NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

polska_OST_NEW01m.jpg

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Sasnal: Złe emocje napędzają mnie do pracy Drukuj
Wilhelm Sasnal w rozmowie ze Sławomirem Sierakowskim   
23.11.2007
Sławomir Sierakowski: Jak ty sam opisałbyś dzisiaj swoją ewolucję artystyczną?

Wilhelm Sasnal: Wyodrębniłbym przede wszystkim w niej wątki ciągle żywe i już zamknięte. Po tym już można się zorientować, co zmieniało się w tym, co robiłem. Na wystawę w Zachęcie swoje prace podzieliłem na kilka części i ponazywałem je: „historia”, „Polska”, „Żyd”, „psychodelia”, „muzyka”. To są zainteresowania, do których się przyznaje. Jakkolwiek w niektórych zebrane są raczej dawne moje rzeczy, to są wciąż dla mnie ważne.

Czyli raczej „Sasnal dziś i jutro”, a nie „Sasnal wczoraj i dziś”?

Tak, chodzi o rzeczy, które wciąż się we mnie rozgrywają. Natomiast gdybym przewidział salę pod tytułem „polska ulica”, to wiem, że to byłby już temat zamknięty.

Dlaczego? To przecież temat, z którym ciągle szeroka publiczność w Polsce kojarzy ciebie i twoje prace.

Używana przeze mnie i kolegów z Grupy Ładnie (Marcina Maciejowskiego i Rafała Bujnowskiego) estetyka reklamowa, kolorowa, z charakterystycznym blichtrem była reakcją na tę nową Polską kapitalistyczną. Polskę, której nie znaliśmy. Reakcją na świat, na który znacznie wcześniej reagowali
artyści popartowscy w Stanach Zjednoczonych, w Europie Zachodniej. Myśmy tego nie doświadczyli, ponieważ w Polsce nie było tak rozbudowanego języka reklamy. To na pewno coś, co jest dla mnie skończone. Będąc w grupie Ładnie, zadawałem sobie pytania, czy naprawdę sztuka jest tylko po to, żeby tworzyć popbanalizm i rzeczywiście – nie jest tylko po to.

Czyli ten okres popartowski był koniecznością do szybkiego nadrobienia, zadanie zostało wykonane i trzeba iść dalej.


Tak właśnie. Przy czym oczywiście to było nieświadome. Już wtedy moje poglądy społeczno-światopoglądowe były bardzo określone i krytyczne wobec polskich przemian. Nie różniły się wiele od tego, co myślę teraz.

Czy te poglądy miały wpływ na estetykę obrazów?

Myśmy wtedy z kolegami tak malowali raczej w reakcji na akademię, to nie był świadomy bunt polityczny. Szkoła to nacisk na warsztat, ważkie tematy, które były nam obce i tak naprawdę chodziło nam o to, żeby spotkać się z życiem codziennym, a ono była wtedy takie, a nie inne.
Zdarzały się wyjątki, dla mnie takim wyjątkiem był Roman Dziadkiewicz, który nie musiał tego przerabiać, bo był tak do przodu.

Jaki wziąłeś kolejny zakręt po grupie Ładnie?


To moment, gdy pierwszy raz podjąłem ważki społecznie temat. Stało się to po lekturze komiksu „Maus” Arta Spiegelmana, którego wydanie w Polsce zbiegło się z wielką dyskusją o książce „Sąsiedzi” Jana Tomasza Grossa. Wówczas pierwszy raz w telewizji publicznej pokazano wszystkie odcinki filmu „Shoah” Cluada Lanzmanna. Widok Polaków, już nie tylko ofiar, ale niemych świadków, którzy gdzieś tam po cichu modlą się, żeby się działo to, co się działo, to był ten zakręt, kiedy namalowałem obrazy na podstawie „Mausa”. Bez postaci, budynków, tylko sceneria dla zdarzeń.
Tak samo malowałem obrazy inspirowane dokumentem Lanzmanna.

Później wielokrotnie podejmowałeś tematy historyczne: Gabriel Narutowicz, kolejne prace związane z Holokaustem, Powstanie Warszawskie… Chciałbym porozmawiać o tej obecności historii w twoich pracach.

Pod względem formalnym obrazy na podstawie „Mausa” wyglądały, jakby wyszły z drukarki, takie zadrukowane płótno – czarne kreski na białym, niezamalowanym tle. To wyglądało dość maszynowo. Ja się cały czas borykałem z takim garbem akademii, że właściwie określenie „artystyczne” jest inwektywą. Chciałem zgubić tę „artystyczność”, unikać kolorów. „Maus”, namalowany w taki bardzo surowy sposób, to był świadomy wybór. Po prostu chciałem uciec od malarstwa, szukałem formy antymalarskiej.

