Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Bożek: Siła nauki Drukuj
Jakub Bożek   
03.04.2010
W kwietniu 1799 roku Humphry Davy zetknął się ze śmiercią. Bardzo blisko. Jak co dzień usiadł w fotelu ze swoim inhalatorem. To proste urządzenie składało się jedwabnego woreczka napełnionego gazem i drewnianej rurki zakończonej ustnikiem. Może nie było zbyt wymyślne, ale spełniało swoje zadanie. Davy zaciągnął się. Potem jeszcze raz i kolejny. Nagle zasłabł. Później w swoim dzienniku napisał, że czuł, jakby tonął, jakby pochłaniała go pustka. O dziwo, zachował się całkiem przytomnie i pewnie to go uratowało. Wypluł ustnik, zmierzył sobie puls (!) i wymamrotał: „Nie sądzę, żebym miał umrzeć”. Potem chwiejnym krokiem wytoczył się do przydomowego ogrodu. Upadł i trząsł się z bólu, który - jak mu się wydawało - za chwilę miał rozerwać jego klatkę piersiową. Wrażenie ustąpiło, gdy jego asystent podał mu butlę z tlenem. Ale jeszcze do wieczora Davy miał cierpieć z powodu nudności, utraty pamięci i czucia oraz nieznośnego bólu „między oczami”. Nic dziwnego. Każdy by się tak poczuł, gdyby w jego płucach znalazły się ponad trzy litry tlenku węgla, silnie trującego gazu, ulubionego przez samobójców.

Davy nie był samobójcą, tylko młodym i ambitnym naukowcem, dopiero co zatrudnionym przez Thomasa Beddoesa w bristolskim Instytucie Pneumatycznym. Beddoes był lekarzem i politycznym radykałem. Chciał powszechnego dostępu do służby zdrowia, pomagał ubogim, buntował się przeciw niesprawiedliwości i wyzyskowi. Do tych cech dołączył jeszcze jedną: fascynację nauką. Któż mógłby się mu dziwić? Przełom XVIII i XIX wieku to prawdziwa rewolucja w chemii, geologii, botanice. W 1789 francuski chemik Antoine Lavoisier opublikował swój Traité Élémentaire de Chimie. Obalił przekonanie obecne w kulturze od czasów Arystotelesa, że to cztery żywioły (powietrze, woda, ziemia i ogień) są podstawowym budulcem świata. Ich miejsce zajęły wodór, tlen, węgiel i inne pierwiastki chemiczne. To był prawdziwy przewrót kopernikański w chemii. A dokonał się nie dzięki metafizycznemu rozmyślaniu, ale długiej i ciężkiej pracy z palnikami, retortami, próbówkami. Filozofia metafizyczna po raz kolejny ustąpiła miejsca filozofii naturalnej (a ta wkrótce miała zostać nazwana nauką).

Teraz Beddoes chciał wykorzystać chemię do poprawy losu angielskich biedaków. Twierdził, że dobra inhalacja może być lekarstwem na wszystko. Potrzebował tylko dowodów. Założył ośrodek badawczy, wspomniany już wcześniej Instytut Pneumatyczny, i zaczął szukać człowieka, który by naukowo potwierdził jego hipotezę. Traf chciał, że spotkał Davy’ego, dobrze zapowiadającego się naukowca, autora eseju On Heat, Light and Combinations of Light. Wydawało się, że Davy pokłada w chemii nawet większe nadzieje niż Beddoes. Pisał: „Jesteśmy pewni, że każdemu doznaniu zmysłowemu i każdej idei towarzyszy zmiana w organicznej materii ciała. Te zmiany możemy poznać dzięki badaniu eksperymentalnemu. Poznanie ich sprawi, że dowiemy się, jakie są prawa naszego istnienia. […] W taki oto sposób chemia, narzędzie poznania praw życia, stanie się najbardziej wzniosłą i najważniejszą spośród wszystkich nauk”.

Chemia miała nie tylko poprawić jakość życia biedoty, ale stać się kluczem do tajemnicy ludzkiego istnienia, kamieniem filozoficznym romantycznej nauki. O tak, Beddoes i Davy byli dla siebie stworzeni. Już wkrótce ten ostatni rozpoczął serię eksperymentów nad leczniczymi właściwościami gazów. Ten z tlenkiem węgla nie należał do najbardziej udanych. Co nie oznacza, że pozostałe były bezpieczniejsze. Davy regularnie miał nudności i potworne migreny, często wymiotował. Ale był wytrwały i zadziwiająco zdeterminowany. Wydawca Joseph Cottle pisał o nim, że nawet zagrożenie życia nie powstrzyma go przed poznaniem faktów. I niewątpliwie miał rację. Już tydzień po wypadku Davy zaczął eksperymentować z nowym obiecującym gazem: podtlenkiem azotu, szerzej znanym jako gaz rozweselający.

