotowości w imię jego dobrze pojętych – za niego – interesów; powszechna niewiara w możliwość inteligenckiej etyki altruizmu, którą uznano za anachroniczną, i gloryfikacja egoizmu popychająca do konkurowania w każdym obszarze; życie jako realizowanie się przez kupowanie i sprzedawanie najczęściej niepotrzebnych rzeczy oraz większość pieniędzy idąca w gospodarce na to, żeby te sztuczne potrzeby w nas wyrobić lub pospekulować; kultura mająca służyć ukołysaniu i odwróceniu się od rzeczywistości przez powrót przymusu artystycznej autarkii w modelu sztuki wolnej od „instrumentalizującego” wpływu polityki i ideologii; apoteoza polskiej rodziny i narodu, mająca zagrodzić drogę obcym nam tożsamościowo europejskim wpływom.
W swoich czasach pisał Brzozowski: „Zdaje mi się, że pod tym względem ruch młodopolski w szczególnie nieszczęśliwych powstał warunkach. Pierwszym punktem wyjścia była ta obłudna nicość, która nadaje sobie miano zachowawczo-narodowego światopoglądu u nas. Żyć bez troski w ciele olbrzymiego, kulturalnego organizmu nowoczesnego świata, starać się jak najmniej ustąpić ze swoich nałogów, nawyknień, nie zadać sobie ani jednego głęboko pomyślanego zagadnienia, życie swe użyć na dopełznięcie do takiej lub innej kariery, na jej podstawie założyć ognisko domowe i trwanie tego całego upokarzającego, zabójczego stanu rzeczy – nazywać Polską, ładem społecznym – oto był punkt wyjścia. – Życie nie związane z żadną odpowiedzialnością, samoistną gałęzią odpowiedzialności, przemysł rozpatrywany jedynie jako źródło pensji, polityka jako środek kariery, nauka jako przywilej uwalniający od wysiłku i dający dostęp do mniej lub więcej chlebodajnych zawodów, a więc brak jakiegokolwiek szczerego stosunku do wielkich prac ludzkości”. Był więc Brzozowski w każdym swoim wcieleniu odważnym poszukiwaczem aktu dezalienującego. „Nie człowiek jest momentem z historii rzeczy, lecz rzeczy są momentem z historii człowieka”, a „to, co człowiek uważa za świat – pisał w pierwszej redakcji Legendy Młodej Polski – jest zawsze pewnym rodzajem planu służącego do skoordynowania jego działalności. Działalność człowieka, jej rodzaj, stopień jej rozwoju określa pojęcia, jakie ma on o świecie”. Swoją prometejską postawę Brzozowski budował, konfrontując się z całokształtem polskiej kultury, a więc ze stanem świadomości inteligencji i zwykłych ludzi, polskiej rodziny i Kościoła katolickiego, ludowej religijności i pustki teologicznej, polskiej tożsamości i kondycji innych narodów. W konfrontacji tej został pokonany niemal dosłownie. Polska inteligencja, w tym polska lewica, mogą czuć się odpowiedzialne nie tylko za pogrążenie Brzozowskiego, ale nawet – o czym wprost pisał Miłosz – za jego chorobę i śmierć w niesławie. Tym bardziej szokujące jest, że choć od tej śmierci mija sto lat, niemal wszystkie pola tej konfrontacji wciąż pozostają otwarte.
