Biografia Krzywonos

krzywonos_okladka_145.jpg

KP22: prze-moc

okladka_kp22_145.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Godzina słynna: piąta pięć
Naciska budzik, dźwiga się
Do kuchni drogę zna na pamięć
Prowadzą go tam nogi same
Pod kran pakuje śpiący łeb
Przez chwilę jeszcze śpi jak w łóżku
Dopóki nie posłyszy plusku
I wtedy wreszcie budzi się
Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Zbożowa kawa, smalec, chleb
Salceson czasem, kiedy jest
Do teczki drugie pcha śniadanie
I teraz szybko na przystanek
W tramwaju tłok i nie ma Boga
Jest ramię w ramię, w nogę noga
Kimanie na stojąco jest

Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Przez osiem godzin praca wre
Jak z bicza strzelił minął dzień
Już w domu siedzi przed ekranem
Na stole flaszka z marcepanem
Dziś cały czas w ataku nasi

Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Nich nas ukoi dobry sen
Najlepsza w końcu jest to rzecz
I co się śni? Podwyżka cen
Aniele Pracy - stróżu mój
Jak ciężki robotnika znój
Edward Stachura, Piosenka dla robotnika rannej zmiany
Advertisement
Mościcki: Pułapka nadmiaru Drukuj
Paweł Mościcki   
26.06.2007
Image
Z wielu wstępnych zastrzeżeń, od jakich roi się w Filozofii głupoty, jedno wskazuje na rzecz dla lektury i oceny książki bardzo istotną. Na drugiej stronie okładki czytamy: „Filozofia głupoty składa się z dwóch odrębnych części. Pierwsza, zgodnie z podtytułem, dotyczy historii pojęcia głupoty, ściśle zaś jego usytuowania w obrębie nowożytnego racjonalizmu. Druga to właściwe przedstawienie aktualnego sensu głupoty. Czytelnik niezainteresowany problematyką ściśle historyczno-filozoficzną powinien zacząć lekturę od Wstępu, następnie zaś przejść od razu do części II”. Ta uwaga, z pozoru ściśle techniczno-redaktorska, przykrywa jednak fundamentalne pęknięcie książki, które decyduje o tym, że gdy czytelnik zainteresowany po prostu filozofią głupoty skończy lekturę, nie będzie dokładnie pewien, z czym miał właściwie do czynienia.

Problem głupoty to w perspektywie rozważań Jacka Dobrowolskiego rzecz fundamentalna, dotycząca samej definicji tego, co znaczy myśleć. Nie można zadawać serio tego pytania, pomijając jednocześnie rozległą dziedzinę najrozmaitszych przejawów głupoty. Punktem wyjścia rozważań nad skomplikowanym fenomenem niedostatków myślenia jest prosta wydawałoby się hipoteza, że „istnieje głupota”, że jest ona pozytywnym i dynamicznym zjawiskiem, którego ślady możemy śledzić w kulturze Zachodu od jej zarania aż po obecne, końcowe (jak przekonuje Dobrowolski) stadia. Niestety, taka hipoteza, choć wydaje się satysfakcjonować autora, nie wystarczy dla obrony osobliwego montażu historycznego i fenomenologicznego wymiaru poruszanej problematyki.

