|
W serii „Przewodniki Krytyki Politycznej” wydawnictwo Sławomira
Sierakowskiego opublikowało Polityczność, Chantal Mouffe. Ukazanie się
książki na polskim rynku jest ważne z co najmniej dwóch przyczyn. Po
pierwsze, stanowi ona całościowe, kontrowersyjne ujęcie polityki, a po
drugie „Polityczność” została wydana jako manifest ideowy jednego z
najbardziej prężnie rozwijających się środowisk lewicowych w Polsce.
Główną tezą autorki jest zmierzch polityczności, który jej zdaniem
dokonał się we współczesnym świecie. Polityka została wyparta przez
technokratyczne zarządzanie, a istotne problemy społeczno-ekonomiczne
zostały wyparte z głównego nurtu debaty publicznej. Zgodnie z tezą guru
trzeciej drogi Anthony Giddensa zanika podział na lewicę i prawicę,
rozmywają się podziały klasowe, a konflikty, które dzieliły
społeczeństwo jeszcze pod koniec XX wieku, odchodzą w przeszłość.
Diagnoza Mouffe niewątpliwie trafnie wskazuje na jedną z dominujących
ideologii współczesnego świata. Dyskurs ekspercki dąży do neutralizacji
konfliktów i próbuje narzucić określone rozwiązania
społeczno-ekonomiczne, nadając im pozór konieczności i obiektywności.
Krytyka tego dyskursu byłaby więc odsłanianiem konkretnych mechanizmów
władzy, które kryją się pod postacią takich pojęć jak „nowoczesność”
czy „modernizacja”. Rzekomo postpolityczne teorie Giddensa czy Becka
(których poglądy Mouffe rekonstruuje niezbyt rzetelnie) nie są więc
wcale neutralne i obiektywne, a sytuują się po bardzo określonej
stronie istniejących antagonizmów. W tej sytuacji istotnym wyzwaniem
politycznym dla lewicy wydaje się ponowna aktywizacja polityczna grup
dyskryminowanych i pokazywanie, że „status quo” nie jest żadną
koniecznością, lecz stanowi wynik decyzji politycznych. Powrót do
polityczności polegałby na wykazaniu, że wciąż istnieją silne
antagonizmy klasowe, a pozorna zgoda stanowi ideologię funkcjonalną dla
grup uprzywilejowanych. Zarazem dominująca prawica w sojuszu z
neoliberałami podsuwają wiele konfliktów zastępczych, które kanalizują
niezadowolenie społeczne i zniechęcają grupy dyskryminowane do oporu.
Przykładowo, zamiast kierować swoją wrogość w stronę pracodawców i
neoliberalnego państwa, zwalniani pracownicy i biedni emeryci swoją
niechęć zwracają ku gejom i komunistom. Lewica powinna odsłaniać
zafałszowanie kryjące się w takim pojmowaniu rzeczywistości i dążyć do
tego, aby ludzie zwrócili się przeciwko swoim realnym opresorom.
Mouffe gdzie indziej widzi źródła kryzysu i drogi do jego rozwiązania.
Odrzuca ona esencjalistyczne przekonanie o obiektywności konkretnych
osi panowania i absolutyzuje pojęcie konfliktu. Już na samym początku
jej książki dowiadujemy się, że konflikt jest osadzony w ludzkiej
naturze, a jakiekolwiek próby jego usunięcia muszą być skazane na
niepowodzenie. „Wyidealizowany obraz ludzkiego uspołecznienia,
zasadniczo pobudzany przez empatię i wzajemność, dostarcza na ogół
podstaw nowoczesnemu, demokratycznemu myśleniu o polityce. Przemoc i
wrogość uchodzą za archaiczny fenomen, który można wyeliminować dzięki
rozwojowi wymiany zdań i instytucji, na mocy umowy społecznej, a także
dzięki ustanowieniu przejrzystej komunikacji między racjonalnymi
uczestnikami”1. Mouffe odrzuca tę rzekomo idealistyczną wizję i uważa,
że teorię społeczną trzeba oprzeć na przekonaniu o nieusuwalności
konfliktu. „Ponad pół wieku po śmierci Freuda w teorii politycznej
istnieje wciąż bardzo silny opór wobec psychoanalizy, a jej twierdzenia
o nieusuwalności antagonizmu nie zostały jeszcze przyswojone”2. Dlatego
też nie ma dla niej społeczeństwa bez antagonizmów – istnieją jedynie
różne strategie ich wyparcia, które zawsze są skazane na porażkę. Stąd
też apologia konfliktu, którą Mouffe utożsamia z politycznością. „Przez
„polityczność” rozumiem wymiar antagonizmu leżący u podstaw każdego
ludzkiego społeczeństwa”3.