Krytyka „mistycyzmu naukowego”
Jako krytyk towarzyszący modernizmowi, bierze udział Brzozowski w przebijaniu się pisarzy „młodopolskich” do głównego nurtu polskiej kultury. Podziela ich nietzscheańską diagnozę kryzysu kultury wynikającego z nadmiernie rozwiniętej świadomości historycznej. Razem z nimi przeżywa „chorobę wieku”, ale szybko leczy się z powszechnej wówczas w Europie schopenhauerowskiej epidemii pesymizmu. „Dla nas, dzieci schyłku XIX wieku, dla nas, którzy bez nadziei i radości witamy jutrzenkę nowego stulecia” – napisze jeszcze we wczesnym eseju o Henrim Frédéricu Amielu. W Amielu zafascynuje go zdolność do empatii z różnymi typami psychologicznymi i umiejętność usprawiedliwiania różnic odmiennymi warunkami genezy. Każdy wybór jest na swój sposób usankcjonowany. Rodzi się więc niepokój, że nie sposób w takich warunkach ukształtować żadnej silnej autentycznej osobowości. Ówczesną swoją postawę Brzozowski po latach nazwie „spektaktorską” i zdecydowanie odrzuci. „Gdy się posiada w sobie możliwość kilku naraz światopoglądów […] wszystkie stają się tylko wytworami duszy ludzkiej […] poza sobą dusza ludzka nie ma już teraz żadnego oparcia”. Napisze Brzozowski, że w drugiej połowie stulecia zaszedł fakt słabo jeszcze dostrzegany: „pod hałaśliwym chaosem faktów bardziej powierzchownych zarysował się kryzys, jakiego ludzkość dotychczas nie przeżyła: rozkład wszelkich światopoglądów, wszelkich wartości bezwzględnych”. Czy nie przypomina to postmodernizmu, ideologii „końca ideologii”, kiedy w dobrej wierze ćwiczyliśmy w sobie empatię wobec wielu światopoglądów? Skończyło się ofensywą wstecznego konserwatyzmu, który ostatecznie okazał się silniejszy niż „miękka” postmodernistyczna empatia wobec różnych wartości, połączona ze znacznie mniejszą empatią wobec rosnących nierówności i społecznej pauperyzacji. Prawda okazała się prozaiczna – w świecie, w którym możliwa jest tylko wiara w racje cząstkowe, wygrywa po prostu silniejszy. Kolejne zaś urządzenia społeczne mające chronić słabszych będą rozbrajane, od kiedy nie towarzyszy im żadne oparte na wartościach absolutnych uzasadnienie. Gdy miękki język postmodernizmu ugiął się wobec populistycznej reakcji, jako synteza obydwu pojawił się postpolityczny cynizm.
Jedną z inspiracji do poszukiwań wyjścia z tego impasu jest krytyka naturalistycznego relatywizmu i etyka politycznego aktywizmu Stanisława Brzozowskiego. „Wrogiem najgroźniejszym jest dziś życie bez historycznego planu, miękki i bezkostny subiektywizm. Brak kulturalnej, historycznej woli, brak męstwa, odległych historycznych perspektyw – oto cechy rzucające się w oczy nowoczesnej europejskiej psychice kulturalnej. [ … ] Kultura dzisiejsza to w znacznej mierze system złudzeń i iluzji, przesłaniający ten istotny stan rzeczy – to system ucieczek przed historią. [ … ] Jedną z najniebezpieczniejszych jest optymistyczna wiara w przyszłość powstającą automatycznie: zabija ona to, co jest najniezbędniejsze – heroizm woli, i to dziś, gdy jest on dla nas, nieposiadających nad sobą żadnej istniejącej obowiązującej formy – jedynym gruntem. Fundament nasz i sklepienie nasze w nas tylko przebywają, nie ma ich poza nami”. Upadek wiary w możliwości człowieka ściślej wiąże się powrotem esencjalistycznych przesądów, które okazały się zaskakująco zgodne z postmodernistycznym relatywizmem.
W czasach Brzozowskiego w automatyczny postęp, niezależność mechanizmów ekonomicznych wierzyli marksiści. W naszych czasach, od „końca historii” Fukuyamy, wierzą kapitaliści i zatrudniana przez nich armia ideologów w mediach, na uniwersytetach, w instytutach badawczych i wszędzie tam, gdzie najprymitywniejsze instynkty chciwości, egoizmu i zawiści przekłada się na pochwałę przedsiębiorczości, zaradności, innowacyjności itd. Gdzie wtłacza się do głów przekonanie o ścisłej naukowości ekonomii, jej nieuchronnych prawach, uzasadniających taki, a nie inny bieg rzeczywistości. Tymczasem „jeżeli człowiek ma być wolny, musi zawładnąć ekonomizmem, który dotychczas nim włada” – uważał Brzozowski.
