|
10.05.08
Dwa dni pod znakiem Hebronu.
Właśnie wróciłam, bardzo zmęczona, sama nie wiem dlaczego. Położyłam się w moim pokoju, nakryłam kolorową narzutą i leżałam ze dwie godziny słuchając muzyki, prawie zasypiając. Muzyki stąd. Rzadko to robię. Tu nie mogę żyć bez dźwięków. Dżenin, Tulkarem, Ramallah, Hebron, Susya, Yatta, Betlehem, Aroup, wszystko jest pasmem dźwięków: krzyki, klaksony, rozmowy, Zachodni Brzeg jest bardzo głośny.
Ugotowałam dwie kolby kukurydzy na kolację i usiadłam w tee-coffee-room’ie hosteliku. Przysiadł się do mnie facet, który tu pracuje, Jordańczyk, który życie spędził w Kalifornii. Zapytałam dziś czemu wrócił. Rozwód, załamanie nerwowe, nawrócenie, Jezus Chrystus.
Coś jest bardzo pięknego w tym człowieku, dobry, kamienny prawie spokój. Ma zawsze lekko przymknięte oczy. Powiedział, że kiedy próbował pokonać depresję, to czytał. Biblię, książki. Czytał bez przerwy, osiem godzin dziennie. Tu też czyta. Siedzi na fotelu, na szczycie schodów, tuż nad sklepem warzywnym w bramie, w mocnym zapachu mięty, jabłek, bakłażanów i ogórków. I czyta.

Hebron zaczął się wczoraj bardzo wcześnie rano. 8.30 punkt stałam naprzeciw Centralnego Dworca Autobusowego w Jerozolimie, czekając na autobus wraz z grupą Kanadyjczyków, Brytyjczyków, gejów ze Szwecji i bardzo starszej pary z Izraela. Ta para była tak wzruszająca, że nie mogłam oderwać wzroku. Bardzo starsi, koło osiemdziesiątki, piękni, kiedy zagadywali mnie, mężczyzna zawsze pytał – Deutch or English?? Po chwili zapominał o odpowiedzi, mówił do mnie po niemiecku, żona go strofowała, a po pięciu minutach znów pytał – Deutsch or English?
Była to wyprawa zorganizowana przez ludzi z Breaking the Silence – Shovrim shtika – Przełamując milczenie. W autobusie przywitał nas Yehuda Shaul, były żołnierz.
Yehuda jest jednym z założycieli tej organizacji – grupy byłych żołnierzy armii izraelskiej, którzy zdecydowali się mówić o tym, czym w istocie jest izraelska okupacja. Co to znaczy stać osiem godzin na checkpoincie. Co to znaczy operacja „friend“. Jak wygląda taktyka „bycia obecnym“ w Hebronie. Jak armia izraelska wykorzystuje palestyńskie dzieci, żeby zapewnić sobie spokojny patrol.
Yehuda opowiedział nam najpierw jak to się stało, że Breaking the Silence istnieje. Zaczęło się od wystawy fotografii w 2004, na której byli żołnierze, tuż po zakończeniu służby w Hebronie postanowili pokazać swoje codzienne doświadczenia w armii. Nie te najbardziej szokujące zdjęcia. Raczej te, które po prostu miały informować, opowiedzieć co było dla żołnierzy normalnością tak zwyczajną, że niewidoczną. Bodźcem do zorganizowania tej wystawy była niemożność przekazania tych doświadczeń w inny sposób, niemożność mówienia o tym, brak języka, brak odwagi. A może przede wszystkim to, że społeczeństwo izraelskie nie chce wiedzieć. Mechanizmy wyparcia są niewiarygodnie skuteczne. Takie na przykład jak prosta, psychologiczna metoda – celebracja własnej traumy. Izraelczycy byli zszokowani wystawą. Żołnierze zostali postawieni przed sądem. Za co? Za wykonywanie rozkazów.
Yehuda powiedział coś bardzo istotnego.
Jako dowódca kompanii, trzy, cztery miesiące przed zakończeniem służby nie miałem wiele do roboty. Siedziałem i myślałem co się ze mną stanie. I nagle uświadomiłem sobie, że straciłem wszystkie argumenty usprawiedliwiające to, co robiłem przez ostatnie trzy lata.
Yehuda to wielki, grubawy, mocny gość. Taki, z którym człowiek chciałby spędzić trochę czasu i napić się piwa. Ma w sobie skanalizowaną energię, mnóstwo energii. I cień jakiś.
