Przyjrzyjmy się jednemu z obrazów Wilhelma Sasnala, Bombie atomowej
z 2003 roku. To prosta kompozycja przypominająca obrazy Marka Rothko -
biały środek otacza żółta, stiukopodobna farba - domyślamy się, że
przedstawia atomową eksplozję. Od razu jednak rzuca nam się w oczy brak
związku między obrazem a tytułem: to tytuł pozwala nam spojrzeć na
obraz w nowy sposób, „rozpoznać” w nim atomową eksplozję oraz nieudaną
próbę jej dokładnego przedstawienia. Nie chodzi jedynie o to, że
malarstwo nie jest w stanie rzeczywiście oddać atomowego wybuchu -
chodzi o coś bardziej radykalnego, tego rodzaju wydarzenia nie sposób
nawet postrzegać jako części naszej rzeczywistości. Dzieje się tu coś
mocniejszego: nie rzeczywista destrukcja, ale destrukcja samych współrzędnych tego, czego doświadczamy jako rzeczywistości.
W jaki sposób obraz może sięgnąć takiego ekstremum? W tym eseju
chciałbym umieścić malarstwo Sasnala w historii sztuki nowoczesnej jako
pewnego rodzaju kulminację jej wewnętrznej logiki. []
Jednym z najlepszych sposobów na zlokalizowanie tego przełomu
między sztuką tradycyjną a nowoczesną jest być może odniesienie się do
niego za pośrednictwem obrazu, który zajmuje miejsce „znikającego
pośrednika” między tą parą. Chodzi o (nie)sławne L'Origine du monde
Gustawa Courbeta, torso bezwstydnie obnażonego i podnieconego kobiecego
ciała, skupione na jej genitaliach. Obraz ten, który dosłownie zniknął
na niemal sto lat, został ostatecznie znaleziony po śmierci Jacquesa
Lacana wśród jego dobytku. L'Origine oddaje impas (lub ślepy
zaułek) tradycyjnego malarstwa realistycznego, którego najważniejszym
celem - nigdy nie okazywanym w pełni i otwarcie, ale zawsze
pozostawionym w domyśle, obecnym jako swego rodzaju ukryty punkt
odniesienia, poczynając od Verweisung Albrechta Dürera - było
oczywiście nagie i absolutnie zseksualizowane ciało kobiece jako
najważniejszy obiekt męskiego pożądania i spojrzenia. Obnażone ciało
kobiety jest zatem niemożliwym obiektem. Właśnie z powodu tej
nieprzedstawialności funkcjonuje ono jako ostateczny horyzont
przedstawienia, którego domknięcie jest wciąż odkładane - mówiąc w
skrócie, jako lacanowska kazirodcza Rzecz. Jej nieobecność, Pustka po
Rzeczy, zostaje wypełniona przez „sublimowane” obrazy pięknych, ale nie
całkiem obnażonych, kobiecych ciał (tzn. przez ciała, które zawsze
podtrzymują minimalny dystans wobec Tego). Jednakże kluczowym momentem
tradycyjnego malarstwa (lub raczej stojącą u jego podstaw iluzją) jest
to, że „prawdziwe” kazirodcze nagie ciało mimo wszystko czeka tam na
swoje odkrycie - mówiąc w skrócie, iluzja tradycyjnego realizmu nie
polega na wiernym oddaniu obrazowanych obiektów. Chodzi w niej raczej o
wiarę, że ZA przedstawionymi obiektami, ZNAJDUJE się ostatecznie
absolutna Rzecz, którą można posiąść, jeśli tylko pokonamy wszelkie
przeszkody lub zakazy, które bronią nam do niej dostępu. Courbetowi
udało się dokonać gestu radykalnej desublimacji: podjął ryzyko i
poszedł do końca drogą bezpośredniego pokazania tego, co dotychczasowa
sztuka realistyczna tylko markowała jako nieobecny punkt odniesienia -
rezultatem tej operacji jest oczywiście (ujmując to w kategoriach Julii
Kristevej) przeistoczenie wzniosłego obiektu w abiekt [abject],
coś odrażającego, obrzydliwego i oślizgłego. (Mówiąc dokładniej,
Courbet po mistrzowsku kontynuował badanie tej nieostrej granicy, która
oddziela wzniosłość od ekskrementów: kobiece ciało w L'Origin
zachowuje cały swój erotyczny magnetyzm, ale staje się odpychające
dokładnie z powodu tego niezmiernego przyciągania.) Gest Courbeta jest
zatem ślepym zaułkiem, ślepym zaułkiem tradycyjnego malarstwa
realistycznego - ale właśnie w związku z tym, jest on niezbędnym
„pośrednikiem” między sztuką tradycyjną a nowoczesną. Reprezentuje on
gest, który trzeba było wykonać, by „oczyścić pole” dla wyłonienia się
modernistycznej sztuki „abstrakcyjnej”.
Wraz z Courbetem skończyła się gra polegająca na odnoszeniu się
do zawsze nieobecnego „realistycznego” i kazirodczego obiektu. Załamuje
się struktura sublimacji a przedsięwzięcie modernizmu polega na
odbudowaniu sublimacyjnej matrycy (minimalnej luki oddzielającej Pustkę
po Rzeczy od wypełniającego ją obiektu) poza tymi „realistycznymi”
ograniczeniami, tzn. poza wiarą w realną obecność kazirodczej Rzeczy za
zwodniczą powierzchnią obrazu. Innymi słowy, dzięki Courbetowi
dowiadujemy się, że za tym wzniosłym pozorem nie ma żadnej Rzeczy, że
jeśli przebijemy się przez wzniosły pozór do Rzeczy samej, znajdziemy
tam tylko duszącą obrzydliwość abiektu - a zatem jedynym sposobem na
odbudowanie minimalnej struktury sublimacji jest bezpośrednie
przedstawienie samej Pustki, przedstawienie Rzeczy jako
PustkiMiejscaRamy pozbawione iluzji, że owa Pustka jest podtrzymywana
przez jakiś kazirodczy Obiekt. Możemy teraz pojąć w jaki dokładnie
sposób (choć może to brzmieć paradoksalnie) Czarny kwadrat Malewicza jako obraz tak brzemienny w skutki dla modernizmu jest prawdziwym kontrapunktem (lub odwróceniem) L'origine
U Courbeta otrzymujemy samą kazirodczą Rzecz zagrażającą implozją
Prześwitu, Pustki, w której (potencjalnie) mogą się pojawić (wzniosłe)
obiekty. Z kolei u Malewicza otrzymujemy coś dokładnie odwrotnego:
matrycę sublimacji w jej najbardziej elementarnej formie, zredukowanej
do nagiego zaznaczenia dystansu między pierwszym planem a tłem, między
absolutnie „abstrakcyjnym” obiektem (kwadratem) oraz zawierającym go
miejscem. „Abstrakcyjność” malarstwa modernistycznego należy zatem
pojmować jako reakcję na nadobecność najważniejszego „konkretnego”
obiektu - kazirodczej Rzeczy - która to nadobecność przekształca Rzecz
w obrzydliwy abiekt, tzn. przemienia wzniosłość w ekskrementalny
eksces.
Tłumaczenie: Julian Kutyła
Fragment książki Sasnal. Przewodnik Krytyki Politycznej, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej 15 grudnia 2007.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...