|
Piotr Marecki: W jaki sposób natknąłeś się na Paktofonikę?
Maciej Pisuk: -
Chciałem się spełnić zawodowo i szukałem współczesnej historii, bo
zdawałem sobie sprawę, że jest wielka potrzeba kina o rzeczywistości.
Ciągle narzekamy, że od 1989 roku nie powstały filmy, które by
adekwatnie tę rzeczywistość komentowały. Nie ma obrazów na miarę
„Człowieka z żelaza” czy „Człowieka z marmuru”. Może trudno było
znaleźć wyraziste postacie bohaterów naszych czasów, osoby
reprezentujące swoim losem przemiany, które się na naszych oczach
odbywają.
Z góry uznałem, że wszelkie próby wymyślania takich
historii z głowy będą chybione i sztuczne, że trzeba się zanurzyć w
rzeczywistość. Poszukując odpowiedniej historii, przeglądałem poranną
prasę, aż któregoś dnia wreszcie na taką trafiłem.
To był reportaż Lidii Ostałowskiej w „Dużym Formacie” z 21 grudnia 2001 r.
- Tak.
Rok po śmierci Magika.
- Żeby było ciekawiej, rozglądałem się za współczesną historią, ale nie
w kręgach młodzieżowo hiphopowych. Nie słuchałem hip-hopu i wtedy nie
ceniłem specjalnie tej muzyki. Natomiast, kiedy przeczytałem tekst,
wstrząsnęła mną dramatyczna historia tych ludzi. Wydawało mi się, że
jest tam wszystko, co potrzebne do dobrego scenariusza filmu
fabularnego. Konkretni ludzie, którzy mają jakiś cel i wbrew rozmaitym
przeciwnościom do niego zmierzają. A w grze jest ogromna stawka, bo
okazuje się, że jest nią de facto: życie albo śmierć. Niesamowite było
też to, że trójka chłopaków z technikum gdzieś z Bogucic i Mikołowa
praktycznie bez jakichkolwiek kontaktów i wsparcia nagrywa w pokoju w
bloku na najprostszym sprzęcie genialną płytę, która staje się głosem
pokolenia. Sprzedaje się w nakładzie setek tysięcy egzemplarzy, ale tak
się jakoś dzieje, ze chłopców zupełnie omija sukces finansowy.
A
potem dzieje się ta straszna tragedia. Zrozumiałem, że ci chłopcy
wiedzą coś, o czym nie mają pojęcia moi koledzy artyści z Warszawy. I
to było odkrycie, że rzeczy naprawdę istotne dzieją się tam - na
wielkich osiedlach i w małych miasteczkach. Od razu zrozumiałem, że
muszę do tych ludzi dotrzeć i zagłębić się mocno w temat. Że bez
ogarnięcia tego świata w całości nie mam co zabierać się za tę
historię. Podstawowe zagrożenie wiązało się z sytuacją samobójczej
śmierci głównego bohatera, czyli Magika. Wiedziałem, że w samym temacie
tkwi pokusa oparcia głównego wątku filmu na tej właśnie historii. I tu,
oczywiste, narzucają się analogie z tragicznie zmarłymi idolami. Za
wszelką cenę chciałem uciec od tego. Tym bardziej że zdawałem sobie
sprawę, że przyczyną problemów tego chłopaka i być może pośrednią
przyczyną jego śmierci były, w ogromnym uproszczeniu, media. Albo
współczesna świadomość kształtowana przez media. W jakimś sensie byłby
to film o karierze. Kariera to jest zawsze coś fascynującego, to taki
przejrzysty cel i widzowi zawsze łatwo się z tym utożsamić. Wiedziałem
też, że obecnie świadectwem sukcesu jest bycie dostrzeżonym przez
media. Nie jestem aktorem albo muzykiem, póki media o mnie nie
napisały. Nie zostałem wielkim reżyserem, póki media tego nie
zauważyły, nie jestem fajnym, modnym kolesiem, jeśli nie zostałem przez
kogoś sfotografowany na ulicy.
I od grudnia 2001 r. zaczynasz przymiarki do pisania scenariusza.