W tej sytuacji nie można się dziwić, że Mouffe afirmatywnie przywołuje
jednego z głównych teoretyków Trzeciej Rzeszy, Carla Schmitta, który
również uważał, że istotą polityczności jest konflikt – rozróżnienie na
przyjaciół i wrogów. Schmitt szczególnie krytykował marksistów, którzy
konflikty polityczne postrzegali jako epifenomeny ekonomicznych
stosunków panowania. Marks uważał, że podstawą kapitalistycznego
społeczeństwa jest podział na burżua i proletariuszy. Istnieje między
nimi strukturalny konflikt, który może być, zdaniem Marksa, usunięty
poprzez uspołecznienie własności prywatnej i rewolucję proletariacką.
Komunizm pojmował on jako ustrój, w którym konflikt zaniknie, ponieważ
zanikną jego przesłanki. Marks był jednym z pierwszych teoretyków
konfliktu, ale nigdy nie uważał, że antagonizmy są zakorzenione w
ludzkiej naturze. Stanowią one dla niego zawsze wyraz określonych
stosunków społecznych. Same w sobie nie są niczym pozytywnym. Póki
stoją za nimi realne stosunki dominacji, warto je rozbudzać. Są też
jednak takie konflikty, które pełnią funkcje stabilizacyjne wobec
„status quo”. Przykładowo podział na Niemców i Żydów w faszystowskich
Niemczech, który Schmitt uważał za podstawę polityczności w tym kraju,
stanowił brutalną formę zagospodarowania niezadowolenia społecznego w
czasach kryzysu. Konflikt może więc pełnić podobnie ideologiczne
funkcje jak zgoda czy kompromis. Już Marks wiedział, że kapitalizm
dysponuje wieloma funkcjonalnymi ideologiami i dlatego ważną częścią
oporu grup wyzyskiwanych jest walka o hegemonię, o której tak wiele
pisał Gramsci.
Mouffe jednak odrzuca ten nurt i afirmuje konflikt, niezależnie od jego
źródeł. Dlatego powołuje się na Schmitta, krytykującego liberalizm, za
to, że ten „systematycznie i konsekwentnie lekceważy lub pomija
państwo, natomiast z wyjątkowym uporem nawiązuje do dwóch, wyraźnie
spolaryzowanych, heterogenicznych sfer, do etyki i do gospodarki – świata duchowego i świata interesów, do wiedzy i własności”4. Ta
krytyka pasuje też do marksizmu i wszelkich lewicowych lub
oświeceniowych strategii, które emancypację pojmują jako jednoczesną
zmianę świadomości i stosunków ekonomicznych. Schmitt i Mouffe
odrzucają tę wizję, autonomizując konflikt i czyniąc go podstawą życia
społecznego. Dla nich polityczność „można rozumieć tylko przez
odniesienie do tej realnej możliwości i jednoczenia się ludzi według
różnicy między przyjacielem i wrogiem, niezależnie od tego, jak oceniać
będziemy polityczność z punktu widzenia ekonomii, moralności, norm
estetycznych czy ekonomii”5.
Mouffe jednak nie idzie aż tak daleko jak Schmitt, który uważał, iż
polityczność wyraża się we wzajemnej, totalnej wrogości między
zwaśnionymi stronami. Filozofka twierdzi, że w demokratycznym
społeczeństwie konflikty są nieuchronne, ale obydwie ich strony powinny
akceptować się jako części jednej wspólnoty. Stąd też wprowadza ona
rozróżnienie na antagonizm i agonizm. „Podczas gdy antagonizm jest
typem relacji my/oni, charakteryzującej się tym, że strony są wrogami,
którzy nie dzielą punktów odniesienia, agonizm jest relacją my/oni, w
której z kolei strony, będąc świadome niemożliwości zaistnienia
racjonalnego rozwiązania dzielącego je konfliktu, uznają jednocześnie
prawomocność swoich przeciwników”6. Ta różnica ma właśnie odróżniać
społeczeństwa demokratyczne od tych, w których konflikt prowadzi do
wojny lub, jak w faszyzmie, ludobójstwa. „Zadaniem demokracji jest
właśnie przekształcanie relacji antagonistycznych w agoniczne”7. Rolą
demokracji jest więc cywilizowanie trybalistycznych instynktów, których
jednak ostatecznie wyeliminować się nie da. „Obecność antagonizmu nie
jest eliminowana z życia publicznego, ale podlega raczej, by tak rzec,
sublimacji”8. Ta argumentacja przypomina nieco freudowską wizję
kultury. Kultura stanowi źródło cierpień, ponieważ represjonuje nasze
pragnienia i popędy, ale ich wyzwolenie doprowadziłoby do eksplozji
przemocy i barbarzyństwa. Jak pisze Mouffe, „popęd agresji nie może
nigdy zostać wyeliminowany, można jedynie próbować go rozbroić i
osłabić jego niszczący potencjał”9.
