|
O faktach podobno się nie dyskutuje. Dlatego omawiając
politologiczne opracowanie „Polski system partyjny”* pominę charakterystykę
zawartych w nim danych, a swoją uwagę skupię na odautorskich didaskaliach,
wypełniających miejsca między dziesiątkami schematów, wykresów i tabel.
Szczególnie ciekawa jest lektura skrajnie odmiennych interpretacji wyborczego
zwycięstwa SLD w 2001 r.: Marka Migalskiego z drugiego rozdziału książki i…
Marka Migalskiego z rozdziału ostatniego.
Pierwszy z przywołanych rozdziałów dotyczy polskich
ugrupowań parlamentarnych w świetle podziału lewica-prawica. Aby rozrysować scenę
polityczną w tych kategoriach, zwykle krzyżuje się dwa wymiary: oś
aksjologiczną (tu: permisywizm-fundamentalizm religijny) oraz oś ekonomiczną
(tu: etatyzm-leseferyzm). W ten sposób cały układ dzieli się na ćwiartki.
Typowy dla europejskiego życia politycznego sposób ulokowania stronnictw w
systemie partyjnym powoduje, że zapełnia się ćwiartka lewicowa
(etatyzm-permisywizm) i prawicowa (leseferyzm-fundamentalizm). Modelowy system
parlamentarny zaczyna się od partii komunistycznych, aby przez socjalistyczne i
socjaldemokratyczne przejść do ugrupowań chadeckich i konserwatywnych.
Polski system polityczny po 1989 roku różnią od
przedstawionego modelu dwie rzeczy. Po pierwsze w porównaniu do parlamentów
europejskiej polski Sejm cechuje nadreprezentacja ugrupowań
ludowo-konserwatywnych, łączących postulaty socjalne z religijnym
fundamentalizmem (KPN, ROP, LPR, Samoobrona, PSL). Po drugie w polskim
parlamencie brakuje partii lokujących się w lewicowej ćwiartce sceny politycznej.
Na wykresach przedstawionych przez autora można zobaczyć,
jak z roku na rok cały system parlamentarny przesuwał się w kierunku bieguna
fundamentalizmu religijnego. Na polskiej scenie politycznej nie pojawiają się
ugrupowania komunistyczne, a od czasu wypadnięcia z Sejmu PPS również socjalistyczne.
Do 2001 roku obecne było ugrupowanie socjaldemokratyczne (SdRP/SLD). Jednak
pięć lat temu koalicja SLD-UP w obliczu braku jakiejkolwiek konkurencji
politycznej w polu lewicowym, chcąc otworzyć się na elektorat centroprawicy,
zajęła miejsce dokładnie w środku układu, zostawiając pustą całą jego „permisywną” połowę. Przyjęcie przez Sojusz retoryki umiarkowanej i
wyważonej socjaldemokracji, otwartej na wartości liberalne, chętnie
absorbującej społeczną naukę Kościoła, uciekającej od konfliktów ideologicznych
i sporów politycznych, podobało się wyborcom i umożliwiło usytuowanie się
partii Millera w centrum sceny politycznej. Ta strategia, przetestowana już
dwukrotnie z sukcesem w wyborach prezydenckich przez jej byłego lidera,
Kwaśniewskiego, okazała się nad wyraz skuteczna, zapewniając Sojuszowi
bezprzykładne zwycięstwo (41%). Stało się to możliwe właśnie dzięki zajęciu
przez SLD centralnej pozycji w wymiarze prawica-lewica - pisze Migalski (s. 48).
Zupełnie inną interpretację zwycięstwa SLD w 2001 roku
prezentuje Migalski 200 stron dalej. Wychodzi od tezy Fukuyamy, że w latach
1965-95 na Zachodzie miał miejsce „wielki wstrząs”, polegający na zmniejszeniu
się kapitału społecznego. Symptomami jego zanikania miały być: wzrost
przestępczości, kryzys rodziny, spadek zaufania społecznego. Zdaniem
Migalskiego ten sam „wielki wstrząs” zaczął się w Polsce w 1989 roku i
kulminował właśnie w feralnym 2001. Zmajoryzowanie życia partyjnego przez
ugrupowanie postkomunistyczne można interpretować jako wyraz pogodzenia się
Polaków ze skutkami Wielkiego Wstrząsu. Partia ta kokietowała środowiska
gejowskie i lesbijskie, zapowiadała walkę o przywrócenie praw kobiet do „aborcji na życzenie”, chciała wprowadzić ułatwienia w przeprowadzaniu
rozwodów. Prezentowała daleko idący liberalizm w kwestiach postaw życiowych i
modelu rodziny, wychowania seksualnego w szkołach oraz wstrzymywała się od
narzucania Polakom jakiegokolwiek kształtu życia rodzinnego (s. 257). Do
tego była niechętna zaostrzaniu kodeksu karnego, popierała liberalną politykę
penitencjarną i nie widziała potrzeby zmiany polityki państwa wobec
przestępczości, co Migalski łączy z dezynwolturą kierownictwa SLD wobec
przestępczych działań niektórych swych członków. Spektakularne zwycięstwo
Sojuszu należy rozumieć jako pogodzenie się Polaków z „kryzysem wartości” jaki
towarzyszył modernizacji polskiego społeczeństwa według zachodniego wzoru. „Wielki wstrząs” skończył się w Polsce równie szybko jak się zaczął. Już w 2005
wyborcy i partie polityczne otrząsnęły się z jego skutków wybierając „rewolucję
konserwatywną” opartą na powrocie do tradycyjnych wartości i zaostrzeniu walki
z przestępczością. Rezultatem tego zwrotu było wyborcze zwycięstwa PiS.
Czytelnik może doznać lekkiego zamieszania. Czy zwycięstwo
SLD w 2001 to efekt przejęcia przez Sojusz poglądów Kościoła, czy raczej
wyartykułowania postulatów gejów, feministek i środowisk przestępczych? Otóż w
niezamierzonej sprzeczności, w jaką popadł Migalski, tkwi ziarno prawdy. SLD
wygrał w 2001 roku, zdobywając poparcie środowisk kobiecych konsekwentną obroną „aborcyjnego kompromisu”, ujmując mniejszości seksualne znajomością papieskich
encyklik, kupując rzesze bezrobotnych frazą, że „rynek ma zawsze rację”. Jednak
aby wyjaśnić dlaczego nie udało mu się to w 2005 nie trzeba sięgać po naciąganą
koncepcję Fukuyamy. Odpowiedź jest znacznie prostsza: taki numer nawet w Polsce
nie przejdzie dwa razy z rzędu.
*Marek Migalski, Waldemar Wojtasik, Marek Mazur, Polski system
partyjny, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006, s. 272.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...