- Kupuję płytę w sklepie. Słucham, uświadamiam sobie, że niektóre
kawałki słyszałem w Radiostacji. Prędko zorientowałem się, że to nie są
jakieś „historyjki spod trzepaka”. Tam jest i dogłębna analiza
rzeczywistości, i bardzo osobiste wyznanie. Na płycie znalazłem numer
telefonu menedżera grupy - Robaka, chłopaka z Częstochowy. Postanowiłem
przygotować jakąś propozycję. Więc dosłownie w jedną noc na kilku
stronach zapisałem pomysł.
W ten projekt wsiąkasz na kilka lat.
- Przez dwa lata, jak miałem kilka dni wolnego, natychmiast się
pakowałem i wyjeżdżałem na Śląsk. W pewnym momencie po prostu zacząłem
uczestniczyć w życiu chłopaków i zacząłem się z nimi, siłą rzeczy,
przyjaźnić. Obserwując tę rzeczywistość, dowiedziałem się co najmniej
tyle samo, a może i więcej, ile podczas rozmów z chłopakami. Bywało też
i tak, że nagle ni stąd ni zowąd przychodziły wspomnienia i sami z
siebie zaczynali opowiadać o sytuacjach, które wydarzyły się w trakcie
pracy nad pierwszą płytą zespołu, w czasach, kiedy Magik jeszcze żył.
Równolegle cały czas usiłowałem zainteresować tym różnych producentów.
Poszedłem najpierw do Macieja Karpińskiego. Próbowałem coś załatwić
takim nieco prywatnym kanałem.
Wykorzystując to, że miałeś dobry dyplom po szkole scenariuszowej?
- Tak, szczególnie pod koniec studiów byłem lubiany przez profesorów.
Pomyślałem, że poproszę o radę swojego mentora, który jednocześnie
pracował w Agencji Filmowej TVP. Może się tym zainteresuje, a może
Agencja Filmowa? Zacząłem opowiadać, że znalazłem bohatera naszych
czasów, Mateusza Birkuta przełomu wieków, że oto mam historię, która
streszcza w sobie to, co jest najistotniejsze dla pokolenia równolatków
„Solidarności”, pokolenia, które wkroczyło w dorosłość na przełomie
wieków, że mam też historię o karierze, czyli to, na co wszyscy są
teraz w młodym kapitalizmie najbardziej nakręceni. W dodatku mam
przyzwolenie protoplastów swoich bohaterów, a to są osoby publiczne,
znane wszystkim - budowałem napięcie - chodzi o zespół Paktofonika.
Czekałem na zachwyt w oczach pana Karpińskiego. A pan Karpiński zadumał
się, podrapał się w głowę i powiedział: „Paktofonika? Może tak, a może
nie, może tak a może nie. Wie pan, ja nie słyszałem”. Odpowiedział mi
cytatem z Magika, bezwiednie, jak przypuszczam. I tak się mniej więcej
skończyła ta rozmowa.
Dalej nie było lepiej.
-
Szukałem producenta, ale szukałem też reżysera, bo zdawałem sobie
sprawę ze specyfiki tematu. Ryzyko było takie, że będą chcieli
wykorzystać tę historię, wycisnąć jak cytrynę. Słyszałem na przykład
teksty: „Nie przesadzajmy, to są osoby publiczne, ich nie dotyczy
ochrona wizerunku” albo „Nie będzie problemów, mamy dobrych prawników,
oni to załatwią”. A mnie zależało na tym, żeby podejść do tego na
poważnie. Uważałem, że historia Magika i chłopaków z Paktofoniki
zawiera w sobie i streszcza wszystkie niepokoje, aspiracje, pragnienia,
dążenia współczesnych młodych ludzi, po części i mojego pokolenia, że
to są historie związane i z czasem, i z miejscem, ale też uniwersalne.
