|
Niedzielna projekcja filmu Agnieszki Arnold - jedno z
wydarzeń inaugurujących działalność lokalu „Krytyki Politycznej” - z pewnością
na długo zapadnie w pamięć uczestnikom spotkania. Podobnie jak dzień wcześniej,
redakcja wypełniła się do granic wytrzymałości, a część widzów mogła
kontemplować jedynie ścieżkę dźwiękową, gdyż na sali, w której wyświetlano
film, trudno było wcisnąć choćby szpilkę.
Film „Niepodległość bez cenzury”
poświęcony jest postaci Karola Modzelewskiego, którego nazwisko, jak napisał w
sobotniej „Gazecie Wyborczej” Tadeusz Sobolewski: w historii Polski kojarzy
się z „Listem otwartym do członków PZPR” napisanym wspólnie z Jackiem
Kuroniem w 1964r. Modzelewski jest jednak kimś więcej niż tylko odważnym
krytykiem PZPR-owskiej biurokracji. Jest on przedstawicielem nielicznej
dziś formacji, która nie wyobrażała sobie lewicowości bez ziarna buntu i nie
bała się słowa „rewolucja”.
W dyskusji, którą po projekcji poprowadził Sławomir
Sierakowski, wzięli udział Andrzej Celiński, polityk SdPl, w latach 70. działacz KOR, oraz Seweryn Blumsztajn, dziś redaktor „Gazety
Stołecznej”, niegdyś - „Biuletynu Informacyjnego KSS KOR”. Obaj musieli
ustosunkować się do postaci Modzelewskiego jako „wiecznego dysydenta”. I to
tłumaczenie się dyskutantów ze swojego usadowienia w głównym nurcie polskiej
sceny politycznej po 1989 r. wypełniło znaczną część wieczoru. Oś sporu
wyznaczał jednak chyba przede wszystkim stosunek do tłumu. Modzelewski,
zafascynowany polskim „Październikiem” - kiedy, jak mówi w filmie, pierwszy raz
doświadczył tłumu jako społecznego fenomenu - nie przypisuje tłumowi
negatywnych konotacji, jakie się z nim na ogół wiąże. Z kolei Celiński - i nie jest on w tym jakimś wyjątkowym
przypadkiem - nie dostrzega w tłumie
niczego prócz tkwiącej korzeniami w feudalizmie masy, niezdolnej poczuć się
współgospodarzem politycznej wspólnoty. Żądającej od władzy, niczym od
średniowiecznego pana, jedynie ochrony przed klęskami żywiołowymi i zapewnienia
minimum egzystencji.
Atmosfera była gorąca nie tylko ze względu na panujący tłok.
Jak pisze w komentarzu pod informacją o spotkaniu użytkownik portalu KP
podpisujący się jako „krak”: Potem wybuchła awantura, bo dwie feministki
usiłowały – jeśli dobrze rozumiem - zwrócić uwagę, że film Agnieszki Arnold
zrobiony jest z pozycji anachronicznych i tradycjonalistycznych. To wywołało
gwałtowne i obelżywe reakcje części obecnych, a niektórzy w proteście po prostu
wyszli. Nawet nie chcieli poznać bliżej punktu widzenia, który pewnie w ogóle
nie przyszedł im do głowy. Ale może by nie wyszli, gdyby Kinga Dunin nie użyła
na wstępie sformułowania „stetryczałe dziadki” o tych, co to ich młodzi chcą
mieć za autorytety?
Niedzielna dyskusja ujawniła pęknięcie, jakie panuje dziś w
lewicowej kulturze politycznej. Z jednej strony tradycja lewicowej polityki,
walki i oporu przeciw różnym postaciom ucisku, która znajduje najwyżej
ograniczoną kontynuację w aktualnych konfliktach. Z drugiej strony nowe
wyzwania, paląca świadomość ucisku, jakiemu w dzisiejszej Polsce podlegają
kobiety, związkowcy, geje i lesbijki i wiele innych grup. Łączy nas to, że nie
zgadzamy się z dominującym wśród liberalnych elit mitem, zgodnie z którym rok
1989, będąc ostatecznym zwycięstwem nad niesprawiedliwym systemem,
usprawiedliwia niejako z góry wszelkie niesprawiedliwości nowego systemu. Jedni
z nas chcą jednak kontynuować lewicową tradycję w tej samej formie, nie
dostrzegając nowego kontekstu. Inni, zwracając uwagę przede wszystkim na nowe
wyzwania, mają skłonność do zaczynania zawsze od początku, ignorując siłę, jaką
daje posiadanie własnej przeszłości. Czy uda się powiązać przeszłość i
przyszłość lewicy, jest pytaniem otwartym. Gra będzie trudna, ale karty już
leżą na stole.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...