Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sierakowski: Szkoda konserwatystów |
|
|
Sławomir Sierakowski
|
|
18.10.2009 |
Matyja nie ugania się za jedyną prawdziwą definicją konserwatyzmu.
Próbuje rozczesać potargane losy myśli konserwatywnej od lat 80. ze
sporą dozą cierpliwości i wyrozumiałości, choć opisuje najczęściej
swoich bezpośrednich konkurentów bądź polemistów. Nie obwieszcza ani
przegranej, ani wygranej konserwatystów w Polsce, choćby dlatego, że
jedna z ram, którą przykłada do ogólnego obrazu, to kontrowersja między
strategią bezpośredniego zaangażowania politycznego a pracą w sferze
metapolitycznej. Już tu choćby można łączyć zwycięstwo na jednym polu z
porażką na drugim, bądź odwrotnie. Mniej interesuje go sportowy
komentarz, a bardziej ukazywanie paradoksów, bo to one najlepiej
pozwalają określić problemy myśli konserwatywnej w Polsce ostatnich
dziesięcioleci, a zarazem całej sfery publicznej.
Zresztą
konserwatyzm zawsze zaczyna się u nas od paradoksu. Pisał o tym
najwięcej Marcin Król w serii książek przypominających myśl
konserwatywną od jej początków nad Wisłą. Być konserwatystą w czasach
niewoli to sprzeczność, bo nie sposób uzgodnić naraz formy i treści.
Jeśli iść prosto, dojść można do wynarodowienia i zdrady (przypadek
pierwszego polskiego konserwatysty Józefa Kalasantego Szaniawskiego lub
Henryka Rzewuskiego) albo do porzucenia drogi ewolucyjnej, gdy nadarza
się okazja na rychłe odzyskanie niepodległości (Maurycy Mochnacki). A
polski konserwatyzm rodzi się i odradza zawsze w czasach niewoli.
Pierwszy raz po powstaniu listopadowym, kolejny po stanie wojennym 1981
r., gdy wydaje się, że trzeba porzucić nadzieję na szybkie zmiany i
ocalić ducha, „uobywatelnić masy”, wypracować myśl polityczną. W
międzywojniu szybko gaśnie, nie stworzy partii masowej, choć zapłodni
jeszcze pokolenie „Buntu Młodych” i „Polityki” Giedroycia,
Kisielewskiego, Pruszyńskich i Bocheńskich, ale i ono szybko zacznie
odżegnywać się od konserwatyzmu, żeby kto żyw rozbiec się po różnych
stronach powojennych barykad.
Książka Matyi ukazuje fatum, które towarzyszy każdemu polskiemu
konserwatyście. Dość powiedzieć, że sam Król pod koniec lat 80. wpadnie
w pułapkę, którą wcześniej wielokrotnie rozbroił na papierze.
Stwierdzi, że „bez względu na obecny układ sił politycznych państwo
jest nasze”, i dogada się z Jerzym Urbanem w sprawie legalizacji „Res
Publiki”, narażając swą wersję kompromisu na zarzut zdrady.
Wszyscy konserwatyści prędzej czy później wylądują na marginesie, i to
wszystkich stron. Hall, Wierzbicki i Wołek pisali będą dla „Wyborczej”,
Łagowski i Walicki dla „Przeglądu”, Michalkiewicz w „Naszym Dzienniku”,
Mażewski w „Dziś” Rakowskiego, Korwin-Mikke nawet w „Nie” Urbana.
Najbardziej nastawieni na politykę partyjną rozbijać się będą jak UPR o
próg wyborczy, okazując się za to skutecznymi w sferze metapolitycznej,
a „konserwatysta kulturowy” Wiesław Walendziak najpierw niemal otrze
się o stanowisko premiera, by w końcu wylądować w biznesie. Podobnie
akademicki intelektualista Ryszard Legutko stanie się ministrem w
rządzie IV RP, choć gdy trwała jeszcze III RP, zwierzał się: „nie
dostrzegam w sobie najmniejszej skłonności do oburzania się na to, co
się dzieje, nie odczuwam obaw ani przed nową nomenklaturą, ani przed
oligarchią, ani przed neokomuną”.