Przez pierwsze 170 stron czytamy inspirowaną Foucaultem historię głupoty - sposobu jej problematyzowania, pomijania, stygmatyzowania w dyskursie teologicznym, filozoficznym, a nawet w ikonografii (ciekawe odwołanie do obrazu H. Boscha Wóz z sianem). Ta część książki pozostawia wrażenie, że autor prowadzi nas przez analizy kolejnych filozofów (Erazm, Bacon, Montaigne, Kartezjusz, Kant), aby ukazać jak trudno odkleić myślenie o głupocie, sposób jej umieszczania w perspektywie myślenia i filozofowania od tego, jaki był jej udział jako negatywnego punktu odniesienia dla projektu budowania nowożytnego rozumu. Innymi słowy pierwsza część to foucaultowska genealogia głupoty wzorowana (czasami zresztą nazbyt widocznie) na Historii szaleństwa. Do tej części można zgłosić dwie zasadnicze uwagi. Po pierwsze jakie jest kryterium wyboru poszczególnych autorów? Jeśli chodziłoby o maksymalnie precyzyjne pokazanie procesu rozwoju nowożytnej racjonalności, a wraz z nią nowoczesnego dyskursu o głupocie, to dlaczego zaraz po Kancie czytamy od razu o historiozofii masy, Jüngerze, Canettim i Ortedze y Gassecie, a nie o najważniejszych współczesnych filozofach? Wydaje się, że budowanie historycznego dyskursu na temat głupoty jako części „stawania się nowożytnej racjonalności” bez obszernego komentarza do Hegla jest przedsięwzięciem z góry skazanym na porażkę. Nie mówiąc już o tym, jak ciekawe mogłyby być rozdziały biorące pod lupę innych, bardziej współczesnych myślicieli - choćby niektórych przedstawicieli filozofii analitycznej, Husserla czy Adorna.

Drugie moje zastrzeżenie do pierwszej, historycznej części polega na tym, że poszczególne rozdziały nie pracują na siebie. Choć autor zastrzega, że nie chce wpaść w pułapkę kolekcjonera, encyklopedysty przypadków głupoty i jej osobliwych przejawów, ostatecznie proponuje coś całkiem podobnego - zbiór lektur filozoficznych, które mają pokazać ów proces stawania się rozumu, tyle że ostatecznie rozpadają się na konstelację dość ciekawych, ale nie spiętych w jedną narrację rozważań i szczegółowych odczytań. Być może winę za to ponosi niedbałe zdefiniowanie tego, co chce się nazywać głupotą: czasem jest to brak rozumu, czasem niewiedza, jeszcze kiedy indziej wszystko to, co nie mieści się w nowożytnej definicji racjonalności. Ostatecznie więc historia głupoty to raczej niekompletna, choć miejscami ciekawa antologia, niż powieść z wartką i jednorodną akcją.

Jednak to, co w pierwszej części było mankamentem lub niedociągnięciem staje się w drugiej, fenomenologicznej części książki nieznośną i pustą manierą. Oto zamiast dokończyć rozpoczętą historię filozoficznych dyskursów głupoty autor dokonuje zwrotu i chce nas przekonać, że głupota nie jest efektem dyskursywnych napięć i wynalazków (jak było, wydaje się, w części pierwszej), ale istnieje „po prostu”, jako fenomenologiczna „dana”, jako coś, czego każdy może doświadczyć, a co we współczesnym społeczeństwie poprzez zjawisko umasowienia stało się samą zasadą doświadczenia. Druga część Filozofii głupoty odpowiada więc na trochę inne pytania i odmienną konstruuje narrację na temat głupoty. To, co wcześniej stanowiło efekt dyskursywnych zabiegów mających prowadzić do skonstruowania w pełni racjonalnej podmiotowości, staje się teraz w pełni pozytywnym fenomenem, osobliwą „wolą mocy” napędzającą ruch świadomości. Pozostaje pytanie: „jakiej świadomości? Genealogia nowożytnego rozumu przedstawiona w pierwszej części sugerowałaby, że głupota jest efektem ubocznym konstruowania pewnego dyskursywnego porządku, ślepą plamką racjonalności, której efemeryczny i niejednoznaczny status napędza ruch samorozumienia. W drugiej części natomiast obserwujemy opis tego jak staje się świadomość, jak dzieli się na różne rodzaje, rozwija, różnicuje i zmienia. Wraz z nią zmienia się także aktywna rzeczywistości głupoty. Nie asystujemy przy tektonicznych ruchach historycznego dyskursu, ale oglądamy ruchy samego życia. Sama głupota także zmienia swój status. Mówiąc w pewnym uproszczeniu zostaje znaturalizowana - staje się znaczącym wymiarem stawania się życia. Ale jeśli autor nie chce rozróżniać między życiem i historią, między ruchami dyskursu i przemianami tkanki życia, tę jedność, „jednogłosowość” rzeczywistości trzeba najpierw przekonująco pokazać. W przeciwnym razie ma ona status prostego założenia, które z ukrycia kieruje rozwiązaniami problemów jakie stawia przed filozofem głupota.

