|
Joanna Rajkowska
|
|
31.03.2008 |
Jadę z Łużyc, z wioski Uhyst, pociągiem z Drezna. Europa żegna mnie
śniegiem i lodowatym wiatrem. Jestem na lotnisku Tegel w Berlinie. Dziś
nad ranem będę w Tel Avivie. O 3.30 wysiądę z samolotu Lufthansy. Może
nie będą mnie nie sprawdzać, Niemcy już dostatecznie udowodnili, że
mają poczucie winy za Holocaust.
Na razie siedzę wciśnięta między szaroczarnymi niemieckimi
biznesmanami, w mojej jaskrawożóltej kurtce z jaskrawożółtą torbą. Mam
dziwną plamę na powiece, coś jakby wylew. Żeby to ukryć kupiłam w
sklepie Bodyshopu ciemnobrązowy cień do powiek i w toalecie szybko
pomalowalam powieki. Wyglądam jak papuga co ma źle zamaskowane limo.
Na Hauptbahnhof w Berlinie siedziałam w kafejce z Arabami, jakby żywcem
przeniesionymi z Jenin. „Jadę do was, koledzy” mówiłam sobie po
cichutku. „Jadę, nie wiem bardzo wiem co z tego wyniknie, ale jadę”.
Program pobytu mam rozpisany co do dnia.
Trochę się martwię, że stracę moją internetową pracę przez to
podróżowanie. Byłby to straszny kłopot, bo nie mam żadnej alternatywy,
żadnego innego źródła utrzymania. Na razie myślę tylko o długiej
drodze, która mnie czeka: Berlin – Frankfurt – Tel
Aviv – Jerozolima – Ramallah – Jenin. I bardzo się cieszę.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 31.03.2008 )
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...