|
Chrzest Marcina Wrony, nagrodzony Srebrnymi Lwami na festiwalu w Gdyni, to „kino środka”. Termin robi ostatnio zawrotną karierę jako określenie nowego modnego polskiego kina. Podobno właśnie takiego kina potrzebujemy - sprawnie realizowanego i bez większych pretensji. Ten ton udziela się recenzentom, słychać go w werdyktach festiwalowych (drugim filmem nagrodzonym w tegorocznej Gdyni była przecież Różyczka - wypisz, wymaluj - melodramat) i w wypowiedziach kinomanów. Wszędzie czytam i słyszę o tym, żeby nie wybrzydzać, nie krzywić się, ideologicznie nie rozpracowywać, tylko zachwycać się sprawnym warsztatem, dobrym rzemiosłem, soczystym aktorstwem i prawdziwymi dialogami.
Taki miał też być Chrzest. Film pokazuje przemianę tarnowskiego gangstera. „Miał szczęście” głosi hasło z trailera, a potwierdza je obraz nowoczesnego mieszkania z nowoczesnymi oknami (ich produkcją zajmuje się firma bohatera) oraz pięknej żony z dzieckiem. Michał zaprasza na chrzest syna swojego kolegę po dawnym fachu - Jana. Chrzest ma być wydarzeniem symbolicznym. Tak naprawdę główny bohater chce przekonać Jana do mądrej życiowej zmiany i zweryfikowania wyboru zbyt łatwych ścieżek przestępczych. Okazuje się, że za stare mafijne życie trzeba okrutnie płacić: nad Michałem ciąży wyrok śmierci, zaproszenie kolegi na chrzest jest jednocześnie zaproszeniem do przejęcia po nim obowiązków męża i ojca rodziny. Która, jak wszyscy wiemy, gwarantuje utrzymanie moralnego pionu. Długo zastanawiałam się, o czym właściwie jest ten film. Porównania z Historią przemocy Cronenberga wydawały mi się zbyt bezlitosne, nachalnie proponowane w czołówce aluzje biblijne – zbyt skomplikowane jak na film środka i mało przejrzyste. W końcu mnie olśniło: najważniejsza w filmie jest kobieta. To ona była katalizatorem przemiany bohatera, to o niej mówi się z uznaniem, że „nawet robi kanapki od serca”, wreszcie - to ona ma zostać przekazana jako symbol uczciwego życia („zobaczysz, to dobra i pracowita dziewczyna”). Wiadomo, miłość Sonii zmienia Raskolnikowa, miłość Solvejgi jest jedyną pozytywną wartością w życiu łajdaka Peer Gynta. Tu Natalia Rybicka przyodziana w zwiewne sukienki, rzucając blond włosami, przechadza się po pięknym mieszkaniu, łagodnie się uśmiechając, karmiąc piersią dziecię. Na próżno jednak łudzimy się, że za jej uśmiechem kryje się jakaś głęboka tajemnica istnienia, która zostanie nam nagle objawiona. Jedyny moment, kiedy reżyser wpada na ekstrawagancki pomysł udzielenia bohaterce głosu zostanie natychmiast przerwany. Nasza Sonia, choć nie jest świadoma śmiertelnego niebezpieczeństwa, w jakim się znalazł jej mąż, odwołując się do swoich przeczuć, wyraźnie sprzeciwia się temu, co się dzieje wokół. Zachowanie żony zostaje właściwie zignorowane, a Michał dostrzega jedynie, że jest czule pocieszana przez Janka, co staje się pretekstem do brutalnego wybuchu zazdrości – „ona święta, dla mnie jest moją żoną, nie rozumiesz”. Magda nie tylko nie ma prawa wiedzieć, jak naprawdę wygląda intryga, której jest zasadniczą częścią: nie wie, że jutro mąż zginie z rąk bandytów, a jej zadanie będzie polegało na resocjalizacji kolejnego skruszonego mafiosa – ale nie ma także prawa do wyrażania jakichkolwiek emocji. Bardzo troskliwy i kochający mąż trzyma ją w nieświadomości, bo wtajemniczona, stałaby się uczestniczką (a nie tylko elementem) rytuału „przekazania”. A to przecież, mogłoby zupełnie podważyć jego sens. Natomiast, gdy pozostanie jedynie milczącym i pięknym obrazem - sens będzie mógł pozostać we władaniu mężczyzn. Wynika z tego, że teoretycznie najważniejszy dla filmu punkt odniesienia – kobieta, nie ma nawet prawa udziału w skomplikowanym i dramatycznym świecie bohaterów. Tytułowy chrzest nie jest żadnym symbolicznym rytuałem przejścia i zmycia z siebie win, tylko okazją do spotkania rodziny, wypicia wódki i zakręcenia włosów na wałki. W rezultacie walka bohaterów nie jest walką o lepsze jutro, bycie człowiekiem czy zachowanie tożsamości - a jedynie walką o plastikowe okna. I dlatego nic mnie nie obchodzi. Szkoda. W filmie jest jedna naprawdę świetna scena. Dwóch męskich na wskroś twardzieli zawozi psa do uśpienia. I kiedy obaj przytrzymują go podczas ostatniego rutynowego zastrzyku, wzruszam się. To jest moje kino środka – poruszające, szczere, na granicy kiczu, ale wcale nie patetyczne. ___________ Chrzest, reż. Marcin Wrona, Polska 2010. Czytaj też: Jakub Majmurek, Połaniecczyzna na strzeżonym osiedlu
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...