Problem ten ma zresztą odsyła do ważnego zagadnienia także nie podjętego przez autora wprost. Jaki jest polityczny sens głupoty? Widzę dwa rozwiązania: albo jest ona ślepą plamką tkwiącą w każdym historycznym dyskursie na temat racjonalności, albo, znowu, jest aktywnym wymiarem świadomości jako takiej. W pierwszym przypadku można powiedzieć, że polityka jest także w pewnym sensie walką o to, aby w ramach porządku społecznego i opisujących go dyskursów znaleźć możliwie najlepsze miejsce dla samej głupoty, uwzględnić umykającą stronę konstruowanego języka. W drugim przypadku głupota jest albo „apolityczna” (bo należy do samego życia, jest niejako dana z góry), albo daje się ująć tylko w ramach dyskursu „biopolitycznego”.

Tak jak patronem pierwszej, historycznej części Filozofii głupoty można uczynić Michela Foucaulta, tak nad częścią fenomenologiczną pieczę sprawuje nieodwołalnie Gilles Deleuze. Jego terminy są w tekście niejako „znaturalizowane”, pozbawione odniesienia do autora, funkcjonują niemal jak pojęcia potoczne bez odwołań ani przypisów. Są raczej wykorzystywane niż omawiane. I choć sam pomysł godny jest pochwały, znowu uwiera zbytnia wiara autora we własne możliwości. Druga część książki okazuje się bowiem ni mniej ni więcej tylko deleuzjańską „ogólną teorią wszystkiego” - pełno tu zamieszania, wątki ważne i ciekawie rozpoczęte mieszają się z marginalnymi uwagami czy odniesieniami do historii świata z ostatnich kilku lat. Dobrowolski stara się jednocześnie dopełnić motyw masy, stworzyć klasyfikacje różnych rodzajów świadomości, ale także dokonać przy okazji rozliczeń z polityką państwa, ekonomią, sztuką współczesną i paroma jeszcze naglącymi zagadnieniami. Za klęskę projektu fenomenologii głupoty odpowiedzialny jest więc chyba najbardziej zachwyt autora nad bogactwem i różnorodnością samego zjawiska oraz wiara w to, że wszystkie problemy da się rozwiązać w jednym planie, traktując złożoność poszczególnych obszarów swojego wywodu jako lokalne fenomeny jednego wielkiego ruchu rzeczywistości. W związku z tym żaden z poruszanych wątków nie zostaje tutaj dostatecznie rozwinięty. Wiele z nich pozostaje natomiast w formie wstępnego szkicu, pomysłu, anegdoty albo, niestety, zatrzymuje się na poziomie banału. Zamiast jednego, dobrze opracowanego i przemyślanego wywodu z wykorzystaniem języka współczesnej filozofii otrzymujemy więc swoisty pastisz Historii Świata z Anty-Edypa Deleuze'a i Guattariego oraz rozważania tak dobitne jak to: „ciało oscyluje, krótko mówiąc, między pionem a upadkiem (leżeniem)”.

W sumie szkoda straconych szans (na przykład końcowego wątku tworzenia fetyszy w obrębie „kultury masy”) i kilku motywów, które nie zdołały przebić się przez potoczysty styl autora i jego zachwyt nad terminami, które często ograniczają jego rozważania zamiast je dynamizować. Niestety „stawanie się” nie może funkcjonować jak magiczna formuła, która pozwala rozprawić się na kilkudziesięciu stronach z historią kultury Zachodu. Nie daje też ono z góry panaceum na sprzeczności, w które autor popada czasami całkiem spektakularnie. Także „postulaty filozofii głupoty” sformułowane przez Jacka Dobrowolskiego na końcu książki (na 3 stronach!!!) cementują wrażenie niedosytu. Ostatni z nich to po prostu apel, aby refleksja pozostała w obliczu współczesnych, coraz bardziej uciążliwych fenomenów głupoty „beztroską unikając zgryźliwości” i nie pozwalała „stępieć dowcipowi”. Być może właściwe światło na to nonszalanckie zakończenie wielkiego projektu rzuca to, że poprzedni postulat głosi konieczność „demaskowania fałszerzy” w myśleniu. Być może zatem szybkość, z jaką autor stosuje się do własnych postulatów, pozwala wierzyć, że następnym razem jego refleksja będzie się stawać ciekawiej albo chociaż zabawniej.
 