Pewien
znany reżyser po lekturze scenariusza powiedział mi, że za mało tam
jest punk rocka: „No wiesz, na przykład punkrockową sceną byłaby taka
jakby, wiesz, oni we trójkę zerżnęli jakąś laskę”. Opadły mi ręce. Ale
była też inna skrajność. Często słyszałem takie opinie: „Skoro z takim
respektem i szacunkiem musimy tu podchodzić do tych chłopaków, to po co
się mamy z nimi cackać, po prostu oderwijmy się od historii Paktofoniki
i stwórzmy zespół z castingu, wtedy nie będzie problemów z prawami, nie
będziemy mieli kłopotów ani wyrzutów sumienia”. No i cóż, wzruszałem
ramionami, ta historia nie miałaby wtedy w sobie tego ciężaru i
potencjału, co historia oparta na faktach.
Trafiłeś w końcu do jednego z największych koncernów medialnych w Polsce.
-
Od początku zdawałem sobie sprawę, że jest to firma komercyjna, ale
łudziłem się, że w tym akurat przypadku znajdę z nimi porozumienie.
Wiedziałem, że ten film może odnieść wielki sukces, również komercyjny.
Ale żeby tak się stało, musi być filmem prawdziwym, który jest bliski
temu pokoleniu, które utożsamia się z muzyką hiphopową. Umowę
konsultowałem z chłopakami i z ojcem Magika. Doszło do jej podpisania.
Pracowałem nad scenariuszem rok. Gdy go oddałem, firma producencka
przedstawiła mi aneks do umowy, w którym się wycofała ze wszystkich
kontrowersyjnych wynegocjowanych przeze mnie punktów. Stało się to,
kiedy musiałem zakończyć współpracę z reżyserem, który bardzo mnie
zawiódł. A ja byłem związany umową i nie mogłem dysponować
scenariuszem, tzn. szukać innego producenta. Taka sytuacja trwała kilka
lat.
W 2007 r. odzyskałeś prawa do tekstu…
-
Ale wcześniej miałem jeszcze jedną ciekawą rozmowę. Pewnego dnia
zadzwonił do mnie pan Michał Kwieciński, który przez czas jakiś był
zainteresowany produkcją Paktofoniki. Spotkałem się z nim raz czy dwa,
bardzo oficjalnie. Rozmawialiśmy ze sobą przez „proszę pana”, „pan
pozwoli” itd. Otóż pewnego dnia zadzwonił telefon i słyszę głos
Kwiecińskiego: „Słuchaj, stary, powiedz mi, za ile możesz u mnie być?”.
To powiedziałem: „No mogę być za 20 minut”. Wsiadłem w taksówkę,
przyjechałem. W gabinecie siedzi Kwieciński w towarzystwie Andrzeja
Wajdy. Zapraszają mnie, siadam przy stoliku obok nich. Wajda mówi:
„Panie Maćku, czytałem ten pana scenariusz o tych chłopakach ze Śląska.
To najlepszy scenariusz, jaki pojawił się w tym kraju w ciągu ostatnich
lat”. Serce mi biło, już słyszałem w swojej wyobraźni, jak Wajda
ciągnie dalej, że dołoży wszelkich starań, aby ten film powstał,
wyciągniemy go, pomożemy odzyskać panu prawa od firmy X. Niestety tak
nie było. Wajda zaproponował mi współpracę. Miałem pracować nad
scenariuszem do filmu o Jacku Kuroniu. Nic z tego nie wyszło, Wajda
zajął się „Katyniem”.
