NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Warkocki: Jestem gejem, no big deal. O książce Michała Głowińskiego |
|
|
Błażej Warkocki
|
|
24.05.2010 |
Gdy wszyscy pisali o żałobie i jej możliwych konsekwencjach politycznych, ja czytałem książkę – może to rodzaj wyparcia – o czymś zupełnie innym. Autobiografię intelektualną (i nie tylko) Michała Głowińskiego Kręgi obcości. Tytułowe kręgi koncentrują się wokół trzech kwestii: antysemityzmu, homoseksualizmu i klaustrofobii; i zapewne pierwsza z nich jest rozwinięta najwyraźniej. Ja jednak, im mocniej wczytywałem się w opowieść Głowińskiego, tym bardziej miałem ochotę wygłosić pochwałę emancypacji. Bo w samej rzeczy jest ona mimowolną pochwałą tejże.
Otrzymaliśmy bowiem opowieść comingoutową Michała Głowińskiego, klasyka polskiej humanistyki XX wieku. Realizuje ona wiernie comingoutowe struktury narracyjne. Mamy zatem bolesne odkrywanie własnej odmienności, potajemne wyszukiwanie hasła w (skądinąd przedwojennym) słowniku, które wyjaśniłoby, co też właściwie kryje się pod przerażającym (a w każdym razie dość strasznym) słowem „homoseksualizm”, wyobcowanie i samotność, otwierającą na świat miłość (w Paryżu, nie w Polsce, co też jakoś znamienne), mamy w końcu terapię, która pozwala na wyznanie, właśnie w postaci książki. Publiczny coming out musiał być trudny, ale sama opowieść o nim gładko wpisuje się w utarte koleiny narracji. Która już jest.
I tu powinna nastąpić zapowiadana pochwała emancypacji. Bo ta gejowska opowieść, ta struktura narracji, nie istniała od zawsze. Ona powstawała. Dzięki manifestacjom, tekstom, sporom, coming outom dużym i małym, medialnym i kameralnym, festiwalom, środowiskowym jazdom i czym tam jeszcze. Bez tego wszystkiego nie byłoby opowieści Michała Głowińskiego takiej, jaką znamy. I jej spokojnego odbioru. Jestem gejem, no big deal. Być może to właśnie ta książka najlepiej podsumowuje 20 lat emancypacji w Polsce. Także dlatego, że troszkę bezwiednie.
Bo przecież nie zawsze było tak pięknie. Michał Głowiński opisuje czasy, gdy opowieści wypracowanej przez emancypację nie było. Po prawdzie niczego nie było. Nic dziwnego zatem, że byciu homoseksualistą towarzyszyło poczucie skrajnego wyobcowania i samotności. Linie brzegowe tego stanu wyznaczały dwie figury, które straszą autora: samobójstwo i szaleństwo. Każde z nich jest potencjalnie na wyciągnięcie ręki. Każde z nich łączy się mocno z homoseksualizmem przedemancypacyjnym. Dlatego potrzebna jest jakaś zbawcza czy kompensacyjna narracja. Może to być na przykład opowieść o wyjątkowej i autotelicznej roli literatury i sztuki, która przekracza wszelkie doczesne mocno niefajne ograniczenia i żadna rzeczywistość się jej nie ima.
Homoseksualizm publicznie w PRL nie istniał, choć istniał rzecz jasna w sposób szeptany, wyplotkowany etc. A czy istniała homofobia? Tak, choć zapewne inna od tej dzisiejszej. Michał Głowiński wspomina o jednym wydarzeniu, które najbardziej zapadło mu w pamięć. I jest to, co ciekawe, homofobia liberalna i inteligencka, w której istnienie swego czasu powątpiewał Jerzy Sosnowski (ciemny lud jest niedobry, a inteligencja światła). Wyrafinowany interpretator poezji, profesor literatury pozwala sobie na chamskie homofobiczne odzywki, a reszta miłego inteligenckiego otoczenia nie widzi w tym nic szczególnie złego. Głowiński nie podaje nazwiska tego profesora. A szkoda. Może wtedy zaczęlibyśmy rozumieć, czym jest liberalna homofobia we wszystkich swych odmianach: od wersji chamskiej do „homofobii z ludzką twarzą” przez „homofobię ludzi porządnych i dobrych” po homofobię subtelnych interpretatorów poezji. Może wtedy zrozumielibyśmy lepiej, dlaczego wypowiedzenie „homoseksualnej tajemnicy” jest w polskim kontekście dużo trudniejsze niż „żydowskiej” (Michał Głowiński napisał Czarne sezony ponad 10 lat temu).
Nie jest też wcale dziwne, że autor zwraca szczególną uwagę na homofobiczna retorykę IV RP. Nie tylko dlatego, że jest autorem Nowomowy po polsku i Marcowego gadania (choć z tego powodu sprawa wydaje się jeszcze bardziej doniosła). Głównie dlatego, że to, co z jednej perspektywy jest produktem ubocznym zarządzania transformacyjną frustracją, z drugiej trafia na skórę i tożsamość zainteresowanych.
I wtedy oczywiście może zaboleć.
Michał Głowiński, Kręgi obcości. Opowieść autobiograficzna, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 24.05.2010 )
|
|
|
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...