
Ten, komu myli się lewica z prawicą, niech wie, że
nie jest sam. Mnie też się myli. Nie wstydzę się tego, od kiedy
przeczytałem książkę „The True and Only Heaven” Christophera Lascha.
Jej pierwszy rozdział nosi tytuł „Zanik lewicy i prawicy”.
XVIII-wieczny podział na lewicę i prawicę w drugiej połowie XX wieku
przestał działać – twierdzi Lasch. Nie jest już tak, że siedzący w
zgromadzeniu po prawej występują w imieniu szlachty i duchowieństwa, a
siedzący po lewej w imieniu tzw. stanu trzeciego. Nie jest nawet tak,
żeby prawica obsługiwała czołówkę wyścigu szczurów, a lewica ogon. Więc
jak jest?
Wedle Chantal Mouffe – której książkę „Polityczność” opublikowała
właśnie „Krytyka Polityczna” – trudno obecnie wyczuć faktyczne podziały
polityczne. Nie jest to przypadek. Po co nam lewica i prawica, kiedy
mamy liberalizm? – powtarza Mouffe ironicznie nieironiczną wątpliwość
Francisa Fukuyamy. Wraz z tryumfem demokracji liberalnej i gospodarki
wolnorynkowej historia się przecież skończyła. Na końcu historii
zastajemy istną „płynną nowoczesność”: politykę w postaci rozwodnionej
wszechzupy, w której wszystko – i lewica, i prawica – smakuje tak samo.
„I innego końca historii nie będzie”.
„Upłynnienie” podziałów politycznych pod koniec XX wieku i na początku
XXI Mouffe wyjaśnia w idiomie mojej ukochanej psychoanalizy. Chodzi,
jak nietrudno zgadnąć, o wyparcie. Liberalne dążenie do powszechnej
zgody gryzie się z zasadą konfliktu. „Parcie na konsensus” (
consent) to jednocześnie
wyparcie poróżnienia (
dissent).
„Polityczność” jest jak psychiczność: jest siedliskiem skłóconych
namiętności, trudnych do zaakceptowania dla „czyścioszków”, którymi są
ofiary nerwicy natręctw i liberalizmu proceduralnego. Liberalizm
proceduralny? To taka administracyjno-biurokratyczna mutacja myśli
liberalnej spod znaku Johna Rawlsa i jego „teorii sprawiedliwości”; są
jeszcze inne, mniej dekadenckie odmiany liberalizmu, a Mouffe to wie i
zostawia je w spokoju – nie docenia życiodajnego potencjału
skonfliktowania i dlatego spycha „zasadę konfliktu” do pozycji
przedracjonalnego przeżytku, w polityczny niebyt. Kłócą się tylko
kucharki – rzec można, przerabiając znane powiedzonko. „Racjonalność
liberalna” potrafi wyobrazić sobie tylko dwie możliwości: albo
całkowite porozumienie wszystkich ze wszystkimi, albo całkowitą wojnę
wszystkich przeciw wszystkim. Kompromis za wszelką cenę, bo jak nie, to
przyjdzie jakiś post-Hitler i poróżni nas już do szczętu.
„Koniec historii” dopuszcza tylko jeden rodzaj sporu: „miejsce konfliktu ‘prawicy z lewicą’ (
right and left) zajmuje walka ‘dobra ze złem’ (
right and wrong)”
(s. 20). Brzmi znajomo? Teczki, aborcja, potknięcia dyplomatyczne i
„wizerunek”… No bo o co się tu spierać, skoro sprawy ekonomii rozwiązał
raz na zawsze wolny rynek? Tzn. wcale nie rozwiązał, ale to już problem
tych najmniej „poradnych” – takiego współczesnego chłopstwa. „Kto nie
pomnaża kapitału, ten nie je”. Proste. „Dla liberałów polityka
ogranicza się do rywalizacji elit” (s. 36). Tych, którzy wciąż się nie
przestawili na kapitalizm, trzeba odstrzelić: albo symbolicznie, albo
naprawdę. Jako że to drugie wyjście raczej już nie wchodzi w grę,
pozostaje zaniedbanie i protekcjonalizm. Nie ma obecnie gorszego
poniżenia, jak porażka na wolnym rynku pracy i kapitału. Wszakże od
czasów Rewolucji Francuskiej, czyli właśnie do wprowadzenia podziału na
lewicę i prawicę, „słabszym” głosu się już nie odbiera, przynajmniej
nie wprost. Wobec tego też mają coś do powiedzenia. Choćby gardłem
Jörga Haidera (s. 82 – 84) lub Andrzeja Leppera. Mówiąc po heglowsku:
prawdą liberalizmu jest populizm. Każdy Balcerowicz wywołuje Leppera z
lasu. Tam, gdzie panuje „idealna” harmonia, tak idealna, że aż
przyduszna, prędzej czy później pojawi się ktoś, kto powie: dość! To
najlepszy dowód na to – powiada Mouffe – że liberalna polityka
„porozumienia ponad podziałami” nie radzi sobie z realnymi
antagonizmami w łonie społeczeństwa, bo i sobie radzić nie chce.
