Trudno się czyta specjalistyczne książki, gdy się specjalistą nie jest. Nie jestem specjalistą w żadnej dziedzinie, a jednak zdarza mi się czytać specjalistyczne książki, nawet gdy ich nie rozumiem. W ogóle zresztą uważam, że rozumienie jest przeceniane. Przynajmniej w swoim twardym, przyrodoznawczym sensie. Człowiek uczestniczy w pewnych sytuacjach, np. w sytuacji lektury, i coś z tego uczestniczenia w nim pozostaje. Choć przeważnie niewiele. Jakieś zdania, anegdoty, leżenie na kanapie i problem ze schowaniem w kieszeni płaszcza książki, która nijak nie chciała się w niej zmieścić. To ostatnie było chyba najbardziej dojmującym doświadczeniem przy okazji lektury dzieła Roberta Poczobuta „Między redukcją a emergencją. Spór o miejsce umysłu w świecie fizycznym”. Nie wiem jak to jest z tym umysłem, ale wiem, że książka na ten temat nie mieści się w żadnej z licznych kieszeni mojej kurtki. Czy to znaczy, że jej nie zrozumiałem? Śmiem wątpić. Choć zapewne nie o takie rozumienie autorowi chodziło.
Więc o co? O emergentystyczną ontologie umysłu oczywiście. No i pięknie. Strasznie jednak zmęczyła mnie ta książką, a najbardziej męczące było ostatnie dziesięć stron, na których dostajemy kawę na ławę. „Zgodnie z emergentystycznym obrazem rzeczywistości (…) wszelkie układy złożone (…) powstają na bazie prostszych układów (…)”. I mniej więcej o to w tym wszystkim chodzi. A przynajmniej w tej całej emergencji, która miałaby polegać mniej więcej właśnie na tym, że z prostszych układów powstają bardziej złożone, których nie da się sprowadzić do ich składników. Po lekturze pięciuset stron wiem mniej więcej, co to jest emergencja. Co być może oznacza, że nie był to do końca zmarnowany czas. Choć z marnowaniem czasu w ogóle mam problem, bo mimo że – w przeciwieństwie do Edith Piaf – żałuję prawie wszystkiego, jednocześnie nie uważam, żeby robienie tego było traceniem czasu. Ktoś musiał to zrobić i tak się składa, że byłem to ja. Książki są po to, żeby je czytać. I ta zapewne też została po to napisana, więc postanowiłem się nad nią zlitować i ją przeczytać. Bo wyglądała tak biednie.
Czy żałuję? Oczywiście. Ale niewyłącznie. Dowiedziałem się jednak z niej paru śmiesznych rzeczy. Na przykład, że istnieje filozoficzna definicja zombie. Ale nie chodzi o takiego zombie z filmów o zombie, a przynajmniej nie do końca. Zombie podług filozofów to „istota fizycznie, funkcjonalnie i zachowaniowo nieodróżnialna od osobnika świadomego, lecz całkowicie pozbawiona świadomości”. Jeśli w to wierzyć, to większość spotykanych przeze mnie istot stanowi zombie. Przynajmniej, jeśli chodzi o świadomość społeczną. Ale zapewne istnieją też inne formy świadomości, np. neoliberalne, i być może nie ma powodu, żeby w ten sposób świadomych osobników uważać za zombie, choć osobiście uważam, że nimi właśnie są. Oczywiście żartuje, ale nie do końca.
Zapewne nie może nie być nudna książką, która jako jedno z głównych zadań stawia sobie „precyzyjne odróżnienie różnych sposobów rozumienie terminów «redukcja» i «emergencja»”. Czy muszę dodawać, że obietnicę tę – o, zgrozo – spełnia? Pewnie nie muszę, ale mam ochotę, więc to uczyniłem. Poczobut poniekąd zdaję sobie sprawę z beznadziei swojej pracy - zwracając uwagę na deflacyjny stosunek do ontologii w XX wieku, którego zresztą jestem, podręcznikowym niemalże, przykładem – a jednak ją wykonuje. Można więc domniemywać, że emergentystyczna ontologia umysłu wydaje mu się ważna. Jestem zresztą gotów się na nią zgodzić, choć nie wiem, po co mam to robić, bo i bez tej świadomości byłbym w stanie żyć, tak jak i byłem w stanie żyć wcześniej, choć nie zawsze. I pewnie tylko to, że nie zawsze jestem w stanie żyć, odróżnia mnie od zombie.
Od Poczobuta dowiedziałem się (a może mi tylko przypomniał?), że istniał taki gość jak Carnap, który ponoć uważał, że „każde empirycznie sensowne zdanie języka psychologii może zostać sformułowane w języku fizykalnym”. Co stanowi niezły czad. No i oczywiście chętnie przeczytałbym wzór fizyczny na gender studies. Ale obawiam się, że prędko tego nie doczekamy. Zresztą Poczobut, jak na chrześcijańskiego humanistę przystało, podziela moje obawy. W ogóle w wielu miejscach się zgadzamy, bo wszystko to bardzo rozsądne. Tylko nie wiem, po co to robimy. Ale to już chyba pisałem. Poczobut natomiast często zgadza się z Popperem, który powiedział takie ładne zdanie: „Żyjemy w świecie ewolucji emergentnej, w świecie problemów, których rozwiązania, jeżeli w ogóle je znajdujemy, dają początek nowym i głębszym problemom.” Zdanie to podoba mi się, gdyż jeśli traktować świadomość jako problem, którym niewątpliwie jest, to należy wnioskować, że gdy zostanie on już rozwiązany, to zrodzi problem znacznie bardziej potężny i skomplikowany. Czego bym sobie, i państwu oczywiście też, serdecznie życzył. Czy muszę dodawać, że dzieło Poczobuta problemu świadomości nie rozwiązuje? Nie muszę.
Robert Poczobut, Między redukcją a emergencją. Spór o miejsce umysłu w świecie fizycznym, Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, 2009.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...