Hebron to jedyne palestyńskie miasto na Zachodnim Brzegu, w którego centrum są żydowskie osiedla. Osady są nielegalne w świetle prawa międzynarodowego. W 1968, rok po zakończeniu wojny sześciodniowej, kiedy Izrael przejął kotrolę nad Hebronem, zjawili się tu osadnicy i już nie opuścili miasta.
Miasto przeżyło dwie masakry – w 1929 roku muzułmanie zabili 69 Żydów, 60 innych zostało rannych.
W 1994 Baruch Goldstein otworzył ogień do modlących się w Meczecie Ibrahimi muzułmanów i zabił 29 osób.
W 1997, aby zapewnić bezpieczeństwo paru setkom (600-800) osadników miasto zostało podzielone na dwa sektory – H1 i H2. W H2, tam gdzie jest Stare miasto, Grób Patriarchów i wszystko co czyni Hebron Hebronem, są właśnie osiedla. Żyje tam, lub raczej próbuje żyć 30000 Arabów, w H1 – pozostałe 120000.
W sektorze H2 palestyńskie rodziny są przedmiotem codziennych ataków osadników, którzy na podwórka i dachy domów wrzucają śmieci, ekskrementy, pampersy, nieczystości. Żydowskie mamy uczą dzieci jak celnie rzucać kamieniami w Arabów i turystów. Przemoc osadników graniczy z histerią. Armia nie reaguje.
H2 to apartheidowy system dróg – są takie, po których Palestyńczycy w ogóle nie mogą się poruszać, takie po których nie mogą prowadzić swoich samochodów, takie przy których nie mogą mieć sklepów. Są też kombinacje tych trzech kategorii.
Najbardziej tragiczny przykład to ulica Al-Shuhada. Pilnie strzeżona wewnętrznym checkpointem eklawa żydowska. Zostało tam dosłownie parę palestyńskich rodzin. Do niedawna nie mogli się poruszać po ulicy, więc jedyną komunikacją ze światem był dach. Odblokowano niedawno ten zakaz, ale Yehuda opowiadał, że są takie ulicy, przy których całkowity zakaz poruszania się wciąż obowiązuje. Takie domy są małymi więzieniami. Okna, drzwi i balkony są za kratami, ponieważ osadnicy niemal co dnia wybijają szyby i wyłamują drzwi.
Arabski Hebron umiera. Kolejne ulice są zastawiane wielkimi blokami z betonu, kolejne sklepy są zamykane. Nakokoło miasta rośnie wieniec żydowskich osiedli. 42% arabskich domów w centrum Hebronu zostało opuszczonych, 77% arabskich firm – zamkniętych.  
Yehuda zdążył nam opowiedzieć to wszystko zanim dotarliśmy do checkpointu i zatrzymali nas osadnicy, policja, wojsko i wewnętrzne firmy ochroniarskie osiedli. Przed autobusem szlaban się zamknął. Wszyscy wyjęli kamery. Yehuda filmował policjantów i sam był filmowany przez nich, jak i przez atakujących go osadników. Rozpoczęły się trwające jakąś godzinę negocjacje, nerwowe telefony Yehudy do prawników, krzyki, nerwówka. Decyzja w koncu zapadła – możemy przekroczyć checkpoint pod warunkiem, że nikt nie wysiądzie z autobusu. Jeśli wysiądziemy, zostaniemy aresztowani. Okej. Postanowiliśmy jechać, wysiąść i zostać aresztowani. Ruszyliśmy. Brama znowu się zamknęła, nikt po tamtej stronie nie oczekiwał takiej decyzji. Wysiedliśmy, otoczyli nas osadnicy z kamerą, krzyczeli po hebrajsku. Nikt z nas nie niczego rozumiał. Yehuda to streścił – opisywali go jako kupę gówna i mówili o tym, że Hebron jest żydowski. Ciężko było patrzeć na jego twarz – boleśnie ściągnięte rysy, maska.
Kiedy tak staliśmy i czekaliśmy, nagle pojawiła się laweta z czołgiem, prawdziwym, nowiuteńkim czołgiem z wielką flagą izraelską.
Nie, nie mieli prawa nas zatrzymać. Ale tak wygląda egzekucja prawa w Izraelu. Prawo wojenne [military law] polega na tym, że decyzje na bieżąco podejmuje armia, odpowiednia jednostka na miejscu wydarzenia. Swoich praw można jedynie dochodzić w sądzie.