Zajmuje się tylko tymi, które sama uznaje za warte zachodu.
„Porozumienie owszem, ale z dzikusami nie gadamy” – co pachnie,
przyznajmy, poważnym oszustwem.
Co robić? Po prostu
przestać się oszukiwać. „Przyznać się”, ujawnić niejawny konflikt interesów, czyli zrobić to, o czym pisze Marks w pierwszej części
Manifestu komunistycznego:
walkę „pod stołem” zastąpić walką nagą, uwolnić i odczarować „podziemne
moce”, które desperacko próbuje ponownie ujarzmić i zaczarować
liberalny „uczeń czarnoksiężnika”. Do tego dąży Mouffe w swoim
postulacie „polityczności”, która ma sprawić, aby polityka na powrót
stała się pieprzna. „Przez ‘polityczność’ – pisze Mouffe – rozumiem
wymiar antagonizmu leżący u podstaw każdego ludzkiego społeczeństwa,
przez ‘politykę’ natomiast zestaw praktyk i instytucji, które w obliczu
wprowadzanego przez polityczność konfliktu tworzą porządek
umożliwiający ludzkie współistnienie” (s. 24). Polityczność to
uświadomiony konflikt, zaś polityka – jego spożytkowanie. Rzecz w tym,
żeby „moce podziemne” nas ożywiły, a nie zabiły. „Prawdziwym wyzwaniem
dla polityki demokratycznej jest ustanawianie opozycji my/oni w sposób
nieprowadzący do wybuchu antagonizmu” (s. 31). Po to właśnie u Mouffe
idea „agonu”, który jest wprawdzie walką, ale do pierwszej, a nie
ostatniej krwi. Nie jest ani konsensusem, ani antagonizmem. Tam, gdzie
był antagonizm, ma się pojawić agon – że sparafrazuję
wo Es war, soll Ich werden Freuda. W agonie „druga strona” to ani przyjaciel, ani wróg. To
przeciwnik, czyli
partner
w walce. Należy wyraźnie podkreślić ten punkt programu Mouffe, żeby nie
pomylić jej z rzecznikami „boskiej przemocy” rewolucyjnej.
Lektura książki Mouffe otworzyła mi oczy na ważną sprawę, tę mianowicie, że „polityka
musi
być stronnicza” (s. 31). W politycznej grze stawką jest zawsze
hegemonia. Owo roszczenie do władzy jest groźne tylko wtedy, gdy jest
ukryte. Liberalizm ze swą wizytówką bezinteresownego „racjonalnego
porządku” robi właśnie to: ukrywa swoją – całkiem naturalną – wolę
panowania. W ten sposób sprawuje całkiem pokaźny i dyskretny „rząd
dusz”, ale i wywołuje gwałtowne „reakcje zwrotne”. A wszystko pod
płaszczykiem harmonijnej współpracy rozsądnych „podmiotów
politycznych”. Ach, gdybyż liberałowie zechcieli przyswoić sobie jedną
z prawd psychoanalizy – konflikt, którego nie rozwiązuje się w
racjonalnej debacie, ale arbitralnymi decyzjami, decyzjami, którą są
właśnie takie i inne nie będą, wbrew temu, czego życzyłby sobie obóz
Rawlsa! „Rawlsowcom” etykietka „obozu” na pewno się nie spodoba, bo w
ich własnym mniemaniu przemawiają w ogólnym, a nie tylko w swoim
interesie. Negując konieczność głębokiej „różnicy zdań”, tylko ją
uwewnętrzniają, tworząc coś, co Hegel nazwał „świadomość
nieszczęśliwą”. Nasza „świadomość nieszczęśliwa” to wszyscy ci
„skrzywdzeni i poniżeni”, którzy nie znają – bo nie mają – lepszego
sposobu na autoekspresję, jak poprzez ciągłe strajki i tupanie nogami.
Lekarze, którzy zamiast leczyć – jęczą. Liberalizm odebrał im język,
pozostawiając do dyspozycji jedynie „dźwięki nieartykułowane”.
Absolutnie nie dziwię się Mouffe, gdy w rozdziale drugim przy pomysłach
Anthony’ego Giddensa opada jej szczęka. A zwłaszcza przy jednym
pomyśle, jakim jest daleko posunięta demokratyzacja egzystencji, w tym
„życia prywatnego, kontaktów seksualnych, relacji rodzic – dziecko oraz
przyjaźni, w których doświadczamy pojawienia się ‘demokracji
emocjonalnej’” (s. 61). Dobry Boże! Życie prywatne, kontakty seksualne,
przyjaźnie, a już zwłaszcza relacje rodziców z dziećmi wydane „władzy
ludu” zwyczajnie stają na głowie i walą się. W „tych sprawach” nie ma
mowy o ciągłej renegocjacji reguł, a do tego sprowadza się demokracja.
Demokracja w rodzinie – wspaniały pomysł… na dobrą fabułę, ale nie „na
życie”. Proszę obejrzeć „Wspaniałość Ambersonów” i przeczytać „Króla
Maciusia Pierwszego”, to się Państwo przekonają.
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...