|
Rząd i OFE spierają się, czy na zmianach emeryci zyskają, czy stracą. A tego nie wiadomo. Bo nikt nie wie, jakie to będą zmiany, jaki będzie za 30 lat trend na giełdach, jaki wzrost gospodarczy i jaka inflacja. Wiadomo natomiast, jak było dotychczas.
„Broń swoich pieniędzy” - wzywają OFE. Słusznie! Ale przed kim? Z wyliczeń Komisji Nadzoru Finansowego (niezaangażowanej w spór, kierowanej przez Stanisława Kluzę, którego powołał PiS) wynika, że po odjęciu prowizji i opłat średnia roczna rentowność OFE od początku ich funkcjonowania wyniosła 7,38 proc. W tym czasie średnia rentowność obligacji skarbowych wyniosła 7,4 proc.
Gdyby więc zamiast przelewać pieniądze do OFE, ZUS waloryzował składki o indeks obligacji, to z punktu widzenia przeciętnego emeryta wynik byłby niemal identyczny (o 0,02 proc. rocznie lepszy). Przy okazji zaś ZUS oszczędziłby na kosztach wysyłania składek do OFE (pobiera za to 0,8 proc. składki).Ekonomiczny sens reformy okazał się zatem taki, że państwo dało OFE bezpłatny kredyt, dzięki któremu zarobiły one prowizję i opłaty za zarządzanie. Emeryci nie zyskali na tym ani grosza. Zysk z inwestowania w systemie kapitałowym z małą nawiązką pożarły opłaty dla OFE. To ich pieniędzy mają więc bronić przyszli emeryci mobilizowani za pomocą ogłoszeń. Gdyby tu rachunek zysków i strat się kończył, można by powiedzieć, że dla obywateli nie miała ona znaczenia. Jednak to jeszcze nie koniec.
Poza OFE i przyszłymi emerytami w tej grze jest budżet państwa, czyli nasze wspólne pieniądze. O ile wprost dla przyszłej emerytury ekonomiczny skutek istnienia OFE był z grubsza neutralny (strata 0,02 proc. rocznie), a dla OFE dodatni (kilkanaście miliardów złotych prowizji i opłat), to dla budżetu jest on zdecydowanie ujemny. Bo emisja obligacji na sfinansowanie naszych wpłat do OFE kosztuje.
Gdyby nie OFE, nasz narodowy dług byłby o jedną trzecią niższy. A im mniejszy dług, tym niższe oprocentowanie. W różnych latach ta różnica wynosiłaby między 0,17 a 0,29 proc. W 2010 r. było to ok. 1,7 mld, a w tym będzie więcej, jeśli plany rządu upadną. Są też koszty związane z przygotowaniem emisji i jej przeprowadzeniem. Łącznie jakieś 2 mld rocznie, czyli ok. 100 zł na pracującego Polaka.
100 zł każdy z nas musiał w ubiegłym roku dołożyć, żeby OFE mogły swoje zarobić. Jest to kwota zbliżona do średniej sumy pobranych przez nie prowizji i opłat. Można więc cynicznie powiedzieć, że prościej było wprost wyjąć z kieszeni po stówce i dać te pieniądze OFE, a emerytury zostawić ZUS-owi.
„Już 30 tys. Polaków podpisało list przeciwko cięciu składki do OFE” - napisała „Gazeta”. A Ewa Lewicka, szefowa Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych, uznała to za dowód, że: „Polacy rzeczywiście interesują się swoimi przyszłymi emeryturami i nie godzą się na ich obniżanie”.
Rachunki pokazują raczej, że wciąż istnieje niewielka (30 tys. z 30 mln dorosłych) grupa naiwnych Polaków, którzy kiedyś uwierzyli kłamliwym reklamom obiecującym, że OFE zapewnią im luksusy, i dziś wierzą opłaconym przez OFE niepodpisanym ogłoszeniom w prasie i telewizji.
Rozumiem, dlaczego OFE znów próbują wprowadzić nas w błąd. Raz się bezkarnie udało - może drugi raz się uda. Nie rozumiem, dlaczego regulatorzy na to pozwalają. Dlaczego znów milczy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który wie, jak karać za kłamliwe reklamy? Dlaczego milczy Komisja Nadzoru Finansowego odpowiedzialna za to, by sektor finansowy nie wyłudzał pieniędzy, mamiąc nas fałszywymi mirażami korzyści?
Gdyby OFE wzywały: „Brońcie naszych pieniędzy” lub „Dajcie nam więcej pieniędzy”, nie byłoby w tym nic złego. Ale oni znów robią nam wodę z mózgu. Tak być nie powinno. Państwo, które zmusza nas do płacenia na OFE, powinno przynajmniej pilnować, żeby nas za nasze pieniądze nie okłamywano. A wciąż się od tego uchyla.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.
Na podobny temat
|
Pomysł, żeby na każdą parę przypadało...
Sympatyczna opowiastka. Sympatyczna, ...