Powyższa wizja, biorąc pod uwagę polityczne deklaracje autorki,
zdumiewa swoim konserwatyzmem. Rola polityki sprowadza się w niej
bowiem do zarządzania konfliktem. Człowiek jest zły z natury, ale w
społeczeństwie demokratycznym można nieco rozbroić jego wrogie popędy.
Mouffe w ogóle nie wierzy, że można stworzyć społeczeństwo bez
antagonizmów. I to nie dlatego, że w przewidywalnej przyszłości trudno
będzie zlikwidować osadzone w kulturze czy ekonomii formy dominacji,
ale dlatego, że konflikt jest wpisany w ludzką naturę. Mouffe więc
odcina się od tej tradycji intelektualnej, zgodnie z którą lewica staje
po stronie klas zdominowanych i wchodzi w konflikt z klasami
dominującymi. Jeżeli konflikt stanowi główny wyznacznik projektu
politycznego Mouffe, to trudno się dziwić, że różnice między Marksem i
Schmittem zacierają się, a nawet, że Schmitt jest jej ideowo bliższy.
Poza konserwatywnym jądrem koncepcji Mouffe, uznanie jej za manifest
ideowy oznacza określoną deklarację polityczną. Dlaczego więc
środowisko „Krytyki Politycznej” potraktowało jej książkę za swój
przewodnik?
Po pierwsze, Mouffe odrzuca przekonanie o tym, że istnieją ważniejsze i
mniej ważne osie władzy. Trudno więc odróżnić konflikt realny od
konfliktu ideologicznego, którego rozbudzenie służy interesom grup
dominujących. Dlatego też tak ona, jak i jej polscy entuzjaści w tym
samym stopniu inspirują się Schmittem, co Marksem („KP” wkrótce ma
wydać książkę Schmitta), ponieważ jeden i drugi byli teoretykami
konfliktu. Po drugie, apologia konfliktu oraz przekonanie, że jest on
nieusuwalny i niezależny od konkretnych rozwiązań
społeczno-ekonomicznych, prowadzi do wizji polityki jako zarządzania
konfliktem. Sprawne zarządzanie konfliktem pozwala na zdobycie
hegemonii w debacie publicznej.
Zarazem tak Mouffe, jak też „KP” bronią takich konfliktów, w którym
wróg nie zostaje radykalnie odrzucony, a traktuje się go jako partnera
do rozmowy. Mouffe twierdzi, że radykalne zakwestionowanie
populistycznej prawicy (np. austriackich neofaszystów) doprowadziło do
wzrostu poparcia dla niej. Innymi słowy konflikt jest potrzebny, ale
konflikt cywilizowany i wpisany w ramy debaty. Trzeba się więc spierać,
ale też warto rozmawiać. W tej sytuacji wydaje się zrozumiały skład
gości zapraszanych na spotkania organizowane przez „KP”. Oto bowiem w
większości seminariów i debat organizowanych przez „KP” udział biorą
przedstawiciele prawicy, a niekiedy też skrajnej prawicy. Przykładowo,
gośćmi spotkań organizowanych przez „KP” byli Rafał Ziemkiewicz i
Bronisław Wildstein. Po co są oni zapraszani? „KP” idzie śladem Mouffe:
tak dobiera swoich adwersarzy, aby konflikt był możliwie najbardziej
wyrazisty. Zaprasza więc nawet tych dziennikarzy i komentatorów życia
publicznego, którzy od dawna są bojkotowani przez media centroprawicowe
(np. Ziemkiewicza). Pomijając fakt, że może wydawać się podejrzane, iż
największe lewicowe medium nie potrafi wyróżnić się na tle dziennikarzy
„Gazety Wyborczej” czy „Polityki” (a wręcz ci ostatni występują często
jako jej przedstawiciele), strategia wydaje się zrozumiała.
Zaprezentowanie swoich przekonań na tle skrajnej prawicy pozwala
wyostrzyć stanowisko „KP”.
Z drugiej jednak strony „KP” i jej goście nie są zawieszeni w
politycznej próżni. Organizowanie debat, w których lewą stroną są Jacek
Żakowski i Marek Balicki, a prawą Wildstein i Ziemkiewicz wyraża
konkretną wizję polskiej sceny politycznej; wizja, zgodnie z którą nie
ma innej lewicy niż Żakowski, a w której Ziemkiewicz stanowi
cywilizowaną i godną polemiki prawicę. Sierakowski wydaje się nie
zauważać, że nie tylko zgoda, ale i konflikt może pełnić funkcje
ideologiczne. Teoria Mouffe z jednej strony uwrażliwia na wszelkie
ideologiczne fantazmaty konsensusu i zgody ponad podziałami, ale z
drugiej strony jest zupełnie ślepa na ideologiczne wykorzystywanie
konfliktu do realizacji celów politycznych tak lewicy, jak i prawicy.