Ale dlaczego? Bo malarstwo jest rodzajem arystokratyzmu?


Nie, to po prostu był wciąż garb po akademii.

Że to obciach?

Tak. I w pewnym momencie się od niego uwolniłem. Zacząłem odzyskiwać język malarstwa dla siebie. To uznałbym za kolejny zakręt. Teraz np. specjalnie maluję grubo, to rodzaj pogrywania historią malarstwa i tym, że jest w tym jakaś perwersja. To odświeżające.

Jesteś artystą, o którym można powiedzieć, że jest zakorzeniony w tradycji polskiej? Czujesz się nieodrodnym synem polskiej sztuki?

Wydaje mi się, że tak. Bardzo mnie wzruszały obrazy XIX-wieczne polskie malarstwo, które oglądałem w Sukiennicach w Krakowie. Oprócz tego jest też superważny Andrzej Wróblewski. Dla mnie może najważniejszy.

Wychodzi na to, że tak jak o Heglu czy Marksie mówiło się, że to byli niemieccy filozofowie, tak o tobie można powiedzieć polski malarz Wilhelm Sasnal. I nie chodzi tylko o to, że masz jakieś takie
zagraniczne nazwisko i się można pomylić. Mówiąc banalnie, że twój sukces jest sukcesem pewnej tradycji, tak jak się mówi, że sukces Kazimierza Górskiego był sukcesem polskiej myśli szkoleniowej. Wydaje mi się, że w 1989 roku wszystkie nici zostały tak pozrywane albo poplątane, że bardzo łatwo mógłbym się od tego odciąć. No, ale absolutnie się nie odżegnuję. Jestem polskim malarzem.

Jak byś to wytłumaczył?

Chodziłem do technikum, potem studiowałem dwa lata na architekturze, wreszcie trafiłem na malarstwo. Najbliżej miałem do muzeum w Sukiennicach, czytałem też książkę Andrzeja Olszewskiego „Dzieje sztuki polskiej 1890 – 1980”. To były dla mnie bardzo ważne punkty odniesienia. Ale czuję też płaszczyznę porozumienia z ludźmi z zagranicy, oglądałem te same filmy, co oni i słuchałem tej samej muzyki, mimo wszystko. Bardzo dużo czerpałem z muzyki. Na przykład w pewnym momencie pomyślałem, że chciałbym malować tak jak artyści rockowi. Przejmowałem
sposób ekspresji, energię jakichś innych dyscyplin, które karmiły mnie i moje malarstwo.

Dlaczego zainspirowałeś się muzyką, a nie poezją, filmem lub literaturą?


To były dyscypliny, z których czerpałem wiedzę, a muzyka sprawia mi czystą przyjemność. Dlaczego? Byłem chłopakiem, który wychował się na podwórku.

Literatura jest dla ciebie za twarda, poważna, zbyt odpowiedzialna…?


…i fabularna. Nie sądzę, żeby obrazy były najlepszym medium do
opowiadania historii.

Jakbyś się usytuował w tej chwili na polskiej scenie artystycznej?

Czuję nieraz, że kładzie się na moje barki odpowiedzialność. Moje prace stają się w powszechnym odbiorze bardziej ważkie, niż były dla mnie prywatnie. Stają się obiektem rozmowy, co też wciąż jest dosyć dziwne. Ale z drugiej strony przez to, że mam takie a nie inne zabezpieczenie
finansowe i ludzie chcą oglądać to, co robię, czuję też ogromną wolność. Teraz mogę sobie pozwolić na wszystko.

Jak oceniasz rodzimą scenę artystyczną?


Jest mocno rozpoznawalna za granicą i to nie jest moda. To, co nas wyróżnia i sprawia, że jesteśmy rozpoznawalni, to to, że dorastaliśmy w czasach, w których została przerwana pewna ciągłości. Między nami a artystami zachodnimi jest zarazem wystarczająco dużo wspólnego i
wystarczająco dużo różnic, a to sprawia, że wydajemy się dla nich interesujący. Bardzo wielu kuratorów, kolekcjonerów z zagranicy przyjeżdża do Polski i są zainteresowani tym, co się u nas dzieje. Myślę, że to też rodzaj podboju, ale im bardzo zależy na tym, żebyśmy nie stracili tożsamości. Oni nie chcą nas nawracać, to pewne.

Rywalizują o to, kto pierwszy kogoś odkryje, coś kupi?


Tak. Zapytaj Andrzeja Przywarę (współzałożyciel Fundacji Galerii Foksal – red.), ilu ludzi przyjeżdża. To naprawdę robi wrażenie.