Jak zwykle Davy najpierw wypróbował go na sobie. I tym razem się nie patyczkował, choć eksperyment był niebezpieczny. Po pierwsze, rozgrzane do czerwoności kryształki azotanu amonu mogły wybuchnąć. Po drugie, inhalacje mogły uszkodzić mu płuca i organy wewnętrzne. Po trzecie, wielu chemików sądziło wówczas, że gaz rozweselający to trucizna. Ale Davy nie byłby sobą, gdyby się przestraszył. Przeprowadził wiele prób i zanotował wiele ciekawych fizjologicznych efektów inhalacji. Raz z radości zaczął tańczyć po laboratorium jak szaleniec, czym trochę przestraszył swojego asystenta, doktora Kinglake’a. Swoje wrażenia uwiecznił w wierszu (Davy był poetą, albo raczej miał na niego zadatki) pod wiele mówiącym tytułem On Breathing Nitrous Oxide:

Not in the ideal dreams of wild desire;
Have I beheld a rapture-waking form;
My bosom burns with no unhallowed fire;
Yet is my cheek with rosy blushes warm;
Yet are my eyes with sparkling lustre filled;
Yet is my mouth replete with murmuring sound;
Yet are my limbs with inward transport thrilled;
And clad with newborn mightiness around.


W końcu Davy stwierdził, że podtlenek azotu nie ma żadnych właściwości leczniczych. Dla Beddoesa to był cios, ale dla Davy’ego klęska przyjaciela stała się początkiem kariery. W trakcie lat spędzonych w Bristolu Davy rozwinął się naukowo, przestał spekulować i poznał zalety metody eksperymentalnej opartej na uważnej obserwacji faktów, analizie i formułowaniu wniosków. Miało mu to przynieść wiele sukcesów i zaszczytów, zarówno społecznych i naukowych. W 1812 został nobilitowany, a osiem lat później został przewodniczącym Towarzystwa Królewskiego w Londynie (chyba najstarszej instytucji naukowej na świecie; Royal Society istnieje do dziś).

Historia życia Humphry Davy’ego to jeden z dwóch głównych wątków rewelacyjnej książki Richarda Holmesa o angielskiej nauce czasów romantyzmu. To rzeczywiście był The Age of Wonder. Bo chociaż alchemia została zastąpiona przez chemię, to poczucie grozy i podziw dla tajemnic świata pozostały dokładnie takie same. O ile nie stały się większe. Kto wie, może William Herschel (drugi główny bohater książki), gdy odkrył nową planetę, Uran, myślał o swoim renesansowym poprzedniku, Johnie Dee? Tyle że Dee wierzył że niebiańska matematyka pozwoli mu na obcowanie z aniołami. A Herschela, skromnego astronoma z Hanoweru, trawiła po prostu pasja poznania. Taka sama, jaką pewnie czuli Davy, geolog Charles Lyell, twórca idei czasu głębokiego, ówcześni aeronauci przelatujący balonami z Anglii do Francji, podróżnicy Mungo Parks i sir Joseph Banks, który z kapitanem Cookiem na podkładzie legendarnego Endeavour dotarł aż do Tahiti. To ta pasja sprawiała, że cuda nie ustawały.

Fakt, że między rokiem 1780 a 1830 (w tych latach toczy się akcja książki) dokonano tylu przełomowych odkryć, to z pewnością nie przypadek. W tych latach właśnie kształtował się współczesny wizerunek naukowca. Człowieka nauki zaczęto kojarzyć z samotnym geniuszem, który prawdziwe chwile triumfu przeżywa w momentach wiekopomnych odkryć. A te, choć są efektem ciężkiej pracy, zależą też od iskry – tego, co sprawia, że nagle prawa naturalne rządzące światem stają się jasne. Ten romantyczny obraz nauki stworzono kolektywnie, pracą wielu pisarzy, poetów i samych filozofów naturalnych (w tych czasach jeszcze nie używano słowa „naukowiec”).

