Lubiewo, ascetycznie wydana, właściwie niszowa gejowska powieść Michała Witkowskiego, niespełna kilka tygodni po premierze dostąpiła zaszczytu bycia zrecenzowaną na łamach „Gazety Wyborczej” (GW z 3 stycznia 2005). Tej samej „Wyborczej” – przypomnijmy – na której stronach próżno szukać omówienia chociażby – wprawdzie niebędących powieściami, ale przecież też aktualnych i wartych głębszej analizy – książek Milczenie owieczek Kazimiery Szczuki czy Nasze ciała, nasze życie wydanej przez NEWW Polska. Dlaczego zatem Lubiewo?
Może o powieści pisać bezpieczniej, w końcu to jednak fikcja. Może temat fikuśny (jak określa swoistą modę na pisanie o mniejszości homoseksualnej autor Lubiewa właśnie - free.art.pl/michal.witkowski/. Może jest okazja, by się wykazać otwartością, tolerancją i posiadaniem własnego zdania na temat, na który zdanie mieć wypada. Bo – niestety – w jakąś szczególną misję Dariusza Nowackiego, autora recenzji, uwierzyć mi trudno. Ale zobaczmy…
Zaczyna obiecująco: od stwierdzenia, że w Lubiewie dzieje się i radykalnie, i błyskotliwie, i gejowsko… Z miejsca angażuje czytelnika pytaniem, do którego odniesie się nieco później: „Czy Witkowski wie, co napisał?”. Skoro napisał, to pewnie wie, myślę, ale – zaciekawiona, czy Nowacki wie o czymś, o czym Witkowski nie wie – czytam dalej. Rzecz wygląda rzetelnie – są cytaty ze swoistego posłowia do Lubiewa, które jego autor umieścił na swojej stronie internetowej, jest komentarz do przewidywań Witkowskiego, że media podłączą jego książkę pod „walkę o prawa”, zrobią z niej „manifest”, „pierwszą polską książkę gejowską”. Wbrew tym obawom Nowacki nie podłącza, deklarując, że jego nie obchodzi, co media, on ma stwierdzić, czy książka jest dobra. Chwali zatem jej walory poznawcze, barwny język, wielość stylów, wspomina o aspekcie poznawczym „Lubiewa”, zastanawia się nad stosunkiem narratora do swoich bohaterów, przyznaje nawet, że czytał z zapartym tchem ów ciotowski „Dekameron”, tę przygodowo-obyczajową opowieść o obciąganiu. Oraz nadmienia, że treść książki stanowi głównie przechwalanie się miłosnymi wyczynami, a szczególnie zdobywaniem i „drutowaniem” (obciąganiem) lujów – heteryków, zazwyczaj pijaków wracających przez park, żołnierzy czy więźniów. Przyjdzie mu jeszcze do tej kwestii w drugiej części recenzji wrócić. I ten powrót oznacza zaskakujący (?) zwrot akcji.
Wygląda to tak: tolerancyjny Nowacki, przeczytawszy Lubiewo jednym tchem i uznawszy talent jego autora oraz prawo Witkowskiego do pisania o rynsztokowych wyczynach odrażających, przegiętych ciot, nad tym, że bohaterowie Lubiewa chcą „drutować” heteryków, których wcześniej, metodami plugawymi i podstępnymi, uwodzą, do porządku dziennego przejść jednak nie może. W końcu można napisać powieść o brudnych, złych pedałach, zamiast o gejach z klasy średniej z ich domkami i ogródkami, ale nie należy apoteozować rynsztokowego i agresywnego homoseksualizmu, gdyż w ten sposób – i tu następuje stwierdzenie bodaj najciekawsze – „pisarz bynajmniej nie rozbraja konfliktu, nie zbliża obu światów, lecz wręcz przeciwnie – wspiera homofobię”. A dlaczego wspiera? Ano dlatego, pisze dalej Nowacki, że owe marzenia o heteryku, owe nieczyste podboje to bynajmniej nie swoisty pedalski skansen, to się dzieje nadal, „wszak na plaży w Lubiewie spotykają się zwolennicy dawnych form, kochający inaczej pośród kochających inaczej. Ortodoksyjne „ciotki” […] nie mogą się porozumieć z eleganckimi, wysportowanymi gejami „fazy emancypacyjnej”.
Więcej – nazywają tych wyemancypowanych zdrajcami… Pominę nieistotny raczej fakt, że ostatnie stwierdzenie jest nieprawdą, gdyż właśnie udało nam się dotrzeć do punktu, w którym zdemaskowałyśmy „fałszywego przyjaciela”, że się posłużę określeniem autorstwa Kingi Dunin („Fałszywi przyjaciele” [w:] Homofobia po polsku, red. Z. Sypniewski, B. Warkocki, Sic! 2004). Bo – mimo że polityczna wymowa Lubiewa to, jak pisze, nie jego zmartwienie – Nowackiemu udało się je ocenić w kategoriach politycznych właśnie. Pod jego niechęcią do ciotek rodem z szaletu kryje się bowiem czystej wody homofobia – akceptacja „pod warunkiem, że”, poparcie pedała, ale przebranego za heteryka, niby nie dosłownie „robiącego w domu po kryjomu”, lecz po heterycku jednak – męsko, grzecznie i monogamicznie. I we własnym gronie, bo coś mi się wydaje, że najbardziej to obciąganie lujom Nowackiego przeraziło.
