|
Teatr Polonia nie robi sobie wakacyjnej przerwy i jako jeden z nielicznych w stolicy zaprasza widzów na spektakle przez cały lipiec i sierpień. Proponuje wśród nich eksperyment: Krzysztof Materna wykorzystał i zaadaptował do polskich warunków sztukę brytyjskiego dramatopisarza Tima Croucha pt. An Oak Tree. Pomysł jest pozornie prosty - Materna, grający postać hipnotyzera, zaprasza na każdy spektakl „Krzysztofa M. Hipnozy” (jest ich w planach tylko 30) innego gościa, który nie wie, jaką rolę przyjdzie mu grać, tekst odgrywa bowiem na bieżąco, powtarzając to, co dotrze do niego przez słuchawkę. Dla aktora jest to nie lada wyzwanie, wymaga bowiem, poza doskonałymi umiejętnościami scenicznymi, także zdolności improwizacji. Recepcja spektaklu w ogromnej mierze zależy więc od osobowości gościa - jeśli nie będzie sobie dawać rady, 75 minut w dusznej sali Polonii zamieni się w serię nerwowych zerknięć na zegarek.
Na spektakl, który oglądałam, zaproszony został aktor teatru Montownia Marcin Perchuć, który z koniecznością improwizacji radził sobie bardzo dobrze, współpracując na scenie z Materną, wyczuwając jego poczucie humoru i dobrze się w nim odnajdując. Materna w roli hipnotyzera-wodzireja-komika także był bez zarzutu, wywołując co chwilę salwy śmiechu wśród publiczności, mimo że aluzje polityczne, którymi raczył widzów, były na różnym poziomie. Przez to nagromadzenie żartów i anegdot spektakl, zanim jeszcze na scenie pojawił się Perchuć, przywodził mi na myśl raczej stand-up comedy, a nie teatralny eksperyment.
Perchuć otrzymał zadanie wcielenia się w postać Andrzeja, typowego Polaka po czterdziestce pochodzącego z małego miasteczka, który za sprawą hipnozy odgrywa różne sceny ze swojego życia. I tu właśnie zaczęły się problemy, bowiem w opowiedzianej historii aż jeżyło się od stereotypów, jakie można przypisać Polakom: małomiasteczkowy gust, chęć wejścia do świata polityki ze względu na perspektywę łatwego zarobku, kompleksy, ciągłe narzekanie (bohater, będąc na wakacjach w Egipcie, narzeka na pogodę, atmosferę i „brudasów” dookoła), homofobię, rasizm, nietolerancję religijną czy jazdę po pijanemu, która kończy się tragiczną śmiercią w sprowadzonym z Niemiec gruchocie. Niezależnie od tego, jak dowcipnie i ironicznie te kwestie zostały przedstawione, spektakl nie mówi nam niczego więcej poza tym, co już doskonale wiemy. Napiętnowanie stereotypów ma tutaj raczej swojski wymiar – jesteśmy, jacy jesteśmy, ale póki umiemy się z tego śmiać i wytykać sobie nasze wady, jesteśmy w porządku.
Nie chodzi o to, żeby bić się na scenie w piersi i lamentować nad rzekomą „polską mentalnością”, ale brakowało mi w tym spektaklu pomysłu na to, co ma z niego wynikać. „Hipnoza”, której byłam świadkiem, zamiast refleksją nad tym, czym jest teatr, okazała się czymś w rodzaju improwizowanego kabaretu z moralizatorskim (?) przesłaniem. A szkoda, bo sztuka Croucha otwiera przed aktorem i reżyserem wiele możliwości, stawia też w moim przekonaniu wiele pytań o istotę bycia aktorem i jego hipnotyczną moc oddziaływania na publiczność. Obserwujemy ewolucję postaci na scenie, ewolucję niezaplanowaną, w minimalnym stopniu wyreżyserowaną i musimy się jej poddać, dostosować nasz odbiór tego, co się dzieje na scenie wraz z kolejnymi wcieleniami aktorów, „przeskakując” razem z nimi między rzeczywistością sceniczną a teatralną. W Hipnozie w Polonii tego mi zdecydowanie zabrakło.
Opisywanie homofobii czy antysemityzmu (Andrzej, aby dostać się do nieba, musi ucałować św. Piotra deklarującego, że jest Żydem, a potem, że jest gejem, co w końcu, z wielkim wysiłkiem i obrzydzeniem, udaje się bohaterowi) nie wiąże się w tym spektaklu z żadną głębszą refleksją - eksperymentalna pozostała jedynie forma, niestety przytłumiona przez banalną treść. Widzom serwuje się, być może wbrew intencjom Materny, kabaretową opowieść o stereotypach, bez wnikania w przyczyny ich istnienia. Nigdzie nie pojawia się pytanie, dlaczego Polacy tacy „są”, ani tym bardziej - kto ich tak właśnie widzi. Innymi słowy, kto wytwarza i podtrzymuje przekonanie, że przeciętny Polak to homofob z prowincji, który nie znosi muzułanów, a politykę traktuje instrumentalnie? Czy nie jest to dalekie echo owego „ciemnogrodu”, któremu przygląda się ze śmiechem oświecona elita? Co więcej, elicie tej, choć dostrzega istnienie rzekomo uwstecznionych, głupich mas, nie zależy na zmianie tej sytuacji - to przecież dzięki temu wiadomo, kto może się śmiać, a kto ma być obiektem żartów.
Siedząc na widowni, czujemy komfortowy dystans do prezentowanej rzeczywistości, możemy udawać, że ten świat nas nie dotyczy. Bezpiecznie stajemy po stronie elit, patrząc w dół na ”przeciętnego” Polaka, którego obraz w pewnym sensie sami sobie wytworzyliśmy, i sami siebie utwierdzamy w przekonaniu, że taka właśnie jest rzeczywistość. Brak w tym spektaklu inspiracji do głębszej refleksji.
Być może kolejne przedstawienia Hipnozy okażą się ciekawsze i będą poruszały ważne kwestie w bardziej twórczy sposób - wiele się przecież może wydarzyć do 9 sierpnia, kiedy spektakl będzie grany po raz ostatni. Na razie wyszłam z Polonii rozczarowana: hipnoza okazał się zaledwie popisem teatralnych iluzjonistów.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...