NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Żakowski: Napięcie opadło, sprzeczności zostały Drukuj
Jacek Żakowski   
29.12.2011

Konferencja prasowa ministra zdrowia załatwiła kilka bieżących problemów – i jednocześnie pozwoliła utrzymać zły system przy życiu. Gdyby nie przywrócenie na miejsce usuniętych z listy refundowanych leków, w tym tak „wrażliwych”, jak środki przeciwbólowe dla chorych na raka, paski do mierzenia cukru dla diabetyków czy leki ułatwiające przyjęcie przeszczepu – mogłaby nastąpić prawdziwa katastrofa. A tak udało się chwilowo obniżyć polityczne napięcie, choć systemowe sprzeczności będą trwały dalej.


Najbardziej oczywisty, choć nie najgłębszy problem, to ewidentne niechlujstwo i bałagan w pracy zarówno polityków, jak i urzędników – z poprzednią minister Ewą Kopacz na czele. Zmiana reguł tworzenia listy leków refundowanych to proces na tyle poważny, że jego przygotowanie powinno nastąpić z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem – a my wciąż mamy do czynienia z radosnym reformatorstwem na ostatnią chwilę. To prawda, że targi ministerstwa z koncernami farmaceutycznymi nigdy nie są łatwe, w wielu krajach trwają latami – ale to nie sprawa pacjentów, tylko wyzwanie dla biurokracji. Zaniedbania w tym względzie musiały być rażące, skoro na liście zabrakło specyfików w oczywisty sposób niezbędnych setkom tysięcy chorych.

  

Inna sprawa to sama logika systemu – procedury wpisywania leków na listę refundacji są po prostu nieprzejrzyste. Teoretycznie obowiązuje zasada, że jeśli dany lek ma swój generyczny, tańszy odpowiednik, to on właśnie powinien zostać wpisany na listę. Ale nie zawsze tak się dzieje – czy ktoś potrafi podać, zgodnie z jaką regułą tworzymy te wyjątki? Ten brak przejrzystości to także spuścizna minister Kopacz, która niewątpliwie miała dobre intencje, utrzymując, że będzie twardo negocjować z koncernami farmaceutycznymi. Tylko że problemem okazała się nie tyle twardość czy miękkość negocjacji, ile beztroska i niekompetencja – której konsekwencje musi dzisiaj nagłymi interwencjami naprawiać nowy minister.

  

O ile dziury w systemie refundacji leków udało się na chwilę załatać, o tyle z lekarzami sprawa jest dużo bardziej skomplikowana – nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, dlaczego powinniśmy ich obciążać obowiązkiem sprawdzania ubezpieczeń pacjentów przy wypisywaniu recept, skoro bez prawa do refundacji pozostaje zaledwie kilka ułamków procenta ludzi w Polsce. To wojna o grosze – a co gorsza, nawet te grosze mogą okazać się oszczędnością złudną, bo jeśli nieubezpieczony pacjent nie dostanie leku, to nie jest wykluczone, że doprowadzi się w końcu do takiego stanu zdrowia, że będzie musiał przejść hospitalizację, za którą zapłaci oczywiście budżet państwa. Ale jeśli nie myślimy systemowo i w reformowaniu służby zdrowia dominuje woluntaryzm – to takie są właśnie efekty.

  

Bartosz Arłukowicz powinien przemyśleć poważnie te kwestie – ale jego konferencja prasowa nie daje wielkich nadziei na zasadnicze zmiany. Batalistyczna retoryka, głośne zapewnienia, że minister się „nie ugnie”, że będzie równie twardo negocjował z koncernami, co jego poprzedniczka – przypominają występy Anny Fotygi z czasów jej szefowania MSZ. I dlatego nie mam wielkich nadziei na autentyczną racjonalizację nawet nie samego resortu zdrowia i wdrażanych przez niego reform, ale choćby dyskusji na ten temat. Arłukowicz wpadł jak śliwka w kompot ugotowany przez Ewę Kopacz – i chyba nie bardzo ma pomysł, jak się z niego wydostać.