Jeżeli nie ma ustalonych kryteriów oddzielających słuszne interesy od
niesłusznych, to rozbudzanie konfliktów staje się jedynie elementem
strategii politycznej, nastawionym na zdobycie poparcia społecznego.
Środowisko „KP” od dłuższego czasu zaś zajmuje się właśnie takim
zarządzaniem konfliktem, które służy celom instrumentalnym. Jest to
strategia opłacalna medialnie, ponieważ na spotkanie Żakowskiego z
Ziemkiewiczem przyjdzie sporo ludzi, trudno jednak doszukać się w tego
typu imprezach budowy lewicowej hegemonii czy też, tym bardziej,
wsparcia dla interesów grup zdominowanych. Tego typu debaty bowiem
uwiarygodniają dziennikarzy prawicy i zarazem umacniają model debaty
publicznej, w którym ramy sensownych opinii sytuują się między
Wildsteinem a Żakowskim. Wszelkie przekonania i wizje na lewo od
Sierakowskiego są przez „KP” zwalczane lub lekceważone. W wizji sfery
publicznej środowiska „KP” nie istnieje lewica na lewo od niej samej. Z
drugiej strony „KP” krytykuje obecny establishment intelektualny, ale
do organizacji własnego think-tanku zaprosiło Krzysztofa Michalskiego i
Ivana Kristeva, których przekonania oscylują między chadecją i
liberalizmem. Budowanie centrum badawczego w ten sposób odpowiada
mainstreamowej wizji lewicy. „KP” funkcjonuje wobec tego jako
koncesjonowana lewica, która afirmuje łatkę skrajnej lewicy, przypiętą
jej przez „Rzeczpospolitą” czy „Dziennik”. W ten sposób uznaje ona ramy
polskiej debaty publicznej i jako skrajna lewica potwierdza jedynie
rozpowszechniony w mediach głównego nurtu model, zgodnie z którym
cywilizowane centrum wyznacza „Gazeta Wyborcza” i resztki Partii
Demokratycznej.
Ciekawe, że Sierakowski w znacznie mniejszym stopniu atakuje
neoliberalnych dziennikarzy „Polityki” czy „Tygodnika Powszechnego” niż
np. Grzegorza Napieralskiego. Gdy ten zadeklarował swój zwrot na lewo,
Sierakowski bardzo ostro skrytykował go za bezideowość i brak programu
lewicowego. Tymczasem naczelny „KP” nie ma nic przeciwko współpracy z
Aleksandrem Kwaśniewskim i Włodzimierzem Cimoszewiczem, chociaż trudno
ich uznać za bardziej lewicowych od obecnego przewodniczącego SLD.
Innymi słowy konflikty, w jakie wchodzi „KP”, często nie przebiegają
według linii nakreślonych merytorycznie, a służą jedynie realizacji
strategicznych celów politycznych. Sprawne zarządzanie konfliktem
stanowi istotny element walk politycznych, jednak jest to jedynie zbiór
instrumentów, a jego absolutyzowanie prowadzi do obrony konserwatywnej
ideologii i reprodukcji „status quo”. Dobrze by było, gdyby polska
lewica w większym stopniu koncentrowała się na przedstawianiu
lewicowych rozwiązań, a w mniejszym skupiała się na doskonaleniu
swojego wizerunku w mass-mediach, które stoją na czele prawicowego ładu
publicznego. Lewicowy program bez strategii marketingowej jest
bezsilny, ale strategia marketingowa bez programu jest pusta.
1. Ch. Mouffe, „Polityczność. Przewodnik Krytyki Politycznej”, Warszawa 2008, str. 17-18.
2. jw., str. 18
3. jw., str. 24.
4. C. Schmitt, „Pojęcie polityczności”, w: „Teologia polityczna i inne
pisma”, przeł. M. Cichocki, Kraków 2000, str. 241, Ch. Mouffe,
„Polityczność”, str. 26.
5. C. Schmitt, „Pojęcie polityczności”, str. 241, Ch. Mouffe, „Polityczność”, str. 26.
6. Ch. Mouffe, „Polityczność”, str. 35.
7. jw., str. 36.
8. jw.
9. jw., str. 42.
Chantal Mouffe, „Polityczność”, przeł. Joanna Erbel, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 176.
—
Recenzja ukazała się na portalu Lewica.pl.
Czytaj także: W obronie Mouffe - polemika Michała Sutowskiego (KP).
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...