Krytyka „sytej sztuki”… i „mesjanizmu estradowego”
W 1903 roku wielkie powodzenie u publiczności sztuk Przybyszewskiego w Teatrze Rozmaitości skłoniło najważniejsze pismo branżowe – „Kurier Teatralny” – niechętne nowej dramaturgii, do ogłoszenia ankiety w sprawie oceny literatury modernistycznej. Zadano – uwaga jak! – pytanie: „Czy dzisiejsza literatura dramatyczna, tzw. «modernistyczna», której dajemy nazwę «pesymistyczno-zmysłowej», wywiera na ogół wpływ dodatni czy ujemny?”. Odpowiedzi drukowano przez kolejnych dwadzieścia pięć numerów z 1903 roku, a na inaugurację wybrano wypowiedź Henryka Sienkiewicza – pisarza jeszcze nienagrodzonego Noblem, ale już obdarowanego przez podniesiony na duchu naród polski majątkiem w Oblęgorku i awansowanego na „czwartego wieszcza” – wyróżnioną kursywą i większą czcionką, które to zdania historia literatury zapamięta jak wykład „o rui i porubstwie”. Na słowa te, ostre i lekceważące, odpowiedział młody, dopiero zaczynający swoją drogę Stanisław Brzozowski tekstem I smutek tego wszystkiego… Tak rozpoczęła się słynna antysienkiewiczowska kampania Brzozowskiego. Ale wówczas jeszcze krytykę Sienkiewicza sformułował jako typowy wyznawca młodopolskich ideałów indywidualnej twórczości artystycznej, bazujący nie tyle na jakimś społecznym ideale sztuki, co na modernistycznym rozróżnieniu starej i nowej literatury oraz młodopolskiej estetyce. „Można wielu rzeczy nie rozumieć, człowiek każdy nawet jest na to skazany, że od pewnego wieku przestaje rozumieć nowe, powstające na około życie, ale i wtedy pozostaje jeszcze tyle stanowisk pięknych, szlachetnych, wytwornych; można nawet gderać wytwornie na młodych i ich innowacje, można ironicznie i pobłażliwie wskazywać, jak dalece to, co za nowe uważają, jest w gruncie rzeczy bardzo starym, ale rzucenie w twarz całemu kierunkowi, całemu pokoleniu obelgi jest rzeczą ciasnej głowy, złej woli albo zaślepienia, w każdym zaś razie jest rzeczą złego smaku. Że Henryk Sienkiewicz jest w istocie rzeczy dla nas, ludzi wielu już pokoleń, wśród których jego działalność upływa – człowiekiem obcym, o tym wiemy od dawna. Nie przeżył on z nami ani naszych skrupułów, zwątpień, entuzjazmów społecznych, nie był dla nas nigdy tym, który sumienia budzi, nie przemówił do nas nigdy jak dusza do dusz o rzeczach wiecznych i straszliwych. Czytaliśmy jego książki z zajęciem, z rozkoszą, zachwycaliśmy się przejrzystym układem, plastyką form, wytwornością rysunku i mistrzowskim rozkładem barw. [ … ] Jeżeli dłoń jego nie może zdzierżyć buławy, niechże przynajmniej nie sięga po brzękadła. To boli”. Czyż słowa te nie przywodzą na myśl „wieszczów” naszych dzisiejszych? Każda epoka ma swoje bóstwa, których niezaprzeczalne osiągnięcia zwieńczone zostały bezmyślną idolatrią, kryjącą zwykły anachronizm. Kto nie chce uznać za nietykalne ich przeżyć pokoleniowych, wynikającej z nich hierarchii priorytetów, geografii bruderszaftów i sojuszy, zaraz staje się wrogiem demokracji i zwolennikiem faszyzmu i komunizmu jednocześnie. Każdy Polak „pamięta”, że nie było teleranka, że papież mówił „niech zstąpi duch Twój”, że reformy Balcerowicza były super, i taka pamięć zapośredniczona ma starczyć za przeżycie pokoleniowe kolejnym generacjom. A starcza tylko potakiwaczom. Starzy mistrzowie, którzy kiedyś budzili nas z odrętwienia, a dziś usypiają, pozwalają swoim wielbicielom na pogrążenie się w pełnej samozadowolenia bierności. Zastępowanie myśli towarzyskością, które tak irytowało Brzozowskiego, nie przestało wcale być w polskiej cyrkulacji pokoleń standardem.
Brzozowski w późniejszej krytyce zarzucał Sienkiewiczowi, że usypiał sumienie narodu, gloryfikując Polskę szlachecką, posługując się historyczną wersją polskości. Oskarżał o reprodukowanie anachronicznych wzorców narodowych, upraszczanie wszystkich problemów i komplikacji do poziomu historycznej baśni. Rozprawa z Sienkiewiczem stała się dla autora Płomieni okazją do przekroczenia autarkicznego stanowiska modernistycznego i krytyki oderwania artysty od duchowych problemów epoki, redukowania całego świata do uczuć miłosno-rodzinnych („połaniecczyzna”), naiwnego patriotycznego sentymentalizmu, uchylania się od odpowiedzialności za świadomość społeczną. Dlatego następnym zaatakowanym będzie Miriam, redaktor promującej sztukę młodopolską „Chimery”, oraz jego idee czystego estetyzmu, zakładające odwrócenie się sztuki od polityki. Dla Brzozowskiego l’art pour l’art będzie „uznaniem bezczynności i niezdolności do czynu za symbol i symptomat wyższości duchowej”.