  

Zapowiadana szumnie ustawa zakładająca wynagradzanie szpitali w zależności od jakości świadczonych przez nie usług to kolejny przykład radosnych reform bez przemyślenia sprawy. Żeby nie było wątpliwości – jestem zdecydowanym zwolennikiem wynagradzania za jakość. Nie tylko dlatego, że to bardziej sprawiedliwe, ale także dlatego, że się opłaca – bo pacjent leczony gorzej jest droższy dla systemu (z racji zakażeń, efektów ubocznych czy powikłań). Ale jakości usług nie należy badać na podstawie arbitralnie dobranych kryteriów statystycznych, tylko – w oparciu o doświadczenia służby zdrowia wielu państw – na podstawie opinii pacjentów. Oczywiście, że pojedynczy człowiek może się mylić, jednak przy masowych ankietach to najlepsza metoda – tak przecież ocenia się działalność prywatnych przedsiębiorstw, tzn. poprzez zadowolenie klienta. Natomiast samo uzależnienie wynagrodzeń lekarzy od jakości ich usług uważam za słuszne – bo dziś płacimy za przysłowiowe trzaśnięcie drzwiami. Inna sprawa, że w publicznej służbie zdrowia to nowość (nie tylko u nas) – więc warto uważnie obserwować dotychczasowe rozwiązania wdrożone gdzie indziej.

  

Ostatni raport NIK-u na temat sytuacji w skomercjalizowanych ośrodkach zdrowia powinien być sygnałem ostrzegawczym, że stereotypy myślowe, w których tkwimy – mitologia liberalizmu, który z wolnym rynkiem nie ma skądinąd wiele wspólnego – prowadzą nas na manowce. Bo na czym mają polegać oszczędności w szpitalach przekształconych w spółki? Ograniczanie dostępu do świadczeń i zwalnianie personelu może sprzyjać zbilansowaniu ksiąg zamienionego w przedsiębiorstwo szpitala, ale niekoniecznie pomaga pacjentom, a na dłuższą metę rodzi też koszty dla całego systemu. Zgodnie z tą logiką księgowych, opłaca się bowiem ograniczyć dostęp do nierentownych procedur – np. do rehabilitacji, o profilaktyce nie wspominając – a za to zastosować procedurę rentowną, np. interwencję chirurgiczną, która może i nie byłaby potrzebna – gdyby wcześniej zastosowano metody „nieopłacalne”.

  

Jeśli ministerstwo pragnie szukać oszczędności, to niech się zainteresuje tym, co robią ci wspaniali, wykwalifikowani specjaliści medyczni przy zakupionym za miliony złotych sprzęcie pod koniec roku rozliczeniowego. Otóż nie robią nic – bo pod koniec roku kończą się zakontraktowane limity świadczeń i sprzęt stoi nieużywany, nieraz przez cały miesiąc. Nieracjonalne zarządzanie, nastawione na perspektywę krótkoterminową i bilansowanie kosztów w ramach pojedynczych ośrodków, rodzi ogromne koszty. To absurd, że tracimy około 10 procent możliwości użytkowania sprzętu i ludzi poprzez nieracjonalne limity – a próbujemy oszczędzać grosze na restrykcjach wobec chorych. Ten system ma wiele wspólnego z realnym socjalizmem – choć nie dlatego, że jest zarządzany przez państwo. Chodzi o to, że próbując oszczędzać, uderzamy w obywateli. Ale nie obniżamy przez to kosztów, tylko je przesuwamy. Za źle zbadanych i niedoleczonych pacjentów zapłacimy tak czy inaczej. Później i więcej.

 
 
 
 