W nowoczesności tron dla
Stańczyka okazuje się krzesłem elektrycznym. Nawet autor książki
„Konserwatyzm po komunizmie” znajdzie się na moment w polityce, by
ostatecznie poświęcić się Akademii i publicystyce.
Konserwatyzm, który najbardziej interesuje Matyję, to w gruncie rzeczy
te same idee, którymi konserwatyści polscy, począwszy od Stańczyków,
zawsze imponowali polskiej inteligencji. To głos wzywający do myślenia
kategoriami państwowymi, dyskutowania rozwiązań ustrojowych,
analizowania polityki zagranicznej, zastanawiania się nad sposobem
wyłaniania elit, wertowania kart dziejów w poszukiwaniu błędów,
podejmowania problematyki prawnej i w najogólniejszych ramach
gospodarczej. Kluczowym pojęciem w słowniku tego konserwatyzmu nie jest
wcale ani Bóg, ani katolicyzm, ani papież, ani nawet tradycja, ale
instytucje, praworządność, interes państwa.
To naprawdę nie
przypadek, że ulubionym politykiem socjalisty Piłsudskiego był
Aleksander Wielopolski, a lewicowej inteligencji - Giedroyc. Gdyby
Czech odrobił starą lekcję i wyruszył z Adamem Michnikiem szlakiem
„cieni zapomnianych przodków”, dotarłby nie tylko do Piłsudskiego i
konserwatystów, ale także do eseistyki wczesnych nacjonalistów zebranej
przez Barbarę Toruńczyk albo do dzienników kard. Wyszyńskiego
afirmowanych przez Michnika w poświęconym Leszkowi Kołakowskiemu eseju
„Kłopot”.
Pamięć i refleksja nad błędami przeszłości jest
najmocniejszą stroną konserwatystów, za to chyba najsłabszą Czecha,
skoro nie pamięta już, jak „Wyborcza” (podobnie jak ówczesny rząd i
opozycja) kibicowała absurdalnej walce o Niceę, a Michnik z Markiem
Beylinem odpowiadali skonfundowanym Francuzom w „Le Monde” tekstem
„Dlaczego mówimy »nie «”. Wtedy trzeba było przeciwstawiać się
obrażaniu tych nielicznych, których oskarżano o przynależność do
„partii białej flagi”, a nie dziś, gdy wszyscy się śmieją z hasła
Rokity „Nicea albo śmierć”.
Bez przemyślenia błędów Aleksandra
Halla nie narodzi się w Polsce prawica, która nie będzie albo
populistyczną, albo postpolityczną podróbką, tak jak bez przemyślenia
(podobnych zresztą) błędów Jacka Kuronia, na które zresztą sam
wskazywał, nie powstanie w Polsce lewica.
Konserwatyści, tak
jak socjaldemokraci, odeszli od swych idei u początków transformacji, a
później byli równo zaskoczeni tym, że ludzie podzielający ich
stanowisko w sferze obyczajowej mają odmienne poglądy w gospodarczej.
Później można było iść już tylko na zgniłe kompromisy, zawierając
doraźne, często egzotyczne sojusze albo na osi światopoglądowej, albo
ekonomicznej.
Idee i środowiska konserwatywne uległy
dekompozycji podczas wojny na górze, Halla w roli lidera trwale
zastąpił Jarosław Kaczyński. A „konserwatyzm po komunizmie” okazał się
populistycznym antykomunizmem albo fundamentalistycznym
tradycjonalizmem. Jest to jednak w tym samym stopniu klęska
konserwatystów co polskiej polityki, która demokratycznie potrafi
jedynie postawić wszystkie strony przed tragiczną alternatywą:
zwycięstwo duchowe czy wyborcze? Satysfakcja, z jaką Czech konstatuje
porażkę polskich konserwatystów, to przykład bardzo wąskiego patrzenia
na politykę jako na miejsce, gdzie zawsze należy dokopać wrogom i
przymknąć oko na własne błędy.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 17-18 października 2009.
Czytaj też tekst: Polscy konserwatyści. Bez niewinności i doświadczenia Mirosława Czecha.
—
Rafał Matyja, Konserwatyzm po komunizmie, Warszawa: WAiP, 2009
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 20.10.2009 )
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...