Może wymagam zbyt wiele. Wszak nie każdy słyszał o campie, Różnicy czy queer theory. A i my sami – geje i lesbijki – wiele robimy, aby akceptowano nas za to, że jesteśmy podobni do „reszty społeczeństwa”, a nieakceptowano nas jako innych. W końcu to nie to stadium rozwoju – skąd tu nagle Derrida, Kristeva czy Buttler, skoro my się wciąż (my, społeczeństwo) nie potrafimy zdecydować, czy się lesbijką rodzisz, czy stajesz. Albo czy to uleczalne…
Tyle że ze strony internetowej Michała Witkowskiego dowiadujemy się na przykład (a zatem i wnikliwy recenzent może, skoro się już do niej odwołuje), iż mamy teraz przynajmniej trzy współistniejące i przenikające się modele zachowań, trzy różne języki – emancypacji, szaletu i konsumpcji. I że jemu (Witkowskiemu) akurat największą rozkosz sprawia „bezinteresowne i apolityczne portretowanie kompletnie nieznanej barwności tego wszystkiego”. Znajdujemy też słowa Błażeja Warkockiego, że „gej to afirmacja i emancypacja, a queer nie prosi się o akceptację, podważa tożsamość seksualną, neguje zastane reguły…”
Także – tak, Witkowski wie, co napisał…
* * *
Krótka historia tej nieco niefortunnej recenzji ma interesujący ciąg dalszy. Tak jak Nowacki opacznie, choć, jak na nasz rodzimy dyskurs, poprawnie odczytał Witkowskiego, tak jego recenzja została cokolwiek inaczej zinterpretowana i posłużyła jako argument przeciwnikom emancypacji gejów z homofobicznego forum internetowego „Frondy”2:
Pedalstwo zawsze było w jakiś sposób związane z buntem, undergroundem, samotnością i niezgodą – także niezgodą na siebie samego i własną pedalską seksualność. Dlatego pedalstwo musi być odrażające, jak odrażające są […] przypadki bohatera „Mojego Giovanniego” Jamesa Baldwina (pedał i do tego czarnuch). Taki homoseksualizm zawsze istniał, będzie istnieć […]. Co innego geje – ich „kultura” jest oparta na strukturach grzechu, który chce być podniesiony do rangi normy. Gej nie uważa, że przez swój homoseksualizm jest zepchnięty na społeczny margines, gdzie jego miejsce, chce od innych uznania swego zboczenia za normalność. Pedał tego nie chce. Dlatego w meczu Pedały vs Geje jestem zdecydowanie za tymi pierwszymi!
I jeszcze:
„Ech, świat się kończy, kiedyś nawet pedały były lepsze” jako komentarz do pojawiającej się u Nowackiego opozycji: brudny, zły, polujący w ciemnych alejkach pedał – czysty, moralny, monogamiczny, wyemancypowany gej.
A zatem model zachowania, który jest nie do zaakceptowanie dla recenzenta „Gazety Wyborczej”, okazuje się czymś jak najbardziej pożądanym według forumowiczów „Frondy”.
Zestawienie recenzji oraz jej odczytania może posłużyć jako ilustracja poziomu świadomości tematu u poszczególnych uczestników dyskursu: forumowicz „Frondy”, homofob radykalny, uważa, że ciotki Witkowskiego, żyjąc po swojemu, sytuują się na marginesie społeczeństwa, by potwierdzić dewiacyjność swoich zachowań, a zatem swoją gorszość i swoistą nielegalność – czyli czynią zadość wymaganiom społeczeństwa, nieżyczącego sobie widzieć w nich kogoś wprawdzie innego, ale równego w zakresie praw i obowiązków chociażby. Nowacki – homofob liberalny – wolałby, aby bohaterowie Lubiewa byli reliktami przeszłości, niewyedukowanym, odchodzącym w przeszłość niewielkim naroślem na w zasadzie zdrowej, uśmiechniętej, kulturalnej i dostosowanej tkance społeczności gejowskiej.
Te dwa – pozornie skrajnie odmienne podejścia – wynikają tak naprawdę z jednego: chęci wygrania „dobrego” homoseksualizmu przeciwko „złemu”, pseudoakceptacji innego za cenę wykluczenia tego, co do wyobrażeń o tym, jaki powinien być, aby zasłużył na rzeczywiste istnienie, nie pasuje. Czyli że niby wiemy, że co pedał to obyczaj, ale wolelibyśmy, aby wszyscy odmieńcy grzecznie wepchnęli się do jednego worka i zajęli wyznaczone im przez nas miejsce…
A bohaterowie Lubiewa? Snują romansowe barokowe opowieści, wymyślają teorie na temat heteryków „całą gębą”, ich powagi, przywiązania do codzienności, auta, dziewczyny i drużyny oraz traktowania przez nich pedalskiej niewierności, matamorfoz, przebieranek jako ataku na ich heteryczny, poważny świat twardych wartości. Oraz piszą wiersze. Jak ten, który dedykuję wszystkim domorosłym teoretykom, marudzącym o ich (naszej) niezgodzie na swoją tożsamość, swój byt, swój żywioł, swoją pedalską egzystencję:
Ja ciota
będę się przejmowała
ukrywała
prosiła o akceptację
ćwiczyła na ulicy męski krok
znosiła przytyki
podkulała ogon, gdy krzykną
robiła minę zbitego psa, gdy zagwiżdżą
garbiła się i przyspieszała kroku,
gdy bekną
ubierała się po męsku, żeby się przypad-
kiem nie obejrzeli
płaszczyła przed tym samym heterycznym
sanepidem?
A rośnie mi tu kaktus?!
jeśli wywalą – nie warto było należeć
opuszczą – ktoś tam zostanie
wyśmieją, to znaczy, że pieniądze wydane
na ich piwa były stracone
Odcedzę ich przez moje sito
W tym, co zostanie, uwiję gniazdo
M. Witkowski, Lubiewo, Kraków 2005, s. 279
Na podobny temat
|
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...
Pani Kingo, powiem Pani szczerą prawd...