Komentarze
Dodaj nowy
Smith  - Racjonalizacja przez komercjalizację   |29.12.2011 21:25:44
Skoro komercjalizacja wpływa na finansową racjonalność placówek służby zdrowia.
To może skomercjalizować należy NFZ bo to ta instytucja ma zawsze za mało
pieniędzy i za dużo pomysłów na to jak utrudnić życie zależnym od niej
ludziom.
Myślę, że taka 90% restrukturyzacja zatrudnienia na rzecz cyfryzacji,
byłaby tutaj bardzo na miejscu. Komputery przynajmniej się nie boją o stołek i
nie przyjmują sprzecznych ani wieloznacznych poleceń, tylko od razu odmawiają
współpracy, bo są dokładnie tak bezduszne i bezmyślne jak idealny urzędnik wg.
Webera być powinien.
avaga   |30.12.2011 08:25:40
Gdy po raz pierwszy w tok.fm usłyszałem od pana Żakowskiego o tym ułamku
nieubezpieczonych osób, których weryfikacja kosztuje nas krocie, pomyślałem że
to faktycznie absurd i złudne oszczędności.
Ale po czasie przyszła refleksja:
czy zlikwidowanie weryfikacji nie doprowadzi do sytuacji, w której ten ułamek
procenta będzie się sukcesywnie powiększał i w konsekwencji straty wynikające z
niezapłaconych składek przewyższą oszczędności?
Chyba, że mówimy o całkowitej
reorganizacji systemu zdrowia, budując wszystko od nowa.
bass  - kto wie?   |30.12.2011 16:50:44
Gdyby nic nie robić, bo "kto wie, co się może okazać?", to pewnie
siedzielibyśmy jeszcze w jaskiniach…
Akurat system o jakim mowa, od wielu lat
sprawdza się np. w W.Brytanii.
Arzof  - @ avaga   |31.12.2011 18:40:13
Poświęcanie czasu lekarza w kontakcie z pacjentem na jakiekolwiek działania
(administracja/biurokracja) nie związane bezpośrednio z leczeniem to ewidentne
marnotrawstwo. W społeczeństwie tyko lekarz umie leczyć, a papiery,refundacje i
inne pierduły mogą robić średnio wykwalifikowani urzędnicy lub po prostu
umiejętnie zorganizowany system. Umysł lekarza powinien być w 100%
skoncentrowany na skutecznym leczeniu i konsekwencjach leczenia dla zdrowia
pacjenta, a nie na konsekwencjach błędnie wypełnionych papierów i obawach o
swoją własną płynność finansową. Oczywiście zawsze lekarz musi coś zrobić, musi
wpisać przebieg wizyty i w szczególności podpisać receptę, ale jedyne o czym
powinien myśleć, to jaki środek lecznicy zaaplikowac, a nie jaki % z tego
zapłaci pacjent a jaki państwo.
Co do obawy, że nieubezpieczonych może
przybywywać - otóż można na wielu innych krokach procesu weryfikować, czy ktoś
ma prawo do tańszych leków i przede wszystkim zadbać na wiele innych sposób, by
nieubezpieczeni się ubezpieczali. Weryfikowanie jakichkolwiek
administracyjno-biurokratycznych wymysłów przez lekarza, to jakieś totalnie
pomieszanie roli lekarza z urzędnikiem, i marnotrawienie cennych zasobów
umysłowych lekarza na coś co równie dobrze mogą robić inni, zdecydowanie mniej
wykwalifikowani ludzie i mniej cenni dla systemu. To tak jakby profesor miał
robić ksero, no bo skoro już stoi przy kserokopiarce…
Starszy pan  - Nieelegancko   |02.01.2012 09:25:02
Szanowny Panie Redaktorze.
Cenię Pana wysoko, ale Pana przesadnymi emocjami w
poranku TOKFM 30 grudnia 2011 byłem zażenowany. Słusznie sprzeciwili się Panu w
sprawie min. Arłukowicza, prof. Władyka i red. Wołek a Pan 4 razy wracał do
swojego stanowiska, wcinając się nieelegancko w ich wypowiedzi, co niestety było
na granicy histerii.
Życzę Panu szczęśliwego roku.
Kac   |03.01.2012 00:27:51
Dopóki w Polsce pozostanie choćby jeden "nieubezpieczony" to władza
będzie go ścigać z całą mocą i nie da choćby trzasnąć drzwiami nawet u
psychiatry. Bo tu wcale nie chodzi o pieniądze ale o doktrynę. Realnie to
składki nikt nie płaci, tylko zamiast do urzędu skarbowego płacimy te pieniądze
do ZUS i odliczamy od podatku. Więc jak ktoś mieszka pod mostem i pracuje w
"fajansie" tyle samo akurat płaci faktycznie na ubezpieczenie zdrowotne
ile grabarz czy motorniczy czyli nic. Ale motorniczy jest ubezpieczony pan z pod
mostu nie. ZUS księguje liczy-rozlicza i posyła do NFZ. NFZ nie dzieli jak
dawniej Ministerstwo i odpowiednie wydziały lecz zawiera "kontrakty" I
tak w koło Macieju forsa okrężną drogą zamiast z podatków to ze
"składek" idzie do urzędników z NFZ. I jest fajnie, są ubezpieczenia, są
składki, są kontrakty, wszystko policzone rozliczone, amputacja stopy 1236,70zł,
przyszycie przedramienia 1236.90zł, przyklejenie plastra 4,56zł. I o to chodzi!
Co prawda, byłoby prościej i taniej jak do lekarza mógłby pójść każdy frajer
posiadający li tylko dowód osobisty - jak chciałby red. Zakowski, ale tu nie o
to chodzi, Drogi Panie Redaktorze, to byłoby odstępstwo od doktryny, że nie ma
nic za darmo!
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 29.12.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.03553 Seconds