Wydając Święty terror Terry’ego Eageltona, wydawnictwo Znak najwyraźniej przestraszyło się rewolucji w weekend. By ostudzić entuzjazm dzieci barykad, postanowiło wydać Czarną mszę. Apokaliptyczną religię i śmierć utopii Johna Graya. Obie pozycje łączy jedynie kościelna proweniencja tytułu.
W opozycji do książki Eageltona, praca Graya daje się obronić. Góruje nad tą pierwszą nie tylko spójnością wywodu, ale i uporządkowanym materiałem empirycznym. Znajdziemy w niej również szereg celnych spostrzeżeń, m.in. charakterystyczną dla Graya krytykę polityki Busha czy ideologii neokonserwatywnej. Jest to więc pozycja na swój sposób cenna. Z wydawniczych recenzji Pawła Śpiewaka i Marcina Króla można byłoby nawet wywnioskować, że jest ona, jeśli nie wybitna, to na pewno szczególnie ważna dla współczesności. Czy jednak ponad trzystustronicowa książka z „utopią” w tytule ma nam coś ciekawego do powiedzenia o samej utopii? Tu miałbym poważne wątpliwości.
Nie oznacza to jednak, że jej lektura to czas stracony. Gray szczególnie dużo miejsca poświęca, tak ważnym dla zrozumienia współczesnego świata zagadnieniom, jak krytyka utopijnego wymiaru neoliberalizmu Hayeka czy neokonserwatyzmu Thatcher. To właśnie idea wolnego rynku ma być, w przekonaniu Graya, nową utopią. Ostatecznie nie została ona zrealizowana na świecie nigdy, poza krótkim okresem w połowie XIX wieku, co zresztą zakończyło się pierwszym poważnym ogólnoświatowym kryzysem ekonomicznym. Ówczesna kolonialna Anglia, która była inicjatorką wprowadzenia w życie owej idei, szybko też z tego pomysłu zrezygnowała. Ci, którzy głoszą obecnie triumfalny powrót wolnego rynku, nie odróżniają go w istocie, lub nie chcą odróżniać, od współczesnego neoprotekcjonizmu. Neokonserwatyzm i neoliberalizm są w związku tym źródłowo obciążeni niezrozumieniem swych własnych założeń i podstaw.
Samoregulujący się, spontanicznie rozwijający się rynek to również mit. Nie wystarczy uwolnić gospodarki z więzów państwa, by zakwitła w niej wolna konkurencja. Dobitnie pokazał to rosyjski anarchokapitalizm ery Jelcyna. Model gospodarki czasów Putina jest już z kolei bliższy gospodarce nakazowej, niż wolnemu rynkowi.
Szczególnie zjadliwa krytyka spotyka również politykę zagraniczną Busha i związanym z nią powrotem do polityki myślenia religijnego. Powołując się na konflikty w Afganistanie i Iraku, autor wyraźnie ukazuje niewydolność działania powodowanego przekonaniem o dziejowej misji Stanów Zjednoczonych. Amerykańska realizacja idei zbawienia ma z tym ostatnim niewiele do czynienia. No chyba, że przez zbawienie rozumiemy wybawienie od mąk doczesnej egzystencji. To akurat zachodnie bomby zapewnić potrafią szczególnie skutecznie.
Postacie Hayeka, Thatcher i Busha dołączają tym samym do opisywanego przez Gray’a panteonu nowożytnych utopistów. Towarzystwo mają zresztą przednie: Jan z Lejdy, Marks, Lenin, aż po Hitlera i Mao. Wszystkich ich łączy utopijny charakter projektów, niemożliwy do zrealizowania w rzeczywistości i bezpośrednio łączący się z koniecznością utajonej bądź jawnej przemocy. Taka też byłaby definicja samej utopii według Graya. Co ważne, nigdzie na łamach książki nie wyrażona explicite. Dziwi to w przypadku trzystustronicowego dzieła poświęconego utopii właśnie. Wiemy zatem kto jest utopistą, nie wiemy jednak dokładnie, co to znaczy nim być.
Autor nie uwzględnił bowiem niezwykle ważnej w tym przypadku kategorii: ideologii. Gray przyjmuje ukryte założenie, że każda utopia jest ideologią, a każda ideologia ma elementy utopii. Z tą tezą można jeszcze dyskutować. Niemniej nie upoważnia to Graya do utożsamiania ideologii z utopią i traktowania tylko o tej ostatniej. To, że jedno przeradza się w drugie, nie oznacza, że są tym samym. W rezultacie rozważania Graya to zbiór jednostkowo trafnych, lecz ogólnie błędnych analiz. Lenin zostaje postawiony obok Hitlera, a swoje współczesne ucieleśnienie obaj odnajdują w religijnym fanatyzmie Busha. Takie postawienie sprawy wykracza poza granice intelektualnej przyzwoitości.