Takich anegdot mógłbym opowiedzieć
wiele. Z wieloma osobami się spotykałem, do wielu osób usiłowałem
dotrzeć. Cały czas myślałem, że nazwisko znanego i wpływowego reżysera
coś zmieni, że jeśli, powiedzmy, pan Krzysztof Krauze zajmie się tym,
to firma X zgodzi się w końcu na moje warunki. Uważam, że to jeden z
najwybitniejszych współczesnych polskich reżyserów, który się nie boi
współczesnych tematów. Zadzwoniłem do niego. Ku mojemu zaskoczeniu
okazało się, że natychmiast mnie skojarzył, bardzo mu się podobała moja
sztuka, którą widział w Teatrze Telewizji, i podekscytowany mówi:
„Proszę do mnie przyjechać z tym tekstem”. Pech chciał, że miałem
popsutą drukarkę. Zaproponowałem spotkanie na następny dzień. On mówi:
„Świetnie, ja jutro biegam po mieście, to w którymś momencie się
spotkamy. Zadzwonię do pana rano”. Późnym popołudniem, kiedy nie
dostałem telefonu, zadzwoniłem sam i on mi powiedział: „No tak, ale czy
ten scenariusz, który mi chce pan zaproponować, nosi tytuł »Jesteś
Bogiem «?”. Potwierdziłem. Krauze: „Pan ma umowę z firmą X na ten
temat?”. „Tak, ale zastrzegałem sobie prawo wyboru reżysera”. „No tak,
ale ja rozmawiałem z kierownikiem produkcji tej firmy…” - okazało
się, że są zaprzyjaźnieni - „…i pan zerwał już współpracę z
poprzednim reżyserem, poza tym pan już nie ma praw do tego tekstu, więc
nie może mi go pan proponować”. Dał mi do zrozumienia, że to byłaby
sytuacja dla niego dwuznaczna i nie chce już nawet tego czytać.
Potwornie mnie to zabolało, chciałem krzyczeć, że panie reżyserze,
panie twórco, przecież to nasi wrogowie, to my, artyści, robotnicy,
twórcy emocji, powinniśmy być solidarni, walczyć z dystrybutorami tych
emocji. Za co się teraz płaci, co jest największym produktem? Emocje!!!
A kto na tym żeruje? Dystrybutorzy tych emocji. Płacimy teraz za
dostęp, wiek XXI jest wiekiem dostępu. Chciałem go uświadomić
politycznie i klasowo, niestety, był nieczuły na wszelkie tego rodzaju
argumenty.
Wróćmy do samego scenariusza. Czy można nazwać go fabularyzowaną historią?
- Nie przedstawiam faktów idealnie, nie pokazuję ich lustrzanego
odbicia. Wiele, może nawet większość rzeczy przedstawionych w tym
scenariuszu rzeczywiście wydarzyło się tak, jak to opisałem lub bardzo
podobnie. Natomiast ze względu na specyfikę dzieła, jakim jest film,
gdzie w ciągu dwóch godzin czasami musimy opowiedzieć czyjeś życie,
musimy często opowiadać na poziomie metafory.
Ale jest to
prawdziwy obraz. Zgodzili się z tym chłopcy, mam ich autoryzację.
Starałem się nie eksponować przesadnie śmierci Magika, ale też jeżeli
mówimy prawdę o tym człowieku i pokazujemy dramat jego życia, to nie
sposób tego przemilczeć. Długo się zastanawiałem, czy uczynić Magika
głównym bohaterem, czy nie lepszy byłby np. Fokus. Ale uznałem, że to
jest ucieczka od sprawy najistotniejszej. Magik jest postacią
najbardziej dramatyczną i musi być postacią centralną. Przyjąłem
założenie, że narracja nigdy nie jest prowadzona przez niego. Skoro ten
facet nie żyje, czy mam prawo stać z nim na parapecie okna? Nikogo z
nim wtedy nie było, więc nie mam takiego prawa. Magik nigdy nie jest
pokazany sam, zawsze opowiadamy o nim od strony jakiejś innej osoby. Na
początku widz utożsamia się na zmianę z Fokusem albo Rahimem.
Albo innymi bohaterami, którzy opowiadają o Magiku.
- Magik jest odkryciem dla Fokusa, bo pokazuje, jak można coś znaczyć.
Fokus ma taki problem, że ludzie go nie zauważają, jego rodzina go nie
dostrzega. Z kolei Rahimowi Magik pokazuje, jak być niezależnym, bo
Rahim ma nadopiekuńczych rodziców. Były zarzuty ze strony producentów,
że ten film nie odniesie sukcesu, bo widz nie będzie wiedział, z kim
się utożsamić. A przecież w epoce gier komputerowych tożsamość nie
stanowi problemu, a motywacje bohaterów są absolutnie jasne i
przejrzyste. Potem poznajemy Magika od strony kolejnych osób, jego
dziewczyny, żony, Gustawa. Zaczynamy się tak naprawdę utożsamiać z
Magikiem, kiedy wchodzimy w jego problemy.