Jacek Dobrowolski, Filozofia głupoty. Historia i aktualność sensu tego, co irracjonalne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007

Komentarze
KubaMyslowski  - ?!   |27.06.2007 12:14:18
Oj, panie Pawle drogi, taki wielki i głęboki umysł, żeby wyprodukował tak
niskich lotów, nudziarską recenzję – to dla mnie zagadka. Przeczytałem tę
książkę również i mimo całego krytycyzmu – twierdzę, że Pana recenzja,
pobieżna i nieprzenikliwa, balansuje na granicy nierzetelności intelektualnej…
W ogóle nie ma w niej mowy o tym, co stanowi specyfikę inkryminowanej pracy.
Brak próby rekonstrukcji istoty całego projektu (a jest to projekt całościowy i
zamknięty, wbrew temu, co Pan po nieuważnej lekturze twierdzi), czasem chyba
wręcz brak woli zrozumienia, co autor naprawdę mówi. Rutyna i bylejakość (stałe
rzecz jasna cechy recenzentów nad Wisłą – ale Pan się przecież zawsze
wyróżniał…) Do tego – chwyty poniżej pasa: cytowane przez Pana wyimki,
dość brutalnie wyrwane z kontekstu, mają niby to ośmieszać autora. Naprawdę
sądzi Pan, że ta rzecz zasługuje na tak małoduszne kąśliwości?

Zgłaszam
sprzeciw wobec recenzji stojących znacznie poniżej (i to niestety zarówno w
sensie epistemologicznym, jak i etycznym) poziomu tego, co recenzowane…
MH.  - Z katedry   |30.06.2007 16:13:21
Zaiste, Recenzent przemówił jak z katedry. Najpierw arbitralny wydał mu się
dobór bohaterów pierwszej części książki Dobrowolskiego - najwyraźniej dlatego,
że nie zawierał wszystkich nazwisk ze Słownika Wielkich Filozofów. Potem zraziła
niedbałość definicji - przy czym sam dość niedbale wyliczył jedynie niektóre, i
bynajmniej nie najważniejsze aspekty głupoty analizowane w książce. Następnie
zaniepokoił się karygodnym wykroczeniem poza \"efekty dyskursywnych
napięć i wynalazków\" w stronę - o zgrozo! - \"ruchów samego
życia\". Wtedy zażądał wyjaśnień - jego zdaniem jeśli ktoś uważa, że
życie i dyskurs współistnieją na jakiejś jednej płaszczyźnie, musi to najpierw
\"przekonująco pokazać\". Dla każdej części omawianej książki
znalazł jednego patrona - dla pierwszej Foucault (niestety odwołania były
\"nazbyt widoczne\"), dla drugiej Deleuze (autor
\"ogólnej teorii wszystkiego\" odpowiedzialny pośrednio za całe
\"zamieszanie\"). Wreszcie postawił ważkie pytanie o
\"sens polityczny\". Jaki obrządek odprawia Recenzent w swojej
Katedrze? Sam chętnie podjąłby temat Dobrowolskiego, uzupełniając analizę o
\"obszerny komentarz do Hegla\", odwołania do Husserla, Adorna i
filozofii analitycznej. Omijając rafy banału i mielizny mętnej filozofii
\"stawania się\", dotarłby do sedna. Niestety… Cierpiąc z
powodu niedosytu w trakcie lektury książki Dobrowolskiego, na podobny los skazał
czytelników swej recenzji. Prawdziwy akedemicki majstersztyk!
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 26.06.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »