|
Na rynku wydawniczym ukazała się właśnie najnowsza propozycja Krytyki
Politycznej, poświęcona jednej z najbardziej kontrowersyjnych
osobowości kina europejskiego – Andrzejowi Żuławskiemu. Autorzy
książki, Piotr Kletowski oraz Piotr Marecki, na przestrzeni ponad
pięciuset stron snują wieloaspektowy wywiad-rzekę, wpływając de facto
na erudycyjny przestwór oceanu Andrzeja Żuławskiego. Ich publikacja
jest podróżą przez archipelag sztuk autora „Szamanki”, uformowany z
nabywanej od dziesięcioleci wiedzy na temat literatury, kina, opery, a
także całej gamy osobistych doświadczeń. Jest jednocześnie pretekstem
do zastanowienia się nad miejscem sztuki Żuławskiego we współczesnym
krajobrazie filmowo-literackim.
Anegdotyczny styl wypowiedzi artysty pozwala na (przynajmniej
częściowe) zrozumienie dramatycznej sytuacji rodzimej kinematografii w
czasach PRL-u. Niekiedy książka przybiera formę spowiedzi twórcy,
dwukrotnie przymuszonego do opuszczenia ojczyzny oraz cierpiącego z
powodu bezlitosnego okaleczania swych celuloidowych wyznań. Pytania
zadawane przez Kletowskiego i Mareckiego pozwalają naszkicować portret
68-letniego indywidualisty, reżysera, scenarzysty, pisarza, bywającego
także aktorem. Żuławski chętnie wspomina czasy asystentury u Andrzeja
Wajdy (był drugim reżyserem na planie „Popiołów” w 1965 roku) czy
okoliczności powstawania swoich najważniejszych dzieł, układających się
(jak sugerują autorzy przewodnika) w konsekwentnie rozwijaną panoramę
dziejów Polski. Chociaż w powszechnej świadomości figuruje jako
reżyser, toczy zażarty bój o bycie postrzeganym przede wszystkim jako
pisarz. Jego literackie dokonania, takie jak „Lity Bór” (1991), „W
oczach tygrysa” (1992), „Moliwda” (1994), „Bóg” (2006) czy „Te panie”
(2007) są w dużym stopniu erudycyjnymi (o)powieściami-ideami,
przygotowującymi zaczyn pod materiał filmowy. Jak przyznaje niepokorny
twórca, jego doświadczenie pisarskie ukształtowane zostało na zasadzie
symbiozy stylistycznych i światopoglądowych przeciwieństw. Styl Josepha
Conrada oddziaływał bowiem na niego równie silnie jak osiągnięcia
Fiodora Dostojewskiego. Ernest Hemingway, William Faulkner, Franz Kafka
czy Tomasz Mann to tylko niektórzy twórcy, w równym stopniu
zapładniający poetycką wrażliwość autora „Trzeciej części nocy”.
Rozmowa z Żuławskim nie jest rzeczą łatwą, choć niewątpliwie stymulującą intelektualnie. Uznawany przez większość krytyków za enfant terrible
europejskiej kinematografii (dla którego nie ma tematów tabu ani granic
dobrego smaku) twórca jest obiektem stwarzającym poznawczy opór.
Przepytujących go redaktorów wprowadza w ślepe zaułki, co rusz starając
się zbić ich z pantałyku. W wielu fragmentach można wyczuć, że autorzy
publikacji starają się „zabłysnąć” przed swoim rozmówcą, proponując
inteligentne tropy interpretacyjne oraz analityczne. Niestety, w
większości przypadków obraca się to przeciwko nim. Żuławski, nie
stroniąc od dosadności oraz nieskrępowanej wulgarności, piętnuje
naukowe podejście do swojej twórczości, obalając bez litości tezy, z
którymi zdecydowanie się nie zgadza. Najlepszym przykładem są wszelkie
próby Kletowskiego i Mareckiego polegające na ujęciu twórczości
Żuławskiego przez pryzmat psychoanalizy, które – mówiąc oględnie – spełzają na niczym.
Żuławski nie unika jednak odpowiedzi na pytania trudne oraz dotyczące
jego życia osobistego. Często wspomina swego ojca, Mirosława
Żuławskiego (także przez pryzmat artystycznego dorobku), nie
zapominając również o literackiej schedzie po stryjecznym dziadku,
Jerzym Żuławskim, czołowym przedstawicielu dekadentyzmu i symbolizmu
(stałym współpracowniku młodopolskiej „Chimery”). Podkreślając swój
zadeklarowany ateizm oraz niechęć do zinstytucjonalizowanych wyznań
(choć w młodości był ministrantem), przyznaje równocześnie, iż ciągle
marzy o nakręceniu filmu o cudzie. Wywiad obfituje także w wyznania
dojrzałego smakosza kobiet, dzielącego się wspomnieniami o swych
dawnych partnerkach i kochankach. Znajdziemy tu wspomnienia o
zafascynowanej buddyzmem Małgorzacie Braunek oraz rozdartej duchowo
Romy Schneider (gwieździe jego filmu „Najważniejsze to kochać” z 1975
roku). Pojawią się również reminiscencje burzliwej współpracy z
kapryśną Isabelle Adjani oraz krótkotrwałego zauroczenia młodziutką
Valérie Kaprisky, grającą główną rolę w ekranizacji „Biesów”
Dostojewskiego, czyli „Kobiecie publicznej” (1984). Nie zabraknie także
podsumowania wieloletniego związku mentora i jego uczennicy oraz
życiowej partnerki, Sophie Marceau, którego zwieńczeniem była praca na
planie „Wierności” (póki co ostatniego filmu Żuławskiego), będącej
współczesną wersją XVII-wiecznej powieści pt. „Księżna de Cléves”
autorstwa Marie de la Fayette. Jednocześnie reżyser przedstawiony
zostaje jako inicjator artystycznych osiągnięć swoich aktorek, które w
jego filmach – najczęściej traktujących o miłości niemożliwej – „błyszczą” niezapomnianym blaskiem, wcielając się w rozstrojone
emocjonalnie heroiny.
Jako człowiek nieznoszący obłudy, nieszczerości oraz wszelkiej
pretensjonalności, Żuławski obnaża bezzasadność artystycznych roszczeń
teoretyków DOGMY 95 czy twórców z kręgu francuskiej Nowej Fali. Neguje
„historiozoficzny realizm” dzieł Andrzeja Wajdy. Demitologizuje osobę
Andrzeja Munka oraz piętnuje utartą recepcję jego dzieł. Nie oszczędza
również twórczości Krzysztofa Kieślowskiego, określając ją mianem
błahych treści ubranych w „cudowny celofan” (aczkolwiek podkreśla wagę
filmu „Przypadek”). Nie szczędzi też gorzkich słów pod adresem
państwowych szkół aktorskich, wskazując na przesadną manieryczność
stylu gry wielu rodzimych artystów.
Siebie samego Żuławski przedstawia jako samotnego wędrowca,
poszukującego zakorzenionej w codzienności metafizyki, której nie
sposób utożsamiać z etyką. To ateista konsekwentnie kierujący się w
życiu krytycznym spojrzeniem na dokonania platonizmu jako kierunku
przynoszącego represję ludzkiej myśli. Bliżej mu zdecydowanie do myśli
jezuity Pierre’a Teilharda de Chardina (będącego twórcą
filozoficzno-religijnej koncepcji zwanej ewolucjonizmem
chrześcijańskim), wedle którego istota ludzka wspina się po kolejnych
szczeblach drabiny świadomości, rozpoczynając swoją wędrówkę jako
bezrozumna bestia, która być może kiedyś zdobędzie status anioła.
Książka Kletowskiego i Mareckiego pozwala także poznać okoliczności
powstania najważniejszych dzieł filmowych niepokornego twórcy. Na
przykładzie „Trzeciej części nocy” (1971) Żuławski określa swój
stosunek do tradycji polskiej szkoły filmowej, oscylujący pomiędzy
hołdem a demitologizacją. W nakręconym rok później, odwołującym się do
tradycji romantycznej, „Diable” (określonym przez autorów książki
mianem „horroru krwi, ognia i spermy”) Żuławski zawarł gorycz wydarzeń
marca 1968 roku, ale także ukazał złożony proces degrengolady etosu
szlacheckiego. „Na srebrnym globie” (1976-1981) nadal funkcjonuje w
pamięci reżysera jako raport z tworzenia dzieła sztuki bezlitośnie
okaleczonego przez cenzurę. Natomiast kultowe w kręgach amatorów
fantastyki „Opętanie” (1981), wpisujące się w zakres kina spod znaku
„Wstrętu” Polańskiego czy „Nocy żywych trupów” Romero, nadal robi
wrażenie jako filmowy teoremat o lęku względem Boga – złego demiurga.
Najnowsza propozycja wydawnicza Krytyki Politycznej przynosi również
ciekawą dyskusję na temat pojmowania istoty kina. Dla autora „Szamanki”
kino nie jest naturalnym wynalazkiem człowieczej duszy, ale sztuczność
tego medium (wszak film to wypadkowa teatru i fizyki) niezwykle
podnieca, gdyż jest wyższą formą myślenia. Równocześnie reżyser
stwierdza jednoznacznie, że kino pełni funkcję podrzędną w stosunku do
życia, umożliwiając permanentną ucieczkę od rzeczywistości poprzez jej
fabularyzację. Paradoksalnie, witalność X Muzy, opierająca się na jej
„złych gustach”, żywiąc się bakterią zgnilizny, potrafi, zdaniem
twórcy, wydać na świat najpiękniejsze kwiaty. Żuławski podkreśla
kilkakrotnie, że forma jego obrazów jest jedynie środkiem wiodącym ku
oświeceniu, poznaniu (przede wszystkim genezy ludzkiego zła). Jego kino
jest inkubatorem pamięci, celuloidową trumną, z której „powstają trupy
aktorów, by pożreć nasze dusze”. Kolejne pytania Kletowskiego i
Mareckiego wyłaniają autorskie podejście Żuławskiego do materii
filmowej. Jego sztuka, aby mogła zaistnieć, musi najpierw zostać
napisana. To amalgamat kina i literatury, scalony w jedno osobą autora.
To artystyczny monolit, w którym idea widowiska koresponduje z próbą
zgłębienia tajemnic natury człowieka. Wreszcie – film to seksualność
działająca poprzez zmysły i traktująca je jako narzędzia manipulacji
odbiorcą.
Wywiad z Żuławskim jest całkiem udaną próbą skatalogowania oraz
opisania przeróżnych wcieleń artysty, od lat konsekwentnie podążającego
obraną przez siebie drogą. Jak przyznają sami autorzy: „Naszą ambicją
było zbudowanie przewodnika po «kosmosie» Żuławskiego, w którym jest
miejsce na refleksje zarówno dotyczące filmowego rzemiosła, jak i
filozoficznego tła sztuki filmowej, specyfiki sztuki operowej i próby
zrozumienia meandrów ludzkiej uczuciowości, fotograficznej tożsamości
filmowego obrazu i rozumienia satori w japońskiej sztuce plastycznej”.
Publikacja Kletowskiego i Mareckiego jest wydawniczym rarytasem dla
miłośników twórczości Żuławskiego, choć być może także ci niechętnie
nastawieni do osoby kontrowersyjnego autora znajdą pewną dozę
przyjemności w lekturze wyznań człowieka, który – według własnych słów – więcej o współczesnej Polsce dowiedział się z serialu „M jak miłość”
niż z dorobku kolejnych pokoleń rodzimych reżyserów. Zachęcam do
odwiedzenia archipelagu wysp Andrzeja Żuławskiego – archipelagu
wieloznacznego, transgresyjnego oraz zaludnionego przez osoby
poszukujące miłości i metafizyki.
Tekst ukazał się na witynie „artPapieru”, 1 października 19 (115) / 2008.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...