|
Kiedy przeczytałem w „Gazecie” ciekawy tekst prof. Dariusza Filara pokazujący, ile nas może kosztować zwiększone oprocentowanie polskich obligacji prawdopodobne w przypadku zwiększenia deficytu budżetowego, byłem pod wrażeniem.
Żałowałem tylko, że profesor i członek Rady Polityki Pieniężnej nie spróbował policzyć, jakie mogłyby być korzyści z wydatków możliwych dzięki większemu budżetowi, i przedstawić opinii publicznej bilansu. Bo bez tego trudno jest wyrokować o sensowności lub bezsensowności wydatków. Może warto by było zapłacić, dajmy na to, miliard więcej za obsługę długu, żeby wygenerować na przykład dziesięć miliardów PKB i zebrać dzięki temu kilka miliardów w podatkach.
Profesor i członek RPP mógłby dla kompletności wywodu przedstawić przynajmniej dwa czy trzy jego zdaniem najbardziej prawdopodobne bilanse. Wtedy poczułbym się rzetelnie poinformowany, na profesorskim poziomie, a nie tylko skutecznie nastraszony. Bo do zebrania danych na tematy oprocentowania obligacji rozmaitych rządów wystarczy researcher z tytułem magistra. Profesora do tego nie trzeba. Pomyślałem jednak, że fachowiec od finansów nie jest w stanie przewidzieć, jaki użytek rząd zrobiłby z dodatkowych pieniędzy, więc nie może ocenić efektywności dodatkowych wydatków, a nie chce nieodpowiedzialnie gdybać.
Gorzej się poczułem, gdy premier Donald Tusk oświadczył publicznie, że odrzuca antykryzysowe propozycje PiS, bo nie godzi się na zadłużanie polskich rodzin, a gdyby te propozycje zostały zrealizowane, dług publiczny wzrósłby o 2000 zł na statystyczną rodzinę.
Profesor ma prawo pozostać w opłotkach swojej specjalności i przedstawiać opinii publicznej tylko najlepiej mu znany wyimek rzeczywistości.
Premier prowadzący ze społeczeństwem rzetelną rozmowę ma obowiązek przedstawić pełny obraz. Mówiąc zaś o cenie i nie mówiąc o tym, co za nią kupujemy, szef rządu może skutecznie manipulować naszymi emocjami, ale w istocie rzeczy o niczym nas nie informuje. Nie informuje nas na przykład, jak rząd oszacował skutki wdrożenia PiS-owskich propozycji dla polskiej gospodarki, a zwłaszcza ich wpływ na PKB i poziom bezrobocia.
A bezrobocie też przecież kosztuje. Uwzględniając zasiłki, składki, zapomogi, utracone podatki, jest to w pierwszym roku, lekko licząc, tysiąc złotych miesięcznie na bezrobotnego. Oszczędnie szacując - każde 100 tys. nowych bezrobotnych to może być miliard złotych budżetowych wydatków i utraconych dochodów w ciągu roku.
Gdyby bezrobocie rosło tak jak ostatnio (o 160 tys. w styczniu), związane z nim koszty roczne mogłyby rosnąć o blisko dwa miliardy miesięcznie. Przez rok dałoby to kwotę zbliżoną do przygotowanych przez rząd oszczędności i przeszło dwukrotnie wyższą od ceny PiS-owskiego pakietu. Gdyby więc pakiet PiS mógł istotnie spowolnić obecny wzrost bezrobocia, już tylko z tego względu mógłby być rentowną inwestycją. Ale to by trzeba policzyć i zbilansować.
Nie wiem, czy rząd taki bilans zrobił, ale wiem, że zamiast go przedstawić opinii publicznej, premier poprzestał na straszeniu długami i wygłaszaniu nośnych emocjonalnie, a intelektualnie kontrowersyjnych formułek typu „zadłużanie jest najgorszą metodą wychodzenia z kryzysu”. Mam nadzieję, że premier sam w to nie wierzy, bo jest to dziś pogląd co najmniej ekstrawagancki.
Gdyby to jednak on stanowił podłoże rządowych decyzji, znaczyłoby to, że premier nie umie odróżnić szkodliwego trwonienia publicznych pieniędzy od obliczonego na publiczne zyski inwestowania w podtrzymanie gasnącej koniunktury. Uparte pomijanie drugiej strony równania zdaje się niestety takie przypuszczenie potwierdzać.
A bez takiego rachunku nie da się dobrze prowadzić nie tylko małej firmy, lecz także całkiem dużego kraju.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...