Chciałem się właściwie dowiedzieć, co myślisz o scenie artystycznej. Myślałem, że powiesz coś o innych artystach, albo że ona się na nowo podzieliła, dokonasz analizy. Czy to, że nie palisz się do rozmowy o polskiej sztuce najnowszej, jest wynikiem kurtuazji, uważasz, że mniej ci wolno powiedzieć w tej chwili?


Oczywiście, że czuję, że mniej mi wolno powiedzieć. To jest taki oportunizm trochę. Ponadto, ja uciekam rozmaitymi furtkami, nie biorę udziału w żadnych wyścigach, nie godzę się zasiadać przy żadnych stolikach jurorskich. Tak lepiej się czuję. Buduję też nowe formy wyrazu: film, komiks…

Asekurujesz się?

Tak.

Ale właściwie przed czym?


Że jak będę przegrywać, to powiem, że robię też coś innego…

Dywersyfikujesz siły i ryzyko?

Tak, to dobre określenie.

Czy masz wrażenie, że w Polsce powstaje takie zjawisko jak lewica artystyczna? W literaturze, teatrze, sztukach wizualnych coraz większa część artystów zaczyna przyznawać się wprost do politycznego zaangażowania (Żmijewski i Rajkowska w sztuce, Klata, Nowak, Demirski w teatrze, Sieniewicz w literaturze). Zarazem zaczynają się integrować ze środowiskami jednoznacznie politycznymi, takimi choćby jak „Krytyka Polityczna”.


Niewątpliwie jest taka potrzeba, wspólne działanie daje poczucie bezpieczeństwa. Pewniej się z tym czuję.

Jak to się stało, że z artysty, który w 2001 r. określany był jako piewca rodzącego się polskiego kapitalizmu, wylądowałeś na łamach „Krytyki Politycznej”, udzieliłeś szeregu bardzo ostrych lewicowych wypowiedzi? Dzisiaj wszyscy wiedzą, że Sasnal to człowiek lewicy.


Zawsze czułem się na lewo. Zapewne przemiany w Polsce, całe to przesunięcie na prawo, bardziej mnie uaktywniły. Męczy mnie polski konserwatyzm, obecny prawie na całej scenie politycznej. Przeszkadza mi klerykalizacja wszystkiego, co publiczne.

W samym malarstwie najbardziej zaangażowanym wątkiem są u ciebie tematy historyczne. Jakbyś wyjaśnił swoje zainteresowanie historią, dlaczego przeszedłeś od „malowania ładnie”, do podejmowania wątków doniosłych.


Najbardziej przyziemny powód, to taki, że po prostu chcę wiedzieć, skąd jestem. Jakbym szukał możliwości przeniesienia się w czasie. Oglądam stare filmy polskie, czytam książki o historii, które mnie przenoszą w przeszłość. Czuję w tym dobrze. Chcę nazwać, co to znaczy być Polakiem,
ale też nie do końca, bo z drugiej strony nie chcę nim być. Próbuję się dowiedzieć, co mnie denerwuje i jaki jest mój związek z tymi, którzy mnie denerwują.

Irytuje cię nasza historia?


Tak. I te złe emocje są bardzo kreatywne, napędzają mnie do pracy. Jeżeli np. chcę znaleźć przyczyny pogromów w II wojnie światowej, to uświadamiam sobie, że mówię o wydarzeniach, których świadkami byli nasi rodzice. Te złe emocje przerabiam w ten sposób, że maluję.

Co myślisz o polskiej pamięci zbiorowej, co to za twór?


To takie muzeum, w którym pod każdym skrzydłem się pali świeczka, my jesteśmy zawsze ofiarami. Trudno jest się przebić, trudno zrobić wyrwę w tej ścianie. Pamiętam początek dyskusji o Jedwabnem. Byłem poirytowany, że ktoś psuje spokój. Przecież po 1989 roku nastąpiło jakieś pojednanie. I co mnie to właściwie obchodzi, co to za temat, o co ten krzyk? Mnie to nie dotyczy, bo to jest coś z pokolenia moich dziadków. Dopiero później przyszło, że jeżeli tutaj mieszkam, to muszę o tym wiedzieć.

Ale dlaczego?

Wydaje mi się, że nie ma nic gorszego niż nieświadomość. Boję się
nieświadomości.

Rozmawiał Sławomir Sierakowski.


Wywiad jest fragmentem rozmowy otwierającej książkę Sasnal. Przewodnik przygotowaną przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej, która ukaże się na na początku grudnia 2007.

Na podobny temat

Aktualizacja    ( 23.11.2007 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.15912 Seconds