|
Konferencja prasowa ministra zdrowia załatwiła kilka bieżących problemów – i jednocześnie pozwoliła utrzymać zły system przy życiu. Gdyby nie przywrócenie na miejsce usuniętych z listy refundowanych leków, w tym tak „wrażliwych”, jak środki przeciwbólowe dla chorych na raka, paski do mierzenia cukru dla diabetyków czy leki ułatwiające przyjęcie przeszczepu – mogłaby nastąpić prawdziwa katastrofa. A tak udało się chwilowo obniżyć polityczne napięcie, choć systemowe sprzeczności będą trwały dalej.
Najbardziej oczywisty, choć nie najgłębszy problem, to ewidentne niechlujstwo i bałagan w pracy zarówno polityków, jak i urzędników – z poprzednią minister Ewą Kopacz na czele. Zmiana reguł tworzenia listy leków refundowanych to proces na tyle poważny, że jego przygotowanie powinno nastąpić z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem – a my wciąż mamy do czynienia z radosnym reformatorstwem na ostatnią chwilę. To prawda, że targi ministerstwa z koncernami farmaceutycznymi nigdy nie są łatwe, w wielu krajach trwają latami – ale to nie sprawa pacjentów, tylko wyzwanie dla biurokracji. Zaniedbania w tym względzie musiały być rażące, skoro na liście zabrakło specyfików w oczywisty sposób niezbędnych setkom tysięcy chorych.
Inna sprawa to sama logika systemu – procedury wpisywania leków na listę refundacji są po prostu nieprzejrzyste. Teoretycznie obowiązuje zasada, że jeśli dany lek ma swój generyczny, tańszy odpowiednik, to on właśnie powinien zostać wpisany na listę. Ale nie zawsze tak się dzieje – czy ktoś potrafi podać, zgodnie z jaką regułą tworzymy te wyjątki? Ten brak przejrzystości to także spuścizna minister Kopacz, która niewątpliwie miała dobre intencje, utrzymując, że będzie twardo negocjować z koncernami farmaceutycznymi. Tylko że problemem okazała się nie tyle twardość czy miękkość negocjacji, ile beztroska i niekompetencja – której konsekwencje musi dzisiaj nagłymi interwencjami naprawiać nowy minister.
O ile dziury w systemie refundacji leków udało się na chwilę załatać, o tyle z lekarzami sprawa jest dużo bardziej skomplikowana – nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, dlaczego powinniśmy ich obciążać obowiązkiem sprawdzania ubezpieczeń pacjentów przy wypisywaniu recept, skoro bez prawa do refundacji pozostaje zaledwie kilka ułamków procenta ludzi w Polsce. To wojna o grosze – a co gorsza, nawet te grosze mogą okazać się oszczędnością złudną, bo jeśli nieubezpieczony pacjent nie dostanie leku, to nie jest wykluczone, że doprowadzi się w końcu do takiego stanu zdrowia, że będzie musiał przejść hospitalizację, za którą zapłaci oczywiście budżet państwa. Ale jeśli nie myślimy systemowo i w reformowaniu służby zdrowia dominuje woluntaryzm – to takie są właśnie efekty.
Bartosz Arłukowicz powinien przemyśleć poważnie te kwestie – ale jego konferencja prasowa nie daje wielkich nadziei na zasadnicze zmiany. Batalistyczna retoryka, głośne zapewnienia, że minister się „nie ugnie”, że będzie równie twardo negocjował z koncernami, co jego poprzedniczka – przypominają występy Anny Fotygi z czasów jej szefowania MSZ. I dlatego nie mam wielkich nadziei na autentyczną racjonalizację nawet nie samego resortu zdrowia i wdrażanych przez niego reform, ale choćby dyskusji na ten temat. Arłukowicz wpadł jak śliwka w kompot ugotowany przez Ewę Kopacz – i chyba nie bardzo ma pomysł, jak się z niego wydostać.
Zapowiadana szumnie ustawa zakładająca wynagradzanie szpitali w zależności od jakości świadczonych przez nie usług to kolejny przykład radosnych reform bez przemyślenia sprawy. Żeby nie było wątpliwości – jestem zdecydowanym zwolennikiem wynagradzania za jakość. Nie tylko dlatego, że to bardziej sprawiedliwe, ale także dlatego, że się opłaca – bo pacjent leczony gorzej jest droższy dla systemu (z racji zakażeń, efektów ubocznych czy powikłań). Ale jakości usług nie należy badać na podstawie arbitralnie dobranych kryteriów statystycznych, tylko – w oparciu o doświadczenia służby zdrowia wielu państw – na podstawie opinii pacjentów. Oczywiście, że pojedynczy człowiek może się mylić, jednak przy masowych ankietach to najlepsza metoda – tak przecież ocenia się działalność prywatnych przedsiębiorstw, tzn. poprzez zadowolenie klienta. Natomiast samo uzależnienie wynagrodzeń lekarzy od jakości ich usług uważam za słuszne – bo dziś płacimy za przysłowiowe trzaśnięcie drzwiami. Inna sprawa, że w publicznej służbie zdrowia to nowość (nie tylko u nas) – więc warto uważnie obserwować dotychczasowe rozwiązania wdrożone gdzie indziej.
Ostatni raport NIK-u na temat sytuacji w skomercjalizowanych ośrodkach zdrowia powinien być sygnałem ostrzegawczym, że stereotypy myślowe, w których tkwimy – mitologia liberalizmu, który z wolnym rynkiem nie ma skądinąd wiele wspólnego – prowadzą nas na manowce. Bo na czym mają polegać oszczędności w szpitalach przekształconych w spółki? Ograniczanie dostępu do świadczeń i zwalnianie personelu może sprzyjać zbilansowaniu ksiąg zamienionego w przedsiębiorstwo szpitala, ale niekoniecznie pomaga pacjentom, a na dłuższą metę rodzi też koszty dla całego systemu. Zgodnie z tą logiką księgowych, opłaca się bowiem ograniczyć dostęp do nierentownych procedur – np. do rehabilitacji, o profilaktyce nie wspominając – a za to zastosować procedurę rentowną, np. interwencję chirurgiczną, która może i nie byłaby potrzebna – gdyby wcześniej zastosowano metody „nieopłacalne”.
Jeśli ministerstwo pragnie szukać oszczędności, to niech się zainteresuje tym, co robią ci wspaniali, wykwalifikowani specjaliści medyczni przy zakupionym za miliony złotych sprzęcie pod koniec roku rozliczeniowego. Otóż nie robią nic – bo pod koniec roku kończą się zakontraktowane limity świadczeń i sprzęt stoi nieużywany, nieraz przez cały miesiąc. Nieracjonalne zarządzanie, nastawione na perspektywę krótkoterminową i bilansowanie kosztów w ramach pojedynczych ośrodków, rodzi ogromne koszty. To absurd, że tracimy około 10 procent możliwości użytkowania sprzętu i ludzi poprzez nieracjonalne limity – a próbujemy oszczędzać grosze na restrykcjach wobec chorych. Ten system ma wiele wspólnego z realnym socjalizmem – choć nie dlatego, że jest zarządzany przez państwo. Chodzi o to, że próbując oszczędzać, uderzamy w obywateli. Ale nie obniżamy przez to kosztów, tylko je przesuwamy. Za źle zbadanych i niedoleczonych pacjentów zapłacimy tak czy inaczej. Później i więcej.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...