Wydaje
mi się, że odczarowałeś wiele mitów związanych z jego samobójczą
śmiercią, z tym, że był wówczas naćpany i że to był główny powód.
- To przykre i oburzające, jakie bzdurne informacje krążyły na forach
internetowych. Bardzo upraszczając, powiem wprost: jedną z istotnych
przyczyn, dla których Magik zginął, była polska rzeczywistość przełomu
wieków.
Z twojego tekstu wynika, że nie miał pieniędzy na zakup prezentu dla dziecka!
- Tak rzeczywiście było. I to było dla mnie wstrząsające odkrycie.
Koledzy chłopaków z PFK zastanawiali się, co oni robią z kasą. Nie
mieściło się nikomu w głowie, że osoby, które są gwiazdami, nie mają co
kupić dziecku na gwiazdkę.
W tym tkwi moim zdaniem klucz do zrozumienia, dlaczego oni są „bohaterami naszych czasów”.
- Bohater to ktoś, kto ucieleśnia zbiorowe lęki i nadzieje. Trzeba się
zastanowić, co teraz jest takim celem zbiorowych dążeń i co jest
wspólnym zagrożeniem. Polska przełomu wieków, kiedy rozgrywają się
przedstawione w fabule wydarzenia, to kraj nie tylko dokonującej się
transformacji ustrojowej, ale przede wszystkim kraj ekspansji mediów i
kultury masowej oraz ogromnego technologicznego przyśpieszenia. Sieci
telewizji kablowych najszybciej oplotły wielkie blokowiska, jak w
Bogucicach, gdzie mieszkali Magik i Fokus. Krajobraz za oknami
pozostawał jak zawsze ponury, ale ludzie mieli do wyboru kilkadziesiąt
kanałów kolorowej TV. To wszystko zmieniło mentalność i psychikę.
Sukces staje się podstawowym celem dążeń wielu ludzi w tym kraju.
Magik, Fokus i Rahim to zwykli chłopcy z osiedla, a jednocześnie osoby rozpoznawalne i gwiazdy mediów.
- Dokładnie tak. Chcąc robić to, co robią, czyli dalej wyrażać siebie
poprzez sztukę, muszą godzić się na status osoby publicznej, a
jednocześnie walczyć o zachowanie swojego ja. Istotne jest też to, że
moi bohaterowie to artyści, dostarczyciele emocji i symboli - wytwórcy
kultury. Dziś emocje i symbole są najbardziej poszukiwanym towarem, a
przemysł dóbr kultury jest najszybciej rozwijającym się przemysłem w
światowej gospodarce. Niesamowite, że to oni, chłopcy z PFK, mieli jako
pierwsi w pełni korzystać z dobrodziejstw demokracji i wolnej
konkurencji. To pokolenie testu, więc ich sukces lub porażka nabierają
znaczenia symbolicznego, stają się sukcesem lub porażką współczesnej
Polski.
Tragiczne jest z kolei to, że Magik kolejny raz wiązał
z czymś wielką nadzieję. Płyta „Kinematografia” to miało być coś, co
wszystko zmieni. A uświadomił sobie, że to nie zmieni nic, nie zmieni
podstawowych aspektów jego życia. On po prostu uświadomił sobie, że
wykonując tak ogromną pracę, nie jest w stanie zapewnić bytu osobom,
które najbardziej kocha.
—
Maciej Pisuk - scenarzysta, pisarz, absolwent Absolwent Studium Scenariuszowego w PWSFTviT w Łodzi. Mieszka w Warszawie.
Paktofonika była
jednym z kultowych zespołów hip-hopowych z początków dekady. Magik,
Rahim i Fokus byli idolami Byli przedstawicielami pokolenia, które z
nadzieją obserwowało oszałamiające kariery starszych kolegów na
początku lat 90., by przekonać się potem na własnej skórze, że te czasy
już się nie powtórzą.
Tekst stanowi skróconą wersję wstępu do książki Paktofonika. Przewodnik Krytyki Politycznej. Fragment ukazał się w „Gazecie Wyborczej” z 13-14 grudnia 2008.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...