|
Agnieszka Kołodyńska: Klika dni temu,
podczas spotkania z widzami, mówił Pan, że uważa się za reżysera
umiarkowanego. Co to znaczy?
Andrzej Żuławski: -
To, co kiedyś bywało obrazoburcze, dziś już nie jest szokujące. A
filmy, które robiłem nie były wymyślone by szokować. Były robione z
ogromna szczerością. Po prostu tak widzę świat, tak chcę go pokazywać,
takie kino kocham. Nudzę się, jeśli nie jest wystarczająco
skondensowane i w przyspieszonym tempie. Moje filmy, te najbardziej
drapieżne, w tej chwili są niczym w porównaniu z tym, co dziś się
wyprawia na ekranie!
Polska krytyka i widzowie zupełnie inaczej zareagowali na Pana filmy niż publiczność francuska. Negowali zamiast podziwiać?
-
Nasza, skądinąd wspaniała, polska kultura zaścianków, nazywana
szlachecką, a tak naprawdę wsiowa, ciągle żyje. Na odbiór moich filmów
złożyły się też ciężkie losy tego kraju po 1939 roku: żeby przetrwać,
ludzie trzymali się tzw. wartości rodzinnych, patriotycznych. To nie
skłania specjalnie do kochania, czegoś co wykracza poza te ramy, co
jest zupełnie inne. U nas jeżeli baba sobie pozwoli na przyczepienie
penisa do krzyża, to wybucha afera na skalę całego społeczeństwa! Moje
kino nie jest w polskich gustach i może naprawdę się tu nie podoba?
Wiele wspaniałych
aktorek zagrało u Pana role swojego życia - Isabelle Adjani, Sophie
Marceau, Romy Schneider. Wiedział Pan, że te role będą dla nich
przełomowe?
- Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Z
reguły brałem aktorki młode, za wyjątkiem Romy Schneider, która już
była artystką z dużym stażem. Pracowałem z dziewczynami z małym
doświadczeniem, ale na tyle dużym, żeby zaakceptował je producent. To
była zawiła gra między tym, co się naprawdę chce, a co się może dostać.
One stawały się wspaniałymi aktorkami, dopiero po filmach, które
robiliśmy razem. To dla mnie wielka satysfakcja.
Nie udało się to Iwonie Petry. Po „Szamance” w wywiadach opowiadała, że praca z Panem zniszczyła ją psychicznie.
-
To był jedyny w moim życiu zawodowym przypadek dziewczyny wziętej z
ulicy. Przeczytała scenariusz, chciała grać. I zagrała, moim zdaniem
bardzo dobrze, choć film został źle przyjęty. Jednak jako człowiek
okazała się bardzo nielojalna. Nie chcę i nie lubię o tym mówić.
W
„Błękitnej nucie” pokazał Pan zupełnie inny wymiar związku Chopina z
George Sand - ona go tam wykańcza. Jak bardzo kobieta może zniszczyć
mężczyznę?
- Ups! Nie lubię uogólnień, bo są z reguły
głupie. Chciałem pokazać wyłącznie ich relację. „Błękitną nutę”
zrobiłem, bo bardzo kocham muzykę i Chopina. Poza tym mniej więcej
wiem, jak to jest być we Francji, nie będąc Francuzem. George Sand była
osobą niezmiernie pożyteczną w życiu społecznym i politycznym Francji -
pierwsza aktywna lewicująca feministka, ale równocześnie piekielnie
bogata hrabina. Wprawdzie nie robiłem filmu o niej, ale pokazałem, to
co o niej wiem. To prawda, że wyrzuciła Chopina z domu, gdy już w
zaawansowanym stadium gruźlicy nie mógł udzielać lekcji muzyki i nie
zarabiał. Chopin mówi w filmie do malarza Delacroix, że była
najbrzydszą kobietą, jaką spotkał, że się jej przestraszył.
Jednocześnie bolał nad tym, że ona go nie wpuszcza do łóżka! Wbrew
temu, co się sądzi ten delikatny Chopin był bardzo jurnym mężczyzną.
Ona go zdemolowała. Po rozstaniu z nią nie napisał ani jednej nuty
nowej muzyki. „Błękitna nuta” to jest jedyny film, który stara się o
tym powiedzieć na serio, a nie udawać.
Na festiwalu Era Nowe Horyzonty
pokazywany jest film Petera Greyera „Jezus Chrystus Zbawiciel”, zapis
występu Klausa Kinskiego w Berlinie w 1971 roku. Jak Pan wspomina pracę
z nim przy filmie „Najważniejsze to kochać”?
- To był
aktor wcielony. Jeśli zastanowi się Pani nad aktorstwem, nad jego
blaskami i cieniami, nad głupotą totalną i zarazem przenikliwością, to
znajdzie Pani jedną odpowiedź: Klaus Kinski. Obdarzony aktorskim
geniuszem był jednocześnie niebywale głupim i nieznośnym człowiekiem.
Na szczęście nie doświadczyłem tego, bo gdy go brałem do filmu, był na
dnie swojej kariery. Nikt go więcej nie chciał angażować, bo Kinski
znaczyło narkotyki, awantury, pijaństwo, rozbijanie samochodów. Nie
chcieli go nawet w spaghetti westernach w Rzymie. Chciałem go ze
względu na jego niebywałą, teatralną niemiecką karierę i fakt że był
pierwszym powojennym Hamletem w ruinach Berlina. To był aktor z
legendą, piekielnie zdolny i miał niebywałą twarz. Przyjął u mnie rolę,
bo wiedział, że jeśli dobrze zagra, będzie miał znów propozycje. Po tym
filmie wystąpił w kilku francuskich, a później wziął się za niego
Werner Herzog.
Pana syn Xavery też jest reżyserem. Spodziewał się Pan, że pójdzie w Pana ślady?
-
On robi zupełnie co innego. Kiedy powiedział, że idzie do szkoły
filmowej, spadłem z krzesła. Jego mama Małgosia [Braunek - red.]
wychowywała go na zdurniałego buddystę, który siedzi na szczycie góry i
medytuje uważając wszystkie nasze wysiłki za nic nie warte. Okazało się
jednak, że chce w życiu robić coś innego niż klepanie koreańskich
modlitw. Kiedyś w jakimś wywiadzie powiedział, że filmy robi po to,
żeby lepiej mnie zrozumieć. Niebywale się wzruszyłem. O robieniu filmów
raczej ze sobą nie rozmawiamy. Nie znałem nawet scenariusza jego
„Chaosu”. Jestem jednak zadowolony z tego, że on się nie pomylił
wybierając kierunek swojego życia.
Źródło: Gazeta Wyborcza Wrocław, 25 lipca 2008.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...