Jeżeli można przyznać, że utopia i ideologia się przenikają, to nie oznacza to, że są tożsame. Oba pojęcia można rozpatrywać na płaszczyźnie ich zerwania z rzeczywistością. Niemniej, o ile ideologia jest u swych podstaw świadomością zafałszowaną, ze swej definicji odrywającą się od rzeczywistości, o tyle utopia dąży do samo-urzeczywistnienia i jest krytyką tegoż oderwania. Innymi słowy projekty utopijne zawierają w sobie elementy krytyczne wobec panującej ideologii oraz dają się zrealizować w bliższej lub dalszej rzeczywistości. Dlatego też krytyczna wobec status quo idea emancypacji kobiet w XIX wieku mogła wydawać się utopijna, niemniej nie była ideologią, co pokazał wiek następny. Z kolei przekonanie religijnej prawicy o dziejowej konieczności eksportu chrześcijańskich wartości nosi znamiona tej ostatniej, gdyż oparte jest na pozaracjonalnych przesłankach. To właśnie odróżnia polityczną utopię od mitu. Choć ciężko wyobrazić sobie równouprawnienie ludzi w erze niewolnictwa, to jest to idea, aczkolwiek w danym okresie utopijna, to jednak mogąca zostać zrealizowana. Tego ostatniego nie da się już powiedzieć o idei zwycięstwa Boga chrześcijan nad Allachem. Gray nie odróżnia w istocie utopii od religii, projektu politycznego od mitu.
Nie wylewajmy więc dziecka z kąpielą. Krytykując projekty utopijne ze względu na ich wykraczanie poza rzeczywistość, Gray rozmija się ze zrozumieniem pojęcia utopii. Tym samym końcowa teza autora o konieczności powrotu do tradycji realizmu jest już z gruntu zafałszowana. Nie uwzględnia ona źródłowo ideologicznego wymiaru rzeczywistości, którego krytykiem jest właśnie utopia. Paradoksalnie Gray nie odrobił tu lekcji socjalizmu naukowego. Ten ostatni był właśnie próbą, choć karykaturalną, określenia narzędzi, pozwalających odróżnić rzeczywisty byt od ideologii.
W przypadku decyzji politycznych należy oczywiście brać pod uwagę realne warunki jej realizacji. Innymi słowy, należy uwzględniać faktyczne uwarunkowania geopolityczne i kulturowe zanim wyślemy wojska do Iraku w imię szerzenia demokracji. Tego uczy uczciwość polityczna. Niemniej nie zwalnia to nas z obowiązku formułowania projektów nie tylko krytykujących daną rzeczywistość, ale i dążących do jej zmiany. Na brak przedsięwzięć utopijnych w zastanym świecie mogą bowiem pozwolić sobie jedynie ci, którzy są beneficjentami tego świata. Złudny konserwatyzm dość szybko przeistacza się wówczas w ideologię.
Rezygnacja z utopii konserwuje porządek społeczny. Grozi tym samym jego rozpadem i wybuchem niekontrolowanej przemocy w przypadku nieuwzględnienia interesów grup wykluczonych. A właśnie obecność przemocy ma być, według Graya, jednym z głównych powodów odrzucenia utopii. Jest to więc założenie sprzeczne. W przypadku samej utopii również fałszywe. Utopia nie jest bowiem ukierunkowana bezpośrednio na przemoc, ale na zmianę. Traktuje często przemoc jako środek, niemniej nie jest ona jej ostatecznym celem. Nie daje to więc podstaw do dyskredytowania samej utopii. Równie dobrze moglibyśmy krytykować nóż, że służy nie tylko do krojenia, ale i do zabijania.
Czy książka Graya jest więc warta poświęconego jej czasu? Sądzę, że tak, o ile poprzedzimy ją lekturą utopisty-klasyka Marksa. W przeciwnym wypadku grozi nam całkowite pomieszanie: Hitlera z Mao, a Allacha z Leninem. Swastyka oznaczać będzie wówczas to samo, co sierp i młot. W rezultacie pozostaniemy ze wszystkim i z niczym.
John Gray, Czarna msza. Apokaliptyczna religia i śmierć utopii, przełożyli Adam Puchejda, Karolina Szymaniak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009, s. 372.