Pojechaliśmy gdzie indziej, ale o tym opowiem następnym razem. Również o tym na czym polega operacja „friend“, taktyka „bycia obecnym“ w Hebronie i o sposobie wykorzystywania dzieci przez armię.
 Nazajutrz rano spakowałam plecak i poszłam na maleńki palestyński dworzec autobusowy, pojechałam „serwisem“ do checkpointu koło Betlehem. Mój ojciec ma takie, obrzydliwe dosyć, powiedzenie – jeśli cię wyrzucą drzwiami, wróć oknem. Dziś najwyraźniej przyszedł ten moment.
Przeszłam przez największy checkpoint jaki w życiu widziałam. Meandry barier, tony betonu, obrotowe zębate bramki, szyby kuloodporne, systemy zapór. No i mur. Ten fragment muru jest najbardziej widowiskowy. Wydaje się wyższy niż gdzie indziej, choć pewnie nie jest.
Przeszłam więc przez labirynt, a po drugiej stronie powitały mnie kpiarskie graffiti Banksy’ego. Wielkie jak mur i bardzo ok. Drugą niespodzianką były uśmiechy palestyńskich taksówkarzy, którzy czekali na takich frajerów jak ja. Bo w szabat, mimo że to żydowskie swięto, serwis do checpointu po drugiej stronie muru jest nieczynny. Zaczęłam negocjować.
- 200 shekels. Two ways – to Hebron and back.
- No way. - Postanowiłam być twarda.
- You know how much gasoline…
- No way. From Ramallah to Jenin is 2 hours and you pay 200 shekels. How long does it take to go to Hebron? 30 minutes? – trochę zaniżyłam cenę do Dżenin, ale wiem, że samo słowo Dżenin działa jak klucz. Nie pomylilam się.
- Ok, 150 shekels and I can wait for you 2 hours in Hebron.
Spojrzałam na faceta i spodobał mi się.
- Ok. 75 shekels one way. Allright.
Zakumplowalam się z nim po drodze. Miał na imię Timin. Rozpłynął się, kiedy się okazało, że wiem co to Aroup Refugee camp, który mijaliśmy.
Razem więc łaziliśmy po Hebronie. Wziął mnie do meczetu, tam gdzie są groby Abrahama, Sary i Izaaka. Potem poszliśmy w stronę żydowskiej enklawy. Zapory, bramki, beton. Dwóch żołnierzy na początek. Jeden z nich miał bardzo zmęczoną twarz. Trzymał swoje M-16 jakby trzymał dziecko, ale to dziecko najwyraźniej mu strasznie ciążyło. Pytania, pytania. Polska, nie, nie prasa. Ok, go.
Idziemy dalej, wymarłe miasto, zabite na głucho arabskie sklepy, kolejne betonowe zapory, wieżyczki obserwacyjne, siatki maskujące. Pole bitewne. Żywego ducha. Nagle zaczęłam się śmiać. Przed zamkniętymi bramami poarabskich sklepów zasadzono kwiaty, jakieś takie pnącza, co zdążyły porosnąć parę bram. Jak ładnie i estetycznie. Najwyraźniej mieszkańcy nie mogli znieść widoku pustki.
Nagle jakieś zamieszanie. Policja, wojsko. Timin został wylegitymowany. Podobno Palestyńczycy nie mogą się tędy poruszać. Ok, ale pozwolono nam wcześniej, argumentowałam. Nieprzyjemna sytuacja, przeraziłam się, że go zatrzymają. Wysłali po nas tego biedaka ze zmęczoną twarzą, który nas puścił. Eskortowani przez M-16 wracaliśmy z powrotem.
- How many settlers live here? Zapytałam, choć znałam odpowiedź.
- 700 hundreds or so.
Milczenie. Teraz on pyta.
- How many Palestinians?
- 150000 - 160000.
- You see.
- I see.
- Must be hard to serve here.
- Terribly hard. Spuścił głowę.
To był dzieciak. Miał jasną twarz. Widać, że wszystko go bolało. Jakby mógł to by krzyczał.
W następną żydowską enklawę weszłam już sama – byla to słynna ulic Al-Shuhada. Poleciały na mnie kamienie. Żołnierze stali obok. Nie reagowali.
Muszę odpocząć od tego strumienia nieszczęścia, bo tracę zdolność opisu. Muszę stąd wyjechać.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...