|
Po cichu kalkulowałem: panie i panowie nie mają już nic do
stracenia. Prestiż nagrody NIKE ucierpiał na przepychankach politycznych,
degradacji, jaka dokonała się poprzez wyrzucenie transmisji z telewizji publicznej
i odmowę partycypowania w balu głowy (jaka by nie była) państwa. Licha
retransmisja w stacji, która (mówiąc oględnie) nie cieszy się reputacją
intelektualnego zaplecza ludzkości, no i salka jakby mniejsza, bez lóż,
balkoników dla VIP-ów, amfiteatralnej swady.
Były dwa wyjścia – walczyć o podtrzymanie ducha wysokiej
kultury literackiej i zapodać NIKE takiemu Rylskiemu, czy takiej Szymborskiej
albo odciąć się od bagażu nagrody dla konserwatywno-liberalnych dziadków i
zrobić poważny krok w kierunku wykreowania nowego wizerunku NIKE – nagrody dla
książek, które penetrują dziewicze rejony dyskursywnych i społecznych banicji.
Mówiąc krótko – przywrócić nagrodzie jej pierwotne założenia, zanegowane u
zarania przez Błońskiego, który jako pierwszy przewodniczący jury stawiał ponoć
na stare konie.
Kalkulowałem po cichu: jeśli kapituła zdecyduje się na tę
drugą opcję – z ponad trzydziestoma tysiącami baksów w portmonetce wyjdzie z
Łazienek albo Witkowski, albo Masłowska. Osobiście liczyłem, że w takiej sytuacji
nagroda przypadnie Witkowskiemu. Jeśli bowiem „Paw…” jest doskonałą książką,
która w niebywale sugestywny sposób pokazuje mielizny popkultury, zdrapuje z
wizerunków uśmiechniętych debili całą tę lamperię sztuczności, odsłaniając
puchy egzystencji medialnych mapetów i mechanizmy działania na otwartym mózgu
narodu, nieustannie karmionego gównem szklanej reprezentacji nieistniejącego
świata, to książka ta pozostaje niezwykle istotna przede wszystkim dla samej
autorki, która rozlicza się w ten sposób z własnymi pokusami i przezwycięża
lęk, jaki towarzyszył jej przez minione lata. Rzadko zwracano uwagę na
indywidualny aspekt drugiej powieści Masłowskiej, bo i nie on jest w niej
najważniejszy, ale kontekst w jakim powstała sytuuje ją w dużej mierze w świecie
samej Masłowskiej.
Z „Lubiewem” jest inaczej. Ta książka odetkała jeden z
kanałów społecznej i literackiej komunikacji. Michał Witkowski musiał w 2005
roku opublikować te kilkaset tysięcy znaków, żeby okazało się, że mamy w
polskiej literaturze od co najmniej 25 lat mocny nurt gejowsko/lesbijski, który
(by tak rzec) pałętał się gdzieś na obrzeżach krytycznych kontynentów, choć w
swoim dorobku ma tak znakomitych autorów jak choćby Pankowski. I wreszcie,
musiał wrocławski autor opublikować te kilkaset tysięcy znaków, żeby okazało
się, że istnieją w tym kraju grupy niebędące celem żadnych socjologicznych
ekskursji, politycznych puszczań oczka – społeczności, wobec których nie używa
się określeń „mniejszość/większość”, „elektorat”.
Mówiąc krótko – wniósł Witkowski znaczące poprawki nie tylko
na mapę polskiej literatury, ale również (co dużo ważniejsze) obrazu
społeczeństwa tego kraju. Co więcej – obraz ów ukazał w całej złożoności
odrzucając pokusę uproszczeń i interwencji ideologicznej. Jakkolwiek każdy, kto
ucieka od polityczności trafia zazwyczaj we wnyki mniej lub bardziej
konserwatywnych mniemań i to samo spotkało Witkowskiego, ale wykonał kawał
dobrej roboty, żeby napsuć krwi paru paniom i panom przekonanym, że skutecznie
oczyszczają naród nasz z Żydów, pedałów i komunistów.
Nagrodę literacką NIKE otrzymała Dorota Masłowska. I bardzo
dobrze!! Byłbym jednak szczęśliwszy, gdyby uzasadnienie wygłoszone przez
Henryka Berezę choć w części dotykało problemów jej prozy, nie stanowiło zaś
manifestu przedłużającej się demencji intelektualnej sentymentalnych
rewolucjonistów. „Narracja w powieści-poemacie korzysta z pełnej wolności,
która sztuce słowa przywraca jej przyrodzone prawa. Dzięki temu język i sztuka
odzyskują u Masłowskiej swoje prawdziwe życie i pozwalają na pisarską kpinę z
podejrzanych uroków kultury popularnej”. Czyli – tłumacząc na język polski:
zdaniem jury istotą literatury jest wolność narracji (powiedzmy – brawura
formalno-semantyczna), która sprawia, że sztuka słowa nie wpada w koleiny interpretacyjnych
nadużyć, odporna jest na ideologiczne zawłaszczenie (sztuka w tym wypadku to
bastion wolności, azyl przed złym światem polityki i biedy), bo konstytutywną
cechą literatury jest nade wszystko sama jej literackość, prawdziwym życiem
„języka i sztuki” – ich językowość i sztuczność. Ten program, za którym kryje
się wiara w autonomiczny charakter działania artystycznego jest anachronicznym
sentymentem starzejących się modernistów.
Geniusz Masłowskiej polega bowiem na tym, że uczyniła ona z
tradycji autonomicznej narzędzie literatury jak najbardziej zaangażowanej.
Wyszła z założenia, że należy przełamać atrofię dzielącą sztukę na
komunikacyjną i estetyczną. Sztuka estetyczna ma bowiem w swoim korpusie
założeń przeświadczenie, że niezbywalność formy stanowi zwierciadło istnienia
niezbywalnych wartości i praw – estetyka jest narzędziem konserwatystów,
stojących na straży przekonań o łączliwości między formą a platońskim
pojmowaniem idei. Masłowska stara się dowieść, że sztuka jest jedna, a jej
istota to krytyczność – interwencja przeciw zastanym formom kultury,
niezależnie od bagażu retoryki poetyckiej, który niesie na swoich barkach.
Język (powiada Masłowska) jest stabilizatorem kulturowego konserwatyzmu,
normatywność postępowania w jego obrębie (a zatem odnoszenie się do zastanych
sensów, kodów i symboli) stanowi narzędzie podtrzymywania mniemań większości.
Gwałt na języku jest zatem w pierwszej kolejności próbą rozbicia mozaiki idei i
sensów głęboko zakorzenionych w glebie tej kultury. Odwrotnie niż moderniści,
widzi Masłowska w interwencji formalnej niezbywalne narzędzie komunikacji, nie
zaś podtrzymywania wiary w autonomiczny charakter literatury.
Wolność narracji wydobywa sztukę poza sztukę, a prawdziwe
życie języka i sztuki odgrywa się w przestrzeni społecznej. Dobrze zatem, że
NIKE przypadła w udziale autorce zaangażowanej, występującej przeciw pewnym
sentymentalnym mniemaniom o literackości literatury. Nie wiem tylko, czy jury
zdaje sobie z tego sprawę…
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...