Przez pewien czas mogło się wydawać, że znaczenia nabiera intencja stojąca za kampanią antymiriamowską, maleje zaś znaczenie kampanii antysienkiewiczowskiej dla diagnozy współczesnej polskiej kultury. To, co wydarzyło się w wyniku katastrofy pod Smoleńskiem, pokazuje, że jest inaczej. I najlepiej daje się opisać właśnie w krytycznym słowniku Brzozowskiego, który ukuł na to zastępowanie myśli politycznej ubóstwieniem historycznych poświęceń specjalne pojęcie „estradowego mesjanizmu”, a na ogólniejsze odurzenie złą historią – „storcismo polacco”. Przy tej okazji warto znów połączyć Brzozowskiego z Miłoszem, bo obaj nie tylko starali się jak mogli odsiać z polskiej kultury – a nawet z samego mesjanizmu – ogłupiające tendencje nacjonalistyczne, ale próbowali pokazać polsko-rosyjski splot tragicznie, czyli wsłuchując się w argumenty obu stron i nadając im, co podkreślał Miłosz, „równą wagę i równe uczuciowe napięcie”. Było ono możliwe na przykład między zapiskami o Polakach w Rzeczach minionych i rozmyślaniach Aleksandra Hercena i esejem Brzozowskiego o Hercenie z Głosów wśród nocy. Widzimy jakże nietypowy na ekranie polskiej wyobraźni widok Rosjanina płaczącego w przeczuciu tragicznej klęski Polaków i Polaka, który o rosyjskich narodnikach spieszących pomóc powstańcom potrafił napisać: „krew tę skradła polska dyplomatyzująca szlachta, tak jak skradła i zmarnotrawiła krew tych bohaterskich rzemieślników, z których w znaczniej mierze składały się kadry powstańcze”. Brzozowski potrafił skrytykować bierną uczuciowość w literaturze Stefana Żeromskiego i docenić żywioł woli Fiodora Dostojewskiego, o którym napisał, że „przyjmuje moralną odpowiedzialność za całe straszliwe dzieje Rosji, przyjmuje rzeczywistą Rosję jako konkretny dziejowy kształt własnej duszy. To jestem ja i to jest moje – ten cały świat krwi i zbrodni: z tego my wydobędziemy przyszłość”. Na tę siłę Brzozowski starał się odpowiedzieć właśnie w Płomieniach, które traktować można jako powieściową polemikę z Biesami. W obronie rosyjskich rewolucjonistów doszukiwano się dowodu zdrady polskości przez Brzozowskiego. Dla znającego smak takich oskarżeń Miłosza była to natomiast odważna próba pojedynku z obsesją wyzwolenia się od Polski – być może najradykalniejsza w polskiej literaturze, obok Wyspiańskiego i Gombrowicza, a z pewnością odważniejsza niż dzisiejsze próby budowania papierowych szafotów lub telewizyjne inscenizacje powstańczych rzezi.
Na pocieszenie można dodać, że za to argumenty Brzozowskiego skierowane w kampanii przeciw Miriamowi, krytykujące bierną kontemplację czystych estetów, wewnętrzną pustkę i „atmosferę zaraźliwej niemocy”, zaczynają tracić na aktualności, gdy odnieść je dziś do zmieniającego się powoli wyobrażenia o celach sztuki. Artyści przestają obawiać się tematów społecznie ważnych. Do polskiej sztuki zaczyna „powracać skutek”, w myśl manifestu Stosowane sztuki społeczne Artura Żmijewskiego. Dla Brzozowskiego praca ludzka, na wszystkich swoich polach, w tym także nauki i sztuki, z zachowaniem właściwego sobie charakteru na każdym z nich oddzielnie, stanowiła synonim twórczości, zaś jej celem zawsze i tylko było wyzwolenie człowieka.
Walka o wiarę
Najbardziej inspirujące może być dziś u Brzozowskiego to, co dotąd było najtrudniejsze do przyjęcia dla lewicowej inteligencji, czyli „religijny zwrot”. Dziś pochylić się należy nad obydwoma – wcześniejszym i późniejszym – stanowiskami Brzozowskiego wobec religii (sam Brzozowski daleki był zresztą od przeciwstawiania ich sobie). Zawarte w Legendzie Młodej Polski opisy polskiego katolicyzmu można właściwie podpisać dzisiejszą datą i zostawić niezmienione. „Jesteśmy katolikami i zagadnienia, które świat cały szarpią, załatwione są dla nas w symbolu wiary”. Z pewnością nigdy bardziej aktualnie niż dziś, gdy z polskiego Kościoła odchodzą najwybitniejsi (Stanisław Obirek czy Tomasz Węcławski), nie brzmiały też słowa: „Nigdzie chyba na całym świecie stosunki pomiędzy katolicyzmem jako religią ludową a katolicyzmem jako głęboką dyscypliną moralną, obejmującą całe życie człowieka, pomiędzy katolicyzmem maluczkich i katolicyzmem doktorów, nie ułożyły się w sposób tak straszliwie demoralizujący jak u nas”. Zarazem już Brzozowski dostrzegał konformizm inteligencji nie tylko wobec hierarchów, ale i w pielęgnowaniu polskiego katolicyzmu jako tajemniczego i głównego składnika polskiej tożsamości narodowej. „I tak nie wiedząc, czym jest ta wiara, nie chcąc o tym myśleć lub lekceważąc ją, o ile idzie o nią samą, nasza inteligencja ochrania w «katolicyzmie» jakiś skarb ludowy”. Ale naprawdę intrygujące mogą być studia nad przejściem Brzozowskiego od marksizmu do fascynacji religią, w kontekście współczesnego „zwrotu postsekularnego” na lewicy.
Dziś mamy – nie tylko w Polsce, ale na całym świecie – stojących naprzeciw siebie liberalnych cyników i religijnych fundamentalistów. Slavoj Žižek celnie zauważa, że łączy ich jedna wspólna cecha: jedni i drudzy utracili wiarę we właściwym sensie tego słowa. Symptomatyczne, że dla jednych i drugich twierdzenia dotyczące religii mają charakter quasi-empiryczny, pretendujący do bezpośredniej wiedzy. Fundamentaliści akceptują je w takiej formie, a liberalni sceptycy wyśmiewają. Radio Maryja lubi podkreślać tytuły naukowe zapraszanych gości, a Kościół i katoliccy intelektualiści bez przerwy powołują się na rozmaite dane naukowe. „Nauka” trafiła nawet do nazw sekt fundamentalistycznych (scjentolodzy). Być może prawdziwego zagrożenia wynikającego z ekspansji religijnego fundamentalizmu upatrywać należy w niebezpieczeństwie dla autentycznej wiary. Być może także niechęć liberalnych cyników do fundamentalizmu islamskiego bierze się częściowo z własnego kompleksu utraty prawdziwej wiary. W każdym razie, i dla sceptycznych humanistów, i dla religijnych fundamentalistów nie do pomyślenia jest niezakorzeniona w niczym decyzja – taka, której nie da się po prostu wywieść z pozytywnej wiedzy. Czyż prawa człowieka na przykład oparte są na jakiejś naukowo dowiedzionej wiedzy? Czyż nie opierają się po prostu na naszej decyzji, aby podnieść do zasady prawa szereg etycznych postulatów? Wiara nie dotyczy faktów, ale wyraża bezwarunkowe etyczne zobowiązanie. Ów „moment zawierzenia” wydaje się dziś niezbędnym warunkiem urzeczywistnienia lewicowego projektu, a inspiracją może być dla lewicy także wczesne chrześcijaństwo. W Ideach Brzozowski pisał: „Musimy zrozumieć, że istnieje inna podstawa prawdy niż zgoda i koincydencja intelektualna, że prawda musi polegać na tym, że się nią jest, a nie zaś, że się ją poznaje”.
Stanisław Brzozowski oczywiście nie daje gotowego projektu, sam nigdy go nie odnalazł. Daje za to metodę uwolnionego od wszelkich dogmatów – tego, co Žižek nazywa współczesnymi Denkverbote – poszukiwania sposobów na upodmiotowienie człowieka. Przede wszystkim jednak Brzozowski jest propagatorem zaangażowania, roznieca wolę, aktywizuje, skutecznie pobudza ambicje. Kto nie wierzy, niech przeczyta Płomienie i spróbuje pozostać obojętnym…
***
Zapraszamy do lektury książki! W księgarni internetowej KP do pierwszych 50 zamówień dodajemy bawełnianą ekotorbę z cytatem ze Stanisława Brzozowskiego Męczeństwo nie zastępuje pracy.
fot. Jakub Szafrański
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...