Szczególną rolę w tym przedsięwzięciu odegrał David Brewster, autor Life of Sir Isaac Newton, pierwszej biografii wielkiego wynalazcy. To tam pojawia się historia z sadem i jabłkiem, chyba najbardziej znany przykład tego, co Holmes nazywa „Eureka moment”. To pewnie dzięki tej historii większość z nas pracę naukową kojarzy raczej z przebłyskami geniuszu, a nie z mniej lub bardziej nudną pracą w laboratorium, gdzie więcej jest błędów i porażek niż wielkich sukcesów. Zresztą sami naukowcy zrobili wiele, byśmy tak o nich myśleli. Herschel w artykułach publikowanych w „The Proceedings of Royal Society” przedstawił zupełnie inną historię odkrycia planety niż w swoim dzienniku. W piśmie naukowym opisał prosty proces dochodzenia do prawdy, obserwacji i testowania nowej hipotezy. Tymczasem w notatkach czytamy o jego wahaniach, błędach i kolejnych próbach. Znaczące jest też to, że w artykułach naukowych pisał, że odkrycia dokonał podczas jednej nocy. W rzeczywistości zajęło mu to więcej czasu, około trzech, czterech dni. Czy powinniśmy go potępić za te drobne kłamstewka? Nie, ponieważ z faktów i fikcji tkał prawdziwą opowieść o świecie i człowieku. Tak, nauka to też kreacja i mit. A my potrzebujemy tego mitu.

Zapewne to dzięki niemu romantyczni naukowcy świetnie się dogadywali z romantycznymi poetami. O Herschelu pisali Keats („Much have I travelled in the Realms of Gold…”, napisał po jednej szczególnie udanej astronomicznej sesji) i Erasmus Darwin (dziadek „tego” Darwina). A Davy przyjaźnił się z Coleridgem. Poeta cenił naukę, ponieważ czuł, że otwiera to, co w ludziach najlepsze (nadzieję, „uczucia moralne”, tęsknotę za lepszym światem) na przyszłość. Dla Coleridge’a nauka była czymś więcej niż siłą postępu, była poezją i sposobem urzeczywistnienia marzeń. To dlatego zawsze oponował, gdy któryś ze znajomych poetów deprecjonował jej osiągnięcia i oskarżał o odczarowanie świata.

The Age of Wonder przypomina, że nauka, polityka, kultura i historia wspólnie czerpią ze źródła ludzkiego geniuszu (choć dziś raczej powiedzielibyśmy innowacyjności i kreatywności). Tam, gdzie ludziom wzbrania się z niego korzystać, możliwe są jedynie smutne i leniwe peryferia. Nie bez powodu Anglicy, Francuzi i Niemcy robili wiele, by nauka rozwijała się prężnie. Dziś Chińczycy gonią Amerykanów w liczbie publikacji i patentów. Dobrze wiedzą, że nauka to podstawa rozwoju gospodarczego. Jednak nie tylko. To też nowe sposoby organizacji życia społecznego, nowe środki komunikacji i nowa etyka. Nie przypadkiem Alain Badiou wymienia naukę jako jedną z „procedur prawdy”. Dobrze wie, że rewolucyjne odkrycie może wywołać rewolucję. To dlatego nie zgadzam się z Tomaszem Piątkiem, gdy pisze: „Jakieś laboratoria (często zresztą na „peryferiach zachodniego świata”, w Azji) produkują coraz więcej świecąco-piszczących gadżetów. A i cenne wynalazki sprowadzane są do poziomu świecąco-piszczących gadżetów przez współczesny marketing. To chyba nie jest ten rozwój, do którego chcemy aspirować”.

Nauka to nie laboratoria i świecąco-piszczące gadżety. To siła, która przynosi prawdę i zmienia świat. Tak samo jak polityka, sztuka i miłość. Zacznijmy doceniać jej emancypacyjny i polityczny potencjał.

Richard Holmes, The Age of Wonder: How the Romantic Generation Discovered the Beauty and Terror of Science, Vintage 2009.
Komentarze
Dodaj nowy
step  - Tu Tomasz Piątek   |07.04.2010 05:33:54
Nie widzę tu jakiejś niezgody między nami

Ja się zgadzam, że nauka może
dokonywać rzeczy wielkich, pięknych i dobrych

Ja tylko ubolewam nad tym, że
ten Tytan został osiodłany przez kupczyka najniższego sortu
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 03.04.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.75794 Seconds