|
Kiedy jesienią ubiegłego roku na dobre wybuchł światowy kryzys gospodarczy, rząd mógł jeszcze zwiększyć dochody budżetu. Powtarzał jednak za Leszkiem Balcerowiczem, że nas ten kryzys nie dotknie. Kiedy w styczniu jeden z zagranicznych banków ogłosił, że według jego prognoz Polska będzie miała zerowy wzrost gospodarczy, rząd uznał, że to wrogi Polsce PR. Teraz gdy gorsze prognozy (-0,7 i -1,7) ogłaszają MFW i Bruksela, a dziura w budżecie rośnie, rząd na szczęście boi się już mówić o antypolskim PR i zaczyna się zastanawiać, jak związać koniec z końcem.
Wygląda na to, że „Nasz Dziennik” ma rację i rząd będzie się tak zastanawiał, uspokajał, dumał i rozważał aż do eurowyborów. Bo cięcie wydatków i podnoszenie podatków mogłoby zniechęcić wyborców. Sęk w tym, że do wyborów jest jeszcze ponad miesiąc. A każdy kolejny miesiąc zwłoki powoduje, że zmiany będą musiały być bardziej drastyczne. Bo z miesiąca na miesiąc jest mniej czasu na oszczędzanie lub gromadzenie dodatkowych dochodów.
Im bardziej drastyczna będzie zmiana, tym większy może być jej negatywny wpływ na gospodarkę. Co więcej - jeśli zagraniczne prognozy są trafne, a nawet jeśli trafne są prognozy krajowe przewidujące wzrost poniżej jednego procentu, to trzeba będzie podnieść przyszłoroczne podatki. Jeśli zaś rząd zabierze się do tego w czerwcu, to niewielka jest szansa, że zdąży przed październikiem, kiedy zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego mija termin zmiany przyszłorocznych podatków bezpośrednich.
Logika ekonomiczna PO jest dokładnie odwrotna od tej, którą wyznaje Prezydent, PiS i SLD, więc można się spodziewać, że prezydent albo zawetuje ustawę podatkową (jeśli PO nie dogada się z SLD i nie będzie miało dość sił, by odrzucić weto), albo - co gorsze - skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego. Tak czy inaczej może się okazać, że tego miesiąca zabraknie, by zrównoważyć przyszłoroczny budżet przez podniesienie PIT-u i CIT-u.
Któregoś wieczora rząd ogłosi więc stan klęski budżetowej i nocą wrzuci do Sejmu pakiet ratunkowy oznaczający „nieuniknione cięcia rozdętych przywilejów” oraz „konieczne oszczędności”. W obliczu gigantycznej dziury trzeba będzie działać błyskawicznie. A możliwości działania będzie już niewiele.
Premier ze smutkiem ogłosi, że wprawdzie radzimy sobie nieporównanie lepiej niż jego ukochana Irlandia, Słowacja i bałtyckie tygrysy, ale nie stać nas już na tak „beztroskie rozdawanie pieniędzy podatników”. W obliczu „konieczności” trzeba będzie ciąć zasiłki, zapomogi, renty, dopłaty itp. Obywatele muszą to zrozumieć! Dziennikarze „ujawnią” więc skalę horrendalnych wydatków socjalnych, a przy okazji pokażą „rozmiar zatrważających nadużyć”. Jakaś gazeta zrobi czołówkę o pani, która wezwała karetkę, bo ją głowa bolała, a inna o wyprawie radiowozem na grzyby.
Rząd będzie ciął niechętnie, sporo mówiąc o potrzebie jakichś głębszych reform (zwłaszcza o mitycznej „reformie finansów publicznych”). Ale w obliczu „gwałtownego” załamania budżetu na poważne zmiany nie będzie już czasu. Przy okazji ci, którzy przed takim załamaniem dawno przestrzegali, zostaną nazwani populistami albo ignorantami próbującymi podkładać ogień pod politykę rządu.
Oszczędności jednak nie wystarczą. Trzeba też będzie zwiększyć dochody państwa. Rząd podniesie więc VAT, akcyzę na paliwo i składki. To się przełoży na ceny i uruchomi inflację. W odpowiedzi Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopy procentowe. Przy rosnącym bezrobociu o podwyżkach nie będzie mowy. Więc ludzie mniej kupią, a firmy mniej sprzedadzą, ograniczą produkcję, padną lub zwolnią pracowników. Wpływy z podatków zmaleją, koszty pomocy społecznej wzrosną, dziura budżetowa odsłoni się na nowo A winne znów będą „rozdęte” wydatki, panie wzywające karetkę do bolącej głowy i radiowozy jeżdżące na grzyby. Bo mówienie o spóźnionej reakcji rządu byłoby nieodpowiedzialne.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